I
Richard pracował
na magazynie jako zwykły operator, zarabiając najniższą pensję.
Pieniądze były
z tego marne, ale jakoś żył. Nie miał wyboru.
Ani
wykształcenia.
Nie to, żeby był
nieukiem, lecz z każdej szkoły zostawał wydalany. Nie za jakieś
wielkie przekręty, o nie.
Zazwyczaj były
to małe rzeczy, które nagromadzając się sprawiały, że po prostu
mieli go dosyć.
Każdy miał go
dosyć.
Nigdy nie
pojmował czemu. Nie wiedział też dlaczego był często traktowany
po prostu z góry, nawet niczym nie musiał zawinić, aby skupiać na
sobie wrogość innych.
Może dlatego, że
zawsze stawiał na swoim i nigdy nie słuchał nikogo, prócz siebie?
Czy to wada?
Słuchać głosu
własnego serca i uczyć się na własnych błędach?
Nie wiem...
W tym świecie,
chyba tak...
To było chore. I
tego też miał już dość.
-Ten świat, to
chyba jakiś kiepski żart....- Pomyślał...
Stanął przed
oknem, dopijając poranną kawę. Sobota.
-Chyba gdzieś
dzisiaj wyskoczę.- Pomyślał Rich - Co tu robić? Ehhhh....Nawet
nie mam z kim.
Czuł się
samotny. Nawet bardzo.
Nigdy nie uganiał
się jak pies za kobietami.
-Może powinienem
zacząć? Niee, nie jestem taki.
Prowadził raczej
życie samotnika, był samotnikiem. Nie lubił za dużo gadać o
pierdołach, nie lubił tłumów.
Wolał rozmyślać,
głęboko rozmyślać. Tajemnice wszechświata, które leżą pod
kluczem, należały już do niego.
A może i nie?
Przynajmniej nie
wszystkie.
Rich gonił je
całe życie, mając matrix u swych stóp, wiedział to. Miał to w
rękach, a w miarę jedzenia apetyt rośnie, a ja muszę wiedzieć
więcej, robić więcej.
Tylko więcej i
więcej i tak bez końca. Muszę się uspokoić, ehh... Wieczna
dziura niezaspokojenia wewnętrznego, której nic nie było w stanie
wypełnić.
-Coś zjem i
pójdę trochę pomedytować, albo nie, nie jestem głodny, walić
to.
Richard usiadł
wygodnie na krześle w pozycji kwiatu lotosu i próbował się
wyciszyć... ahhh relaksacja i Kundhalini joga, która otwiera bramy
do innego świata...
Głęboki wdech
nosem, przytrzymanie, powolny wydech....ahhh....jak dobrze..
-W angielskim
slangu, Richard znaczy dick, czyli fiut. Może trochę nim jestem ?
Ale nie bardzo...tak troszkę....chyba! Nie wiem. Nie znam siebie?
Ciekawe czy
podróże w czasie byłyby możliwe, jeśli tak, to gdzie bym chciał
polecieć? Prehistoria? Przyszłość?
Podczas gdy tak
siedział i rozmyślał, obserwując przez okno w kuchni dzieciaki
bawiące się na placu zabaw, rozległo się pukanie do drzwi.
-Któż to może
być?- Spojrzał na zegarek, z którym wiążą się może
nienajlepsze wspomnienia, ale kiedy Rich sobie je przypomniał, jakoś
cieplej mu się zrobiło w środku, a raczej o niej. Nie ważne.
Pukanie rozlega
się dalej.
-No idę! Już
idę, no!
Zamaszyście
otworzył drzwi.
-Cze....go?
Stanął przed
nim dosyć wysoki, czarnoskóry jegomość w ciemnych okularach i
czarnym, zwiewnym płaszczu.
-Tak, słucham? W
czym mogę pomóc?
Richard miał
dziwne wrażenie, że już go gdzieś, kiedyś spotkał. Ale nie miał
pojęcia gdzie, ani kiedy to mogło być.
-Mogę wejść,
Rich?- Spytał tajemniczy mężczyzna.
-Eeee....- Skąd
on zna moje imię?- Pomyślał. - Nie za bardz....
-Świetnie.
Mężczyzna minął
go i wszedł mimo to, oznajmując:
-To się dzieje
na prawdę.
-Co się dzieje
na prawdę? -Zapytał zdziwiony.
-Cthulu, pradawny
wąż, on powróci niebawem, słyszałeś o tym, nie?
Richard osłupiał
i zaniemówił. Właśnie do mieszkania wszedł mu czarnoskóry
facet, w czarnym płaszczu, nawijając o demonach spod oceanu.
(Kumacie?/autor)
Przedpotopowe
książki, ale był przekonany, że te historie można spokojnie
sobie włożyć pomiędzy bajki i fantasy. Co ten gościu tu w ogóle
robi? Czego tu chce? I tak właściwie, to dlaczego wjeżdża tu z
takim tematem jak walec?.
-Czy dobrze się
pan czuje? Na pewno nie chce pan abym wezwał lekarza? Bierze pan
jakieś leki?- Musiał przyznać szczerze, że się go trochę
przestraszył. Dlaczego?
-Tak właściwie,
to ja mam tutaj lekarstwo dla ciebie, Rich.- Wyciągnął zza pazuchy
fiolkę z dziwnym płynem, koloru bladozłotego. - Będzie cię
chronił przed rozpadem.
-C-c-co? Przed
czym? Skąd znasz moje imię, jeszcze raz?
-Kiedy gwiazdy
ułożą się w rząd,- ciągnał mężczyzna- powróci wąż i jego
słudzy...
-W-wąż?- Odparł
pocący się Rich przyjmując kilka czerwonych, owalnych kapsułek na
dłoń.- Przybysz zacisnął mu pięść z tabletkami.
-Później, nie
mamy czasu, a teraz... Musisz dokonać wyboru, mój przyjacielu. I
należał on będzie tylko do ciebie. Wypij ten płyn, a będziesz w
stanie ujrzeć ten świat takim, jakim jest na prawdę, rozbij
fiolkę o podłogę, a zniknę z twojego życia i nie zobaczysz mnie
już nigdy więcej.
-Może chodzi o
karetke?
-To zależy od
twojego wyboru, jeżeli ją rozbijesz, okażę się wariatem, po
którego niebawem przyjedzie policja, aby zabrać do psychiatryka.
Wypijesz , a ukazana zostanie ci prawda, a ja pokażę ci jak
niesamowita ona może być... Dzięki Kundhalini zostałeś powołany,
dzięki temu cię odnalazłem. Znasz tajemnicę.
Richard nie mógł
w to uwierzyć. To chyba jakiś kiepski żart?
A może ten facet
chce mnie po prostu otruć, a potem okraść? Ale niby z czego? W
sumie ta cała sytuacja jest jakaś niedorzeczna...- Pomyślał.
O co ten cały
rozgardiasz? O mnie?
-Nikt cię nie
będzie truł, zależy nam na tobie, jesteś ważny Rich... Chyba
nawet nie pojmujesz jak bardzo...- Przysiadł się ze stołkiem do
niego.
-Ja? Ale dlaczego
akurat ja? - Nie mógł tego pojąć, jakoś specjalnie wybitny nie
był.... Mocy też jakichś nadzwyczajnych nie posiadał...Chyba.
Cholera, był zwykłym, szarym trybikiem maszyny w jakiejś żałosnej
firmie, do jasnej ciasnej!
-Wypij to, nie
mamy za dużo czasu.
-Ja...- Rich nie
wiedział co zrobić, przez chwilę tak po prostu stał i gapił się
w przestrzeń. A co jeżeli to prawda? W końcu wszystko jest
możliwe, nie? Wszystko się może zdarzyć....
Co robić?
Cholera, co ja
mam zrobić? - Pomyślał.
-Richard.....Czas.-
Postukał palcem w tarczę zegarka na ręce.
-Cholera, a niech
to wuj, raz się żyje! Chyba....
Wypił,
opróżniając fiolkę do dna.
Bladozłoty płyn
rozgrzał Richarda od środka ciepłym światłem. Niesamowite
uczucie...
Nieznajomy się
uśmiechnął i oznajmił:
-Idziemy.
I wyszli.
Przed blokiem
czekał na nich już czarny samochód marki BMW.
Wszędzie te
czarne samochody wokół mnie... Dziwne.- Pomyślał.- Co tu do
cholery się dzieje? Coś na pewno.- Richard był pod stałą
obserwacją. Czuł to, lecz nie wiedział co z tym może zrobić.
-Wsiadaj.-
Przybysz otworzył mu drzwi samochodu.
Usadowili się
wygodnie. Kierowca nosił czarne okulary i nie odzywał się. Czarny
towarzysz usiadł obok niego.
-Pozwól że się
przedstawię, mam na imię Black i jestem tu po to, aby cię
uświadomić, lecz to co ty zrobisz będzie zależało tylko i
wyłącznie od ciebie, rozumiesz? Światu, który znasz i którego
jeszcze nie poznałeś, grozi wielkie niebezpieczeństwo.
-Co?
-Pradawny wąż,
słyszałeś o nim?
-Coo? To on
istnieje? - Rich otworzył usta ze zdumieniem.
-Tak, to potężny
smok, który został zesłany pod wody oceanu i skuty tam na tysiąc
lat.
-To chyba nie ma
się czym martwić, nie?
-Nie za bardzo,
kiedy wrota się otworzą, pradawna moc potężnego zła zostanie
uwolniona. A otworzą się, gdy planety staną w jednym, idealnym
szerccbbegu.
-To znaczy?
-Tydzień.
-Jak to tydzień?
TYDZIEŃ!?
-Tak, mamy
dokładnie tydzień czasu od tej chwili aby ciebie przygotować,
chodź.
W końcu, stanęli
na podjeździe. Jechali cały dzień, podróż nieźle go wymęczyła.
Rich wysiadł z
samochodu zupełnie zdezorientowany. Co on może niby zdziałać?
No bo, kim on
właściwie był? Nikim ważnym, miał zwykłą pracę, małe
mieszkanko i nie mógł sobie nawet znaleźć żadnej kobiety.
Black uśmiechnął
się, jakby dokładnie wiedział, o czym myśli.
-Nie martw się
Rich, posiadamy specjalną salę, w której czas płynie wolniej,
działa tam jakby...inny wymiar.
-Inne...co?
-Zobaczysz, jeden
tydzień na ziemi, to rok spędzony tam. Czas nie jest taki jak ci
się wydaje, Richardzie. Czasoprzestrzeń można naginać podług
swoich potrzeb i nie jest on liniowy.
Kompletny
bałagan. Co to ma znaczyć? Za dużo tego na raz.
-To tutaj.-
Otworzył drzwi- Prześpij się z tym wszystkim i od jutra zaczynamy.
Richard rozejrzał
się, nic spektakularnego. Niby zwykłe mieszkanie, jakaś kuchnia,
łazienka, trzy pokoje. Co to ma znaczyć? Budynek zdawał się o
wiele większy z zewnątrz.
-Eee....- Zaczął.
-Nie tego się
spodziewałeś, hę? - Black uśmiechnął się- Poczekaj do jutra,
dobranoc. - I wyszedł.
Rich postanowił,
że też da sobie odsapnąć. To był długi dzień, męczący dzień.
DZIWNY dzień...
Gdy rano Richard
się obudził, błagał by, gdy otworzy swoje oczy, to wszystko
okazało się jakimś snem.
- Proszę, niech
będe u siebie, w pokoju. - Powiedział do siebie w myślach.
Drzwi się
otworzyły.
-Sie-masz,
słońce. - Zażartował Black, podszedł do okna i rozsunął
zasłony.- Czeka nas dzisiaj pracowity dzień! Chodź!
Zeszli po
schodach w milczeniu.
Richard domyślał
się, że idą do jakiejś piwnicy, czy coś w tym stylu, ale nie.
Gdy weszli do środka, jego oczom ukazało się obszerne
pomieszczenie, masa kabli, nieznany mu sprzęt elektroniczny,
monitory, karabiny, granaty, broń wszelkiej maści, a nawet bomby.
Różne gadżety szpiegowskie, typu metalowy pająk z kamerką i
zamontowaną mini-bombą.
-Podoba ci się?-
Ucieszył się, widząc jego minę.
Rich po prostu
stał tak oszołomiony i oniemiały. Nie wiedział co powiedzieć.
-To jeszcze nic,
chodź, oprowadzę cię.
Weszli do pokoju,
coś w stylu centrum dowodzenia, niczym z jakiegoś filmu, przy
którym siedziała szczupła brunetka.
-Richard, Sara.
Sara, Rich, poznajcie się.- Przedstawił ich sobie.
Uścisnęli sobie
dłonie.
-Właśnie
monitorowałam położenie planet i lokalizację naszego smoczka.
-Świetnie,
jakieś zmiany?
-No... planety
się posuwają, jak to mają w zwyczaju, a potworek niebawem wstanie.
Richowi dalej
ciężko było uwierzyć w to, co się dookoła niego dzieje, a tym
bardziej w to, co słyszy.
-Przepraszam, ale
jak dokładnie go zlokalizowaliście?- Spytał.
-Poprzez dźwięki
jakie wydaje, to proste, zobacz.- Sara pokazała mu jakieś pikające
kropki na ekranie, których za cholerę nie mógł pojąć.
-Nie znamy jego
dokładnego położenia - Wtrącił Black- Jędza buczy gdzieś na
północnym zachodzie oceanu atlantyckiego, prawdopodobnie trójkąt
bermudzki. Nie mamy czasu, Sara, ustawiaj na tydzień.
-Się robi.
Wykonała pare
skomplikowanych działań, poklikało, pohuczało i drzwi obok nich
już rozświetliły się białym blaskiem.
-Za tobą. -
Uśmiechnął się do niego tajemniczo.
Richard wziął
głęboki wdech i wszedł.
Zaraz za nim
podążał Black.
Znaleźli się w
dziwnej sali, zawierającej przyrządy do ćwiczeń, maty. Powietrze
tutaj było ciężkie, a grawitacja zdawała się przyciągać do
podłoża bardziej intensywnie.
-Ufff... Rich
ciężko odsapnął.
-Przyzwyczaisz
się.
-Chyba...
-Ile wiesz o
Cthulhu?
-Niewiele,
czytałem kiedyś te mity. Wielka siła, zła siła, która spoczywa
w zatopionym mieście pod kryptą. Zamknęły go tam anioły na
tysiąc lat, nakładając pieczęć. Działa poza czasem i
przestrzenią.Tyle wiem.
-Dzień zerwania
pieczęci nadchodzi. Kiedy uwolni się potwór, za nim przyjdą inne.
Jego słudzy cierpliwie czekają na powrót swojego władcy.
Wygłodniali i gotowi przejąć władzę nad światem, aby pogrążyć
go w strachu, ciemnościach i cierpieniu na wieczność.
-Jak niby mamy to
zrobić? Nie można do tego dopuścić! - Do Richarda docierało
powoli, że to zagrożenie może być realne i zaczęlo go to
przytłaczać coraz bardziej (boleśniej).
-Przy użyciu
wszelkich dostępnych środków, lecz najważniejszy jesteś tutaj
TY.
-Ja?- Nie mógł
tego pojąć- Czemu?
-Bo jesteś
wyjątkowy Rich...
-Ale... dlaczego?
-Poczekaj.-
Powiedział w sposób ucinający rozmowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz