XXX
Richarda obudziło poranne światło słońca wpadające przez okno do pokoju.
Zwlókł się z łóżka i zaczął ubierać.
-Rich...- Wymamrotała Sara.
-Hm?- Odparł, wkładając sweter.
-Jak myślisz? Co się z nami stanie?
-Nie wiem kotku, ale nie zaprzątaj sobie tym teraz głowy.- Pocałował ją w czoło.- Chodź na śniadanie.
Złapała go za kołnierz i przyciągnęła do siebie, całując zmysłowo przez dłuższą chwilę.
-Teraz możesz iść.- Uśmiechnęła się.
-Słuchaj...- Powiedział, otwierając drzwi i stając w progu.- Będzie, co ma być, ok? Nie martw się.
Oparła głowę na dłoni i pomachała mu.
Wyszedł.
-Jest i on.- DaVil właśnie skończył jeść swoje płatki. Wstał, wrzucił miskę do zlewu i opłukał.- Zdenerwowany?- Spytał Richarda.
- To chyba naturalne.
-To nie bądź, nie trzeba.
-O, no proszę, a ty niby nie jesteś?
Odłożył miskę na suszarkę.
-Oczywiście że jestem brat. Ale co to zmienia? To bez sensu.
-Pieprzenie.- Powiedział Rich, wyciągając patelnię.
-Ano. Idę się wychillować.- Wytarł ręce w ręcznik wiszący przy zlewie. Mijając Richarda uderzył go barkiem.
-Odwal się, bo zarobisz.
-O tu, wal. - Wskazał na żuchwę i zaśmiał się drwiąco.
Rich wbił jajka na patelnię, mówiąc:
-Spadaj, bo wyłapiesz tą patelnią zaraz w ryj.
DaVil udał przerażenie i zasłonił dłońmi twarz, mówiąc sarkastycznie: - Tak jest panie! Już uciekam!
Rich zjadł śniadanie w samotności.
-Dobrze zrobiłeś, przyłączając się do mnie Mancrucifixie.- Zagrzmiał Cthulhu - Nie pożałujesz tego.
Diabeł wyszczerzył kły w szerokim, uśmiechu.
- Wcacle nie żałuję, nigdy tego nie powiedziałem. Powiedz mi tylko teraz, co będzie z Lucyferem?
-Nie martw się o to, zniszczymy tego czarnego aniołka a wraz z nim każdego, kto stanie po jego stronie i przejmiemy całe piekło, wprowadzając tam moje rządy. Całe podziemie i wszechświat należą już do mnie. Najważniejsza planeta Ziemia, to już tylko formalność.
-A co z NIM?
-Na NIEGO też przyjdzie czas, uwierz mi. Zapłaci nam za tysiąc lat więzienia.
Mancrucifix poczuł podniecenie.
-I jego królestwo!- Zawył z zachwytu.
-Cierpliwości, Mancrucifixie. Lepiej GO teraz nie wkurzać, nie mamy dostatecznych zasobów. Kiedy przejmiemy piekło, a wraz z nim jego mieszkańców, dopiero po upadku Lucyfera zbierzemy siły na starcie z NIM. Nie wcześniej. Wtedy nie będzie wadził nam już nikt. I epoka ciemności nastanie na wieczność...
-Hahahahah!!!
Jego generał zaśmiał się okrutnie.
Sara zapadła w sen...
Znalazła się na szerokiej alejce w Parku.
Liście na drzewach, koloru pastelowego różu powiewały lekko na wietrze. Lekki zefir pieścił jej subtelne ciało, które wydawało się jej dziwnie lekkie jak piórko. Ćwierkający wróbel zerwał się z gałęzi i świergotając, usiadł jej na ramieniu.
-Hej mały!- Pogłaskała go, a on radośnie podziobał jej opuszek palca i odleciał.
-Niesamowite....
Dookoła niej zbierały się różne zwierzęta i obserwowały ją, nie ruszając się z miejsca.
Sara uznała to za trochę niezwykłe, gdy przechodziła między nimi.
Tutaj było tak spokojnie! Tak cudownie! I przytulnie!
Czuła się jak w domu, którego dawno nie widziała, jakby była już tu wcześniej. Wspaniałe uczucie!
Po obu stronach alejki były pustawiane ławki. Przed sobą, w oddali zobaczyła dwie postacie siedzące na jednej z nich. Gdy podeszła bliżej, zauważyła że mają na sobie lekarskie kitle. Zaraz po tym jak ją ujrzeli, uśmiechnęli się do niej.
-Witaj Saro.- Powiedział siedzący mężczyzna, który mogła przysiąc, miał najbardziej białe i błyszczące zęby jakie kiedykolwiek w życiu widziała. To samo kobieta obok.
-Skąd znasz moje imię?- Zapytała.
Tym razem odezwała się kobieta:
-Znaliśmy twoje imię, zanim jeszcze przyszłaś na świat, kochana.
Była przepiękna... aż nieludzko... uśmiechała się promiennie. Była jak jakaś nimfa lub coś w tym stylu. Miała długie, czarne włosy, sięgające aż do pasa.
Mężczyzna również był brunetem z idealnie przyciętą, miękką i puszystą brodą.
-Jesteście jakimiś lekarzami? Czy coś w tym stylu?
-Coś w tym stylu.- Odparł z uśmiechem.- Witamy w Parku, Saro.
-Gdzie??
"Przyzwyczaj się"- Usłyszała w myślach.
Czuła się przy nich tak spokojnie, odczuwała bijącą od nich niesamowicie wielką MIŁOŚĆ. Tak bardzo za nimi tęskniła! Za tym... WSZYSTKIM! Mogłaby tutaj spędzić całą wieczność!
Wracała jej powoli pamięć tego miejsca.
-Musisz wracać, moja kochana.- Kobieta położyła jej dłoń na oczach.- Masz misję do wykonania...
Poczuła jak wraca.
Otworzyła oczy.
Oparła się na rękach. Co to było?
To nie był sen...
Tymczasem Richarda znowu zaczęły męczyć wewnętrzne demony...
-Richaaard... Richaaard... Richaaard.... Kochanie?
-O nie...- Jęknął.
-Richard, Richard... Oh, mój mały, biedny Rich. Spójrz w lustro, czymże jesteś beze mnie?- Zadudnił gruby głos w jego głowie.
-Zamknij się...
-Wstań i spójrz na nas.
-Nie chcę!
-Wstań i spójrz w te pieprzone lustro! Jesteś nikim! Jesteś nikim beze mnie!
Dziewięć diabelskich głosów przeszyło jego mózg, niczym lodowate sople.
-Spójrz w te pierdolone lustro!
- Zostaaaw mnieeee!!!
Cisnął miską przez kuchnię w przeciwległą ścianę. KRACH!
Rozpłakał się i próbował wyrywać włosy z głowy.
-Mój ty biedaku... Może weź tableteczkę? Pomoże ci...
-Aaaah! Dosyć tego! To koniec!
Otworzył szufladę i wyjął z niej nóż...
Miał zamiar zakończyć to szaleństwo raz na zawsze, tu i teraz. Przyłożył już nóż do nadgarstka, gdy nagle drzwi kuchni otworzyły się.
-Rich! Co ty do cholery wyprawiasz?!
Sara była w szoku, Black podbiegł do niego i wyrwał mu narzędzie z ręki.
Właśnie dotarło do niego, co się tak właściwie przed chwilą stało. Poczuł się jakby dopiero co wybudził się z jakiegoś transu.
Sara złapała go za kołnierz i potrząsnęła.
-Czyś ty oszalał?!- Spoliczkowała go.- Odpowiadaj!
Rich osunął się na krzesło.
-Saro... Daj mu spokój.- Nakazał jej Black. - Stary.... co jest? Powiesz nam?
Przeciągnął dłonie po twarzy i powiedział:
-To nie takie proste....
-Nic nie jest proste, mi możesz powiedzieć.
-Demony... One mnie męczą już od lat... Black, ja nie wiem co mam zrobić, nie daję już sobie z nimi rady....
Twarz Blacka zastygła....
-To niedobrze.... Bardzo niedobrze, Rich.
-Co to ma znaczyć?- Spytała Sara.
-To, że jego dusza nie ma spokoju, ale temu da się zaradzić.
-Jak?- Richard był gotów na wszystko.
-To proste. Po pierwsze, nigdy więcej już nie ruszysz tych tabletek, które masz w szafce.- Sara spojrzała na Richarda znacząco.- Po drugie, odprawimy egzorcyzmy i wypędzimy to gówno z twojego serca.
-Ale czy to na pewno podziała?
-Na pewno. Chodź, poznasz w końcu Batyldę.
-Nikt nie będzie za mnie oddawać duszy.- Sprzeciwił się.
-Jeszcze czego, aż taki wyjątkowy to ty nie jesteś.- Zaśmiał się Black.
Sara spojrzała na Blacka z zaciekawieniem.
-Cena za taki drobiazg jest o wiele niższa.
-To znaczy?- Dopytywał się Rich.
-Sto jedenaście czarnych kruków.
Richardowi zdawało się, że się przesłyszał.
-Co? Tylko tyle?
-Tak, tylko tyle. A czegoś się spodziewał?
-No, skoro chciała wessać duszę za trochę zombiaków...
-A czym jest wypędzenie demona z pojedynczego życia, w porównaniu do uratowania planety?
-A czy to jest istotne? Sto jedenaście kruków, to sto jedenaście i tyle.- Rzekła Sara.- Tylko, po co jej one?
-Nie chcesz wiedzieć.- Odparł.- To co, lecimy?
-Pewnie.- Zgodził się Rich.
-Powiem DaVilowi, żeby poczekał tutaj na nas.- Powiedział Black.
-Nie leci z nami?- Zdziwiła się Sara.
-Trzeba pilnować posesji.
I wyszedł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz