XII
Black
siedział w ciemnościach przy biurku, czyścił karabin w milczeniu.
Gdy Richard przyszedł, zagarnął krzesło i
usiadł naprzeciw niego, zaczął:
-Czas na rundę drugą.
-Chcesz znów w nich uderzyć? Pierwszy?
-Dokładnie.- Przyznał Rich.- To musi się
skończyć.
- To nie najlepszy pomysł. - Black złożył
karabin, włożył naboje do magazynka, wsadził i przeładował.
Komora szczęknęła. - Ale skończy się.- Powiedział.- Albo dla
nich, albo dla nas.
Westchnął.
-Rich, straciliśmy jednego z naszych
najlepszych ludzi, Greg był bardzo pomocny, a Justus... Nim zajmę
się osobiście...
I wycelował serię w sam środek tarczy.
-Wielka strata...- Podniósł się i wyszedł,
zostawiając naszego bohatera sam na sam, ze swoimi myślami.
Minęło parę dni i Richard w końcu nauczył
się jak opanowywać niedawno odkrytą w sobie świetlistą moc.
-Świetnie mały!- Pochwalił go Black.- Lada
dzień wyruszamy!
Sara nie podzielała zbytnio ich entuzjazmu.
Bała się... Nie, nie tego wężowego wypierdka. Bała się, że
znowu ktoś zostanie ranny, że ktoś zginie, że straci
przyjaciela....Takiego bólu by chyba nie zniosła.
Lecz konfrontacja była nieunikniona.
-To chyba jasne.- Dopowiedziała w myślach.-
Teraz jest tylko my, albo oni.- Wiedziała o tym i nienawidziła
tego.
Tymczasem w posiadłości Jarecka:
-Świetny pomysł miałeś z tym podsłuchem,
młody.- Zarechotał otyły szef podziemnego kręgu.- Teraz tylko
czekać na informacje!- Zatarł ręce.-No!
-Powitamy ich należycie.
Justus wyszczerzył zęby w pogardliwym
uśmiechu.
Jareck przeglądnął się w dopiero co
polerowanym sztylecie, który zawsze nosił przy sobie. Na jego
rączce widniał odwrócony krzyż.
- O taaaak.... To będzie ostatni komitet
powitalny, jaki będą mieli okazje jeszcze zobaczyć.- Wpadł w
histeryczny śmiech, okropny, mrożący krew w żyłach śmiech, tak
odrażający, że nawet Justus się wzdrygnął....
Nagle, w głowie Justusa coś pękło.
Złapał sztylet, który zwisał luźno w ręku
otyłego Jarecka, który jeszcze przed chwilą się nim bawił i wbił
go grubasowi prosto w serce.
-A masz! Skurwielu, należało ci się!
Spojrzał na krew spływającą po krzyżu
wygrawerowanym na sztylecie i na ciało Jarecka w torsjach.
-Prosto od Jezusa, szmato! Naprawdę myślałeś,
że Cthulhu cię potrzebuje? Ty durniu!
Zastanowił się przez chwilę, czy Jezus
kiedykolwiek wybaczy jemu? Miał nadzieję. Wiedział za to, że jego
drużyna na pewno mu tego ani nie zapomni, ani nie popuści. Sam by
sobie nie odpuścił, przez niego zginął Greg...- Cholera, czemu
tak to poszło niefartownie? Dobry człowiek z niego był...-
Powiedziały do niego wyrzuty sumienia.- Nie zasługiwał na taką
śmierć...
Justus widział tylko jedno sprawiedliwe
wyjście z tej sytuacji.
Może w ten sposób choć trochę będzie mógł
odkupić swoje winy.
Wyjął więc zakrwawiony sztylet z klatki
piersiowej Jarecka, przystawił sobie do gardła, odetchnął,
odczekał krótką chwilę i poderżnął je sobie szybkim,
zdecydowanym ruchem. Krew trysnęła pod ciśnieniem tętnic, szybko
plamiąc ściany na perłowy kolor.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz