STATEK MIŁOŚCI
Rozdział 2
Porwanie
Była pełnia księżyca, gęsta mgła opuszczała się nisko, przykrywając bezlistne gałęzie drzew, które powiewały lekko miotane, chłodnym, jesiennym wiatrem na tle lekko zachmurzonego, nocnego nieba...
Taak, czuł je.
Były tutaj obecne.
Ten chłód i smród spalonych odchodów, pomieszanych z odorem siarki rozpoznałby wszędzie.
Z daleka majaczyła niewyraźnie mała, drewniana chatka, oświetlona bladym blaskiem srebrnego globu.
Rosła z każdym krokiem, gdy się do niej zbliżał.
Drzwi , a raczej puste framugi, w ktorych pewnie kiedyś były zawieszone, zionęły czarną pustką.
Spóźnił się...
Gdy wszedł powoli do środka, nie mógł niczego dojrzeć oprócz stosu pozapisywanych kartek, leżących na podłodze, przeglądanych jakby w pośpiechu...
Zapalił świecę i przyjrzał się jednej z nich.
Jakby opis buntu Lucyfera w Niebie...
Na każdej było opisane to samo zdarzenie, ale na wszystkich stronach w innej formie. Pozmieniane zdania... kolejność linijek, pozamazywane słowa, powykreślane, pododawane,... Jakby autorowi zależało na jak najlepszej formie oddania myśli przelanej na papier...
No cóż... tylko gdzie on się podział?
Odór roznoszący się dookoła nasuwał tylko jedną odpowiedź.
Zabrali go...
Stanowił dla tych bestii zbyt wielkie zagrożenie. Wiedział za dużo.
Musi go odnaleźć.
Za wszelką cenę.
O ile jeszcze jest kogo odnajdywać....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz