niedziela, 1 marca 2020







I


Richard pracował na magazynie jako zwykły operator, zarabiając najniższą pensję.
Pieniądze były z tego marne, ale jakoś żył. Nie miał wyboru.
Ani wykształcenia.
Nie to, żeby był nieukiem, lecz z każdej szkoły zostawał wydalany. Nie za jakieś wielkie przekręty, o nie.
Zazwyczaj były to małe rzeczy, które nagromadzając się sprawiały, że po prostu mieli go dosyć.
Każdy miał go dosyć.
Nigdy nie pojmował czemu. Nie wiedział też dlaczego był często traktowany po prostu z góry, nawet niczym nie musiał zawinić, aby skupiać na sobie wrogość innych.


Może dlatego, że zawsze stawiał na swoim i nigdy nie słuchał nikogo, prócz siebie?
Czy to wada?
Słuchać głosu własnego serca i uczyć się na własnych błędach?
Nie wiem...


W tym świecie, chyba tak...


To było chore. I tego też miał już dość.
-Ten świat, to chyba jakiś kiepski żart....- Pomyślał...


Stanął przed oknem, dopijając poranną kawę. Sobota.


-Chyba gdzieś dzisiaj wyskoczę.- Pomyślał Rich - Co tu robić? Ehhhh....Nawet nie mam z kim.
Czuł się samotny. Nawet bardzo.
Nigdy nie uganiał się jak pies za kobietami.


-Może powinienem zacząć? Niee, nie jestem taki.


Prowadził raczej życie samotnika, był samotnikiem. Nie lubił za dużo gadać o pierdołach, nie lubił tłumów.
Wolał rozmyślać, głęboko rozmyślać. Tajemnice wszechświata, które leżą pod kluczem, należały już do niego.
A może i nie?
Przynajmniej nie wszystkie.
Rich gonił je całe życie, mając matrix u swych stóp, wiedział to. Miał to w rękach, a w miarę jedzenia apetyt rośnie, a ja muszę wiedzieć więcej, robić więcej.
Tylko więcej i więcej i tak bez końca. Muszę się uspokoić, ehh... Wieczna dziura niezaspokojenia wewnętrznego, której nic nie było w stanie wypełnić.
-Coś zjem i pójdę trochę pomedytować, albo nie, nie jestem głodny, walić to.
Richard usiadł wygodnie na krześle w pozycji kwiatu lotosu i próbował się wyciszyć... ahhh relaksacja i Kundhalini joga, która otwiera bramy do innego świata...
Głęboki wdech nosem, przytrzymanie, powolny wydech....ahhh....jak dobrze..


-W angielskim slangu, Richard znaczy dick, czyli fiut. Może trochę nim jestem ? Ale nie bardzo...tak troszkę....chyba! Nie wiem. Nie znam siebie?
Ciekawe czy podróże w czasie byłyby możliwe, jeśli tak, to gdzie bym chciał polecieć? Prehistoria? Przyszłość?
Podczas gdy tak siedział i rozmyślał, obserwując przez okno w kuchni dzieciaki bawiące się na placu zabaw, rozległo się pukanie do drzwi.
-Któż to może być?- Spojrzał na zegarek, z którym wiążą się może nienajlepsze wspomnienia, ale kiedy Rich sobie je przypomniał, jakoś cieplej mu się zrobiło w środku, a raczej o niej. Nie ważne.
Pukanie rozlega się dalej.
-No idę! Już idę, no!
Zamaszyście otworzył drzwi.
-Cze....go?
Stanął przed nim dosyć wysoki, czarnoskóry jegomość w ciemnych okularach i czarnym, zwiewnym płaszczu.
-Tak, słucham? W czym mogę pomóc?
Richard miał dziwne wrażenie, że już go gdzieś, kiedyś spotkał. Ale nie miał pojęcia gdzie, ani kiedy to mogło być.
-Mogę wejść, Rich?- Spytał tajemniczy mężczyzna.
-Eeee....- Skąd on zna moje imię?- Pomyślał. - Nie za bardz....
-Świetnie.
Mężczyzna minął go i wszedł mimo to, oznajmując:
-To się dzieje na prawdę.
-Co się dzieje na prawdę? -Zapytał zdziwiony.
-Cthulu, pradawny wąż, on powróci niebawem, słyszałeś o tym, nie?
Richard osłupiał i zaniemówił. Właśnie do mieszkania wszedł mu czarnoskóry facet, w czarnym płaszczu, nawijając o demonach spod oceanu. (Kumacie?/autor)
Przedpotopowe książki, ale był przekonany, że te historie można spokojnie sobie włożyć pomiędzy bajki i fantasy. Co ten gościu tu w ogóle robi? Czego tu chce? I tak właściwie, to dlaczego wjeżdża tu z takim tematem jak walec?.
-Czy dobrze się pan czuje? Na pewno nie chce pan abym wezwał lekarza? Bierze pan jakieś leki?- Musiał przyznać szczerze, że się go trochę przestraszył. Dlaczego?
-Tak właściwie, to ja mam tutaj lekarstwo dla ciebie, Rich.- Wyciągnął zza pazuchy fiolkę z dziwnym płynem, koloru bladozłotego. - Będzie cię chronił przed rozpadem.
-C-c-co? Przed czym? Skąd znasz moje imię, jeszcze raz?
-Kiedy gwiazdy ułożą się w rząd,- ciągnał mężczyzna- powróci wąż i jego słudzy...
-W-wąż?- Odparł pocący się Rich przyjmując kilka czerwonych, owalnych kapsułek na dłoń.- Przybysz zacisnął mu pięść z tabletkami.
-Później, nie mamy czasu, a teraz... Musisz dokonać wyboru, mój przyjacielu. I należał on będzie tylko do ciebie. Wypij ten płyn, a będziesz w stanie ujrzeć ten świat takim, jakim jest na prawdę, rozbij fiolkę o podłogę, a zniknę z twojego życia i nie zobaczysz mnie już nigdy więcej.
-Może chodzi o karetke?
-To zależy od twojego wyboru, jeżeli ją rozbijesz, okażę się wariatem, po którego niebawem przyjedzie policja, aby zabrać do psychiatryka. Wypijesz , a ukazana zostanie ci prawda, a ja pokażę ci jak niesamowita ona może być... Dzięki Kundhalini zostałeś powołany, dzięki temu cię odnalazłem. Znasz tajemnicę.
Richard nie mógł w to uwierzyć. To chyba jakiś kiepski żart?
A może ten facet chce mnie po prostu otruć, a potem okraść? Ale niby z czego? W sumie ta cała sytuacja jest jakaś niedorzeczna...- Pomyślał.
O co ten cały rozgardiasz? O mnie?
-Nikt cię nie będzie truł, zależy nam na tobie, jesteś ważny Rich... Chyba nawet nie pojmujesz jak bardzo...- Przysiadł się ze stołkiem do niego.
-Ja? Ale dlaczego akurat ja? - Nie mógł tego pojąć, jakoś specjalnie wybitny nie był.... Mocy też jakichś nadzwyczajnych nie posiadał...Chyba. Cholera, był zwykłym, szarym trybikiem maszyny w jakiejś żałosnej firmie, do jasnej ciasnej!
-Wypij to, nie mamy za dużo czasu.
-Ja...- Rich nie wiedział co zrobić, przez chwilę tak po prostu stał i gapił się w przestrzeń. A co jeżeli to prawda? W końcu wszystko jest możliwe, nie? Wszystko się może zdarzyć....


Co robić?


Cholera, co ja mam zrobić? - Pomyślał.


-Richard.....Czas.- Postukał palcem w tarczę zegarka na ręce.
-Cholera, a niech to wuj, raz się żyje! Chyba....


Wypił, opróżniając fiolkę do dna.
Bladozłoty płyn rozgrzał Richarda od środka ciepłym światłem. Niesamowite uczucie...
Nieznajomy się uśmiechnął i oznajmił:
-Idziemy.
I wyszli.
Przed blokiem czekał na nich już czarny samochód marki BMW.


Wszędzie te czarne samochody wokół mnie... Dziwne.- Pomyślał.- Co tu do cholery się dzieje? Coś na pewno.- Richard był pod stałą obserwacją. Czuł to, lecz nie wiedział co z tym może zrobić.
-Wsiadaj.- Przybysz otworzył mu drzwi samochodu.
Usadowili się wygodnie. Kierowca nosił czarne okulary i nie odzywał się. Czarny towarzysz usiadł obok niego.
-Pozwól że się przedstawię, mam na imię Black i jestem tu po to, aby cię uświadomić, lecz to co ty zrobisz będzie zależało tylko i wyłącznie od ciebie, rozumiesz? Światu, który znasz i którego jeszcze nie poznałeś, grozi wielkie niebezpieczeństwo.
-Co?
-Pradawny wąż, słyszałeś o nim?
-Coo? To on istnieje? - Rich otworzył usta ze zdumieniem.
-Tak, to potężny smok, który został zesłany pod wody oceanu i skuty tam na tysiąc lat.
-To chyba nie ma się czym martwić, nie?
-Nie za bardzo, kiedy wrota się otworzą, pradawna moc potężnego zła zostanie uwolniona. A otworzą się, gdy planety staną w jednym, idealnym szerccbbegu.
-To znaczy?
-Tydzień.
-Jak to tydzień? TYDZIEŃ!?
-Tak, mamy dokładnie tydzień czasu od tej chwili aby ciebie przygotować, chodź.


W końcu, stanęli na podjeździe. Jechali cały dzień, podróż nieźle go wymęczyła.
Rich wysiadł z samochodu zupełnie zdezorientowany. Co on może niby zdziałać?
No bo, kim on właściwie był? Nikim ważnym, miał zwykłą pracę, małe mieszkanko i nie mógł sobie nawet znaleźć żadnej kobiety.


Black uśmiechnął się, jakby dokładnie wiedział, o czym myśli.
-Nie martw się Rich, posiadamy specjalną salę, w której czas płynie wolniej, działa tam jakby...inny wymiar.
-Inne...co?
-Zobaczysz, jeden tydzień na ziemi, to rok spędzony tam. Czas nie jest taki jak ci się wydaje, Richardzie. Czasoprzestrzeń można naginać podług swoich potrzeb i nie jest on liniowy.


Kompletny bałagan. Co to ma znaczyć? Za dużo tego na raz.


-To tutaj.- Otworzył drzwi- Prześpij się z tym wszystkim i od jutra zaczynamy.
Richard rozejrzał się, nic spektakularnego. Niby zwykłe mieszkanie, jakaś kuchnia, łazienka, trzy pokoje. Co to ma znaczyć? Budynek zdawał się o wiele większy z zewnątrz.
-Eee....- Zaczął.
-Nie tego się spodziewałeś, hę? - Black uśmiechnął się- Poczekaj do jutra, dobranoc. - I wyszedł.
Rich postanowił, że też da sobie odsapnąć. To był długi dzień, męczący dzień.
DZIWNY dzień...


Gdy rano Richard się obudził, błagał by, gdy otworzy swoje oczy, to wszystko okazało się jakimś snem.
- Proszę, niech będe u siebie, w pokoju. - Powiedział do siebie w myślach.
Drzwi się otworzyły.
-Sie-masz, słońce. - Zażartował Black, podszedł do okna i rozsunął zasłony.- Czeka nas dzisiaj pracowity dzień! Chodź!
Zeszli po schodach w milczeniu.
Richard domyślał się, że idą do jakiejś piwnicy, czy coś w tym stylu, ale nie. Gdy weszli do środka, jego oczom ukazało się obszerne pomieszczenie, masa kabli, nieznany mu sprzęt elektroniczny, monitory, karabiny, granaty, broń wszelkiej maści, a nawet bomby. Różne gadżety szpiegowskie, typu metalowy pająk z kamerką i zamontowaną mini-bombą.
-Podoba ci się?- Ucieszył się, widząc jego minę.
Rich po prostu stał tak oszołomiony i oniemiały. Nie wiedział co powiedzieć.
-To jeszcze nic, chodź, oprowadzę cię.


Weszli do pokoju, coś w stylu centrum dowodzenia, niczym z jakiegoś filmu, przy którym siedziała szczupła brunetka.
-Richard, Sara. Sara, Rich, poznajcie się.- Przedstawił ich sobie.
Uścisnęli sobie dłonie.
-Właśnie monitorowałam położenie planet i lokalizację naszego smoczka.
-Świetnie, jakieś zmiany?
-No... planety się posuwają, jak to mają w zwyczaju, a potworek niebawem wstanie.
Richowi dalej ciężko było uwierzyć w to, co się dookoła niego dzieje, a tym bardziej w to, co słyszy.
-Przepraszam, ale jak dokładnie go zlokalizowaliście?- Spytał.
-Poprzez dźwięki jakie wydaje, to proste, zobacz.- Sara pokazała mu jakieś pikające kropki na ekranie, których za cholerę nie mógł pojąć.
-Nie znamy jego dokładnego położenia - Wtrącił Black- Jędza buczy gdzieś na północnym zachodzie oceanu atlantyckiego, prawdopodobnie trójkąt bermudzki. Nie mamy czasu, Sara, ustawiaj na tydzień.
-Się robi.
Wykonała pare skomplikowanych działań, poklikało, pohuczało i drzwi obok nich już rozświetliły się białym blaskiem.
-Za tobą. - Uśmiechnął się do niego tajemniczo.
Richard wziął głęboki wdech i wszedł.
Zaraz za nim podążał Black.
Znaleźli się w dziwnej sali, zawierającej przyrządy do ćwiczeń, maty. Powietrze tutaj było ciężkie, a grawitacja zdawała się przyciągać do podłoża bardziej intensywnie.


-Ufff... Rich ciężko odsapnął.
-Przyzwyczaisz się.
-Chyba...
-Ile wiesz o Cthulhu?
-Niewiele, czytałem kiedyś te mity. Wielka siła, zła siła, która spoczywa w zatopionym mieście pod kryptą. Zamknęły go tam anioły na tysiąc lat, nakładając pieczęć. Działa poza czasem i przestrzenią.Tyle wiem.
-Dzień zerwania pieczęci nadchodzi. Kiedy uwolni się potwór, za nim przyjdą inne. Jego słudzy cierpliwie czekają na powrót swojego władcy. Wygłodniali i gotowi przejąć władzę nad światem, aby pogrążyć go w strachu, ciemnościach i cierpieniu na wieczność.
-Jak niby mamy to zrobić? Nie można do tego dopuścić! - Do Richarda docierało powoli, że to zagrożenie może być realne i zaczęlo go to przytłaczać coraz bardziej (boleśniej).
-Przy użyciu wszelkich dostępnych środków, lecz najważniejszy jesteś tutaj TY.
-Ja?- Nie mógł tego pojąć- Czemu?
-Bo jesteś wyjątkowy Rich...
-Ale... dlaczego?
-Poczekaj.- Powiedział w sposób ucinający rozmowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz