XXXI
To było dziwne.
A dlaczego?
A może to znowu jedna z jego paranoi?
Sam już nie wiedział. Spojrzał na Sarę. Jej twarz nie wyrażała niczego. A na pewno nic, co mógłby wyczytać.
Black wrócił z DaVilem, który wyraźnie był zdenerwowany.
-Nie mogę uwierzyć, że chciałeś żeby ominęła mnie taka akcja.
-Nie możesz! Ile razy mam ci powtarzać, że trzeba pilnować, aby żaden ze sługusów Cthulu się tu nie włamał!
-Nie jestem twoim psem obronnym!- Założył ręce na piersi.
-Kretyn!- Black zacisnął pięści.- Poza tym, to i tak niemożliwe!
-No powiedz to! Przecież tylko o to ci chodzi, prawda? Moją diabelską energię!
Rich drgnął.
-Co? O czym ty mówisz?
-Tak! O to! Przecież był jednym z nich, więc to chyba oczywiste!- Syknął Black.- Pozwolił oddać część siebie za dodatkową moc!
A więc to tak... Dlatego ma tyle siły. Czy on jest również niezniszczalny? Na to wszystko wskazywało.
-Ale co z tego?- Spytał DaVil.
-Zakłócisz wibracje, inteligencie i gówno z tego wyjdzie!
-Hej! Chyba odwróciłem swój biegun, pomagając wam, a przy okazji całej planecie. Idę z wami, albo idę stąd i nie liczcie na moją pomoc, gdy się zacznie!
Black nie miał wyboru.
-Idiota... Lecimy!
Gdy zebrali dostateczną ilość kruków, (choć trochę im to zajęło) w końcu wyruszyli w kierunku Chatki Batyldy.
-Black, czy może stać się coś poważnego, gdy DaVil zakłóci te... eee... Wibracje?- Spytał Rich.
-Niczego nie zakłócę.- Odezwał się przez radio.
-Nic takiego, jedynie zmaterializowanie się demona w postaci fizycznej.
-Nie może być tak źle? Diabły nie są szczególnie mocne.- Stwierdził DaVil.- Radzę sobie z nimi z łatwością.
-Demony... To nie są diabły, mój drogi. Różnią się między sobą i to dość wyraźnie. Każde spełnia inne zadanie.
To była nowość!
-Na przykład?- Zaciekawił się Rich.
-Na przykład, demony są po to, aby siać zło, zniszczenie, mącić w głowach, przejmować serca i umysły ludzi, zatruwać wszystko na swojej drodze swoim jadem. Demonem jest np. Cthulhu i to wyjątkowo potężną jednostką, niech mnie drzwi ścisną.- Wyjaśnił Black.
-A diabły?
-Są czymś w rodzaju sługusów Lucyfera. Strażnicy piekieł. Oczywiście też są złe, ale to zło... innego rodzaju. No i one przynajmniej zazwyczaj zostają tam, na dole, nie opuszczają swoich stanowisk. Przeważnie nie kumają się z demonami, nie są też ich wrogami, ale gdy demon skuma się z diabłem, wtedy już jest źle, a gdy dojdzie do fuzji jednego z drugim, to wtedy już jest poważny problem.
-Fuzji?- Dla Richarda jeszcze niedługi czas temu, brzmiałoby to jak kompletne bzdury, mity, bełkot szaleńca. Ale teraz... Było bardziej realne niż kiedykolwiek i, o dziwo, dosyć jasne i logiczne....
-Tak, fuzji. W tym stanie, energia takiego stworzenia jest dosyć.... no... Nieograniczona.
-Ou...- Teraz Rich widział istotę problemu takiego przypadku.
-Ale zazwyczaj to bardzo rzadkie rzeczy. Nie zdarza się częściej niż... raz na tysiąc lat.
-Świetnie, nic nam nie grozi.- Rzuciła sarkastycznie Sara.- Przecież wiadomo, że ostatni taki Janek pojawił się dokładnie 555 lat, 55 godzin i 55 minut temu.
To prawda, że prawdopodobieństwo jest bardzo małe, ale nie mogli mieć pewności.... Jak to mówią: "Spodziewaj się niespodziewanego".
Dolecieli na miejsce. Znaleźli się na klifie, na brzegu którego stała strzelista chata, wokół której latały czarne kruki, skrzecząc przeraźliwie. Za chatką rozpościerał się gęsty las. Wielkie fale rozbijały się o pionową ścianę skały. Atmosfera była mroczna i burzliwa, tutaj był już wieczór.
-Przytulnie.- Oznajmił DaVil.
-Pewnie u wujostwa miałeś lepiej.- Wytknęła mu Sara.
-Przezabawne.- Uśmiechnął się sztucznie.
<Puk, Puk>
Drzwi się otworzyły.
-Wiedziałam, że przybędziecie. Witaj Black. Wejdźcie kochani.
Rich musiał przyznać, że wyobrażał ją sobie trochę inaczej. Była średniego wzrostu, o skórze brązowej. Miała czarne dredy i czarne piegi na policzkach, pełne, czarne usta i duże, czarne oczy. Była dosyć drobnej budowy, aczkolwiek nie była zbyt chuda, ni zbyt gruba.
W jej chatce było dosyć przytulnie. Czuło się magię w powietrzu. Kominek trzaskał wesoło jasnym płomieniem. Na belkach pod sufitem wisiały klatki, w których znajdowały się ptaki różnego koloru, rozmiaru, gatunku, rodzaju.
Na stole stały dziwne przyrządy, a na kuchence w garnku kipiała jakaś dziwna, dymiąca mikstura.
-A więc...- Zaczął Black.
-Wiem.- Odparła, wysuwając dłoń.
-Tak, tak. Ja wiem... że ty wiesz.- Odparł.
-Pokaż mi ręke, chłopcze.- Zwróciła się do Richarda.
-Eee....
-Nie krępuj się, nie odgryzę ci jej.
Rich wysunął dłoń.
Pochwyciła ją natychmiast.
-A no tak...- Przejechała czarnym pazurem po jej wierzchu.- Tak.... Wszystko jasne. Zaczniemy natychmiast. Ty.- Wskazała na Sarę. I ty.- Wskazała na DaVila.- Muszę was prosić o opuszczenie terenu na co najmniej dziesięć kilometrów.
DaVil już chciał wyrazić swój sprzeciw.
-Wypad.- Syknął półgębkiem Black.
Sara złapała DaVila za kołnierz i wyciągnęła za drzwi.
-My idziemy na dół.
Ruszyli za nią i zeszli do piwnicy, po drewnianych schodach.
-Witam w moim małym królestwie.- Rzekła, rozkładając ręce.
-Nie obejmuj mnie tak!
Lecieli ponad bezkresnymi hektarami wysuszinej gleby. Towarzyszyły im skrzekliwe kruki.
-Tak, czyli jak?- Spytał sarkastycznie DaVil.
-Srak!- Odparła zdenerwowana Sara.
-W takim razie, ląduję na skraju tego lasu.
-Nie trzeba było tego wcześniej zrobić?!
-Chciałem cię w końcu gdzieś utopić. Cóż, może w tym lesie coś ciebie zje.
-Miejmy nadzieję.
Zaśmiał się pod nosem mimo woli.
Jakąś chwilę później w końcu wylądował na skraju lasu z Sarą w ramionach, która gdy tylko dotknęli ziemi, natychmist się odsunęła.
-Panie przodem.
-To nie będzie przyjemna przechadzka....- Odparła z westchnieniem.
-Oczywiście, a czego się spodziewałaś po tym przeklętym lesie?
-Nie miałam na myśli tego pareczku.
Od razu gdy weszli, rozległy się dziwne szelesty i krzaki poruszyły się wokoło.
-Jak spacer po parku, nieprawdaż? - Stwierdził DaVil.
Weszli głębiej gdy nagle, przed nimi pojawiła się zakapturzona postać w ciemnym płaszczu, przepasanym grubym, białym sznurem.
W jej "królestwie" stały słoiki, w których pływały w jakiejś dziwnej, zielonej, fosforyzującej substancji różne narządy ciała. O mój Boże! Czy to są.... Fuuu!
Oprócz nich, w najciemniejszym kącie tego pomieszczenia stał mały ołtarzyk. Podeszła do niego i wzięła jakieś zwisające paciorki.
-Rozbierz się i połóż na środku pokoju.
-Co?
-Rób co mówi, Rich.
Zrobił więc jak mu poleciła i ułożył się na plecach.
-Do naga.
-Ty tak serio?
-Podejdź tu no, przydasz mi się.- Kiwnęła na Blacka dłonią, przywołując go do siebie. - Trzymaj mu ręce. Tylko mocno! Bo będzie trząść!
-Już mi się to nie podoba...- Westchnął Rich.
-Trzymaj czysty umysł, postaraj się nie myśleć.
Zaczęła nad jego ciałem wymachiwać paciorkami, wykonując jakieś skomplikowane ruchy.
Obraz w oczach Richarda zaczął szarzeć i lekko się trząść. Ściany wokół zaczęły się kruszyć i pękać, nie wiedział że to się dzieje tylko w jego głowie.
Pomiędzy szczelinami zaczęła pojawiać się linia ognia. Jego ciało zaczęło się zachowywać jak młot pneumatyczny.
-O cholera! Ten jest wyjątkowo mocny!
-Trzymaj go mocno! - Batylda musiała użyć całej swojej mocy magicznej, aby choć trochę ograniczyć wstrząsy.
W środku lasu robiło się coraz gęściej.
Postać w płaszczu wydawała się sprawiać, że wokół robił się jeszcze ciemniejszy.
-Wiedziałem, że to zły pomysł. - Westchnął DaVil.
Z czarnej otchłani, wyłoniły się nagle wielkie, czarne macki oplatające ich ręce i nogi.
DaVil wskoczył na wyższy poziom, uwolnił ręke, przerwał kolejną mackę i zrobił krok do przodu. Macki cofnęły się same, unikając rozerwania.
Ale to nie były macki.
Okazały się to... nogi olbrzymiego pająka. I to dziwnego. Był przeogromny, przy tym jego odnóża przypominały wijące się węże.
Postać w kapturze wyraźnie kontrolowała każdy jego ruch.
Ściany zaczęły już się topić i zamieniać w masę dymiącej, żywej lawy, która spływała po podłodze strumykami w jego stronę. Obraz po prostu szalał, jeśli nigdy nie czuł choroby morskiej, to chyba właśnie ją czuje. Dudniło nim, jakby robił za nowy rodzaj ugniatacza asfaltu, w podłodze wydrążała się już niezła dziura.
Na palących się ścianach zaczęły pojawiać się duże, świetliste napisy. Nie miał pojęcia, co one mogą znaczyć lecz mimowolnie zaczął je odczytywać na głos szeptem, co brzmiało u Blacka i Batyldy jak okropny krzyk.
-Co on mówi?
-To starożytny demonikański.
-Co? Jaki?- Spytał Black, przykładając dłoń do ucha.
-Język demonów. Nawet niektóre z nich już go nie pamiętają.
-Oh, coś się teraz stanie?
-Skąd mam wiedzieć?
-No... Przecież wiesz wszystko, nie?
-Scenariuszy może być wiele. Jeśli chodzi o przyszłość, nie da się jej stricte przewidzieć.
-A... To co, czekamy?
-Nie.- Podniosła się i sięgnęła po ucho w słoiku.
Black spojrzał na to ze zdziwieniem.
-Ucho?
-Rzadki przypadek, wybacz.
-Nigdy czegoś takiego nie używałaś?
-Raz.
-Ale... Ucho?
-Ucho jest symbolem podświadomego odbioru przekazów. Tutaj trzeba działać na tym poziomie.
-Oh, a co on właściwie mówi w tym... Demonikańskim?
-Znasz łacinę?
-Trochę, dogadam się jak usłyszę.
-Łaciński wywodzi się z tego właśnie języka. Spróbuj, może coś wyłapiesz?
-Łaciński? To brzmi bardziej jak połączenie starogermańskiego z celtyckim.
-Nie znam tego języka zbyt dobrze.- Stwierdziła.
-Może warto będzie to nagrać, czekaj.
Black wyjął dyktafon z kieszeni.
-Zawsze to przy sobie nosisz?
-Na wszelki wypadek, noszę też inne zabawki.
DaVil oraz Sara byli zmuszeni unikać wielkich, wijących się macek- odnóży. Skakali nad nimi, giąc się na wszystkie strony. DaVil miał już tego dosyć, przytrzymał jedno z nich i szybkim ruchem przeciął je dłonią w połowie.
-Kolejne!
-Czas na headshot!- Krzyknęła Sara, wyjmując plazma gun'a i wycelowała w potwora. Naciskając spust rzekła tylko:
-Na razie.
Gdy pocisk trafił prosto w pysk pająka, przebił się na wylot przez jego ogromne cielsko.
- I po zawodach.- Odsapnął.- Zabrałaś mi zabawkę, wielkie dzięki.
-Kupię ci nową. - Schowała broń za plecy.
-Dobrze wam idzie, dzieci.- Płaszcz postaci w kapturze nagle zmienił się w czarne bandaże wirujące dookoła własnej osi w zawrotnym tempie, po czym nagle zniknęły. Przed nimi, ukazała się postać pomarańczowej bestii. Mancrucifixa.
-O nie...- DaVil nie był zadowolony z tego, co widzi.
Diabeł nie czekał na reakcję i ruszył z miejsca do ataku.
Stojący jak wryty DaVil nie zdążył nawet się poruszyć, gdy otrzymał silny cios w szyję. Jego włosy straciły złoty kolor kiedy upadł bezwładnie na ziemię, twarzą w przód.
Sara wytrzeszczyła oczy. Dreszcz przeszył jej ciało, które napięło się niczym struna.
Zrobiła krok do tyłu, przerażona. Jego wyszczerzone zęby były okropnie wielkie.
DaVil podniósł się z ziemi i stanął za nimi z zaciśniętymi pięściami. Skupił się i cały obszar wkoło niego nagle eksplodował.
Wydał z siebie mocny krzyk, jego włosy nieco się wydłużyły zmieniając kolor na szczerozłoty. Jego oczy nabiegły szkarłatem, zasłaniając białka.
Zrobił krok do przodu, ziemia pod każdym jego tąpnięciem pękała. Wokół szalały czerwone błyskawice, grzmiąc potężnie.
-O, a cóż to?- Pomarańczowy Mancrucifix nigdy wcześniej czegoś takiego jeszcze nie poczuł. Ogromne wibracje czystej energii.
DaVil zaczął wytwarzać rosnące kopuły energii, która się z niego wydobywała. Czuł się świetnie. Czuł się potężny. Czuł rosnącą moc w środku.
Fale mocy przepływające przez jego ciało, przynosiły mu poczucie niesamowitego uniesienia. Uczucie żywego ognia, który wypełniał każdy atom jego ciała, otwierało przed nim nowe, niesamowite możliwości.
To było dla DaVila takie samo wrażenie, jak gdyby nagle połknął słońce w całości. Jego ciało ledwo mogło wytrzymać tak wielki napływ mocy. A ta energia ciągle rosła. Nie wytrzyma już tego.
Włosy zaczęły mu zmieniać kolor na krwistoczerwony, wydłużając się opadały już na barki.
Stojąc jak wryty Mancrucifix, ocknął się nagle. Nie mógł już dłużej czekać aż skończy, bo potęga DaVila już zaczęła wykraczać poza skalę, a w dodatku ciągle rosła.
Rzucił się ze szponami w jego stronę, lecz nie zdążył go nawet dotknąć, gdy już coś go odrzuciło.
DaVil podniósł głowę. Jego oczy płonęły szkarłatnym światłem. Zaczął zmieniać się w prawdziwą, żywą bombę. Wkrótce, cały zapłonął w czerwono- białym świetle.
Mancrucifix ciskał w jego stronę pociskami z dłoni.
Wszystko na nic.
-Cholera!
Słup ognia leciał w jego stronę. Demon odpowiedział mu tym samym. Miał zamiar, za wszelką cenę nie odpuszczać....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz