czwartek, 5 marca 2020

XII
Black siedział w ciemnościach przy biurku, czyścił karabin w milczeniu.
Gdy Richard przyszedł, zagarnął krzesło i usiadł naprzeciw niego, zaczął:
-Czas na rundę drugą.
-Chcesz znów w nich uderzyć? Pierwszy?
-Dokładnie.- Przyznał Rich.- To musi się skończyć.
- To nie najlepszy pomysł. - Black złożył karabin, włożył naboje do magazynka, wsadził i przeładował. Komora szczęknęła. - Ale skończy się.- Powiedział.- Albo dla nich, albo dla nas.
Westchnął.
-Rich, straciliśmy jednego z naszych najlepszych ludzi, Greg był bardzo pomocny, a Justus... Nim zajmę się osobiście...
I wycelował serię w sam środek tarczy.
-Wielka strata...- Podniósł się i wyszedł, zostawiając naszego bohatera sam na sam, ze swoimi myślami.




Minęło parę dni i Richard w końcu nauczył się jak opanowywać niedawno odkrytą w sobie świetlistą moc.
-Świetnie mały!- Pochwalił go Black.- Lada dzień wyruszamy!
Sara nie podzielała zbytnio ich entuzjazmu. Bała się... Nie, nie tego wężowego wypierdka. Bała się, że znowu ktoś zostanie ranny, że ktoś zginie, że straci przyjaciela....Takiego bólu by chyba nie zniosła.
Lecz konfrontacja była nieunikniona.
-To chyba jasne.- Dopowiedziała w myślach.- Teraz jest tylko my, albo oni.- Wiedziała o tym i nienawidziła tego.




Tymczasem w posiadłości Jarecka:
-Świetny pomysł miałeś z tym podsłuchem, młody.- Zarechotał otyły szef podziemnego kręgu.- Teraz tylko czekać na informacje!- Zatarł ręce.-No!
-Powitamy ich należycie.
Justus wyszczerzył zęby w pogardliwym uśmiechu.
Jareck przeglądnął się w dopiero co polerowanym sztylecie, który zawsze nosił przy sobie. Na jego rączce widniał odwrócony krzyż.
- O taaaak.... To będzie ostatni komitet powitalny, jaki będą mieli okazje jeszcze zobaczyć.- Wpadł w histeryczny śmiech, okropny, mrożący krew w żyłach śmiech, tak odrażający, że nawet Justus się wzdrygnął....


Nagle, w głowie Justusa coś pękło.
Złapał sztylet, który zwisał luźno w ręku otyłego Jarecka, który jeszcze przed chwilą się nim bawił i wbił go grubasowi prosto w serce.
-A masz! Skurwielu, należało ci się!
Spojrzał na krew spływającą po krzyżu wygrawerowanym na sztylecie i na ciało Jarecka w torsjach.
-Prosto od Jezusa, szmato! Naprawdę myślałeś, że Cthulhu cię potrzebuje? Ty durniu!
Zastanowił się przez chwilę, czy Jezus kiedykolwiek wybaczy jemu? Miał nadzieję. Wiedział za to, że jego drużyna na pewno mu tego ani nie zapomni, ani nie popuści. Sam by sobie nie odpuścił, przez niego zginął Greg...- Cholera, czemu tak to poszło niefartownie? Dobry człowiek z niego był...- Powiedziały do niego wyrzuty sumienia.- Nie zasługiwał na taką śmierć...
Justus widział tylko jedno sprawiedliwe wyjście z tej sytuacji.
Może w ten sposób choć trochę będzie mógł odkupić swoje winy.
Wyjął więc zakrwawiony sztylet z klatki piersiowej Jarecka, przystawił sobie do gardła, odetchnął, odczekał krótką chwilę i poderżnął je sobie szybkim, zdecydowanym ruchem. Krew trysnęła pod ciśnieniem tętnic, szybko plamiąc ściany na perłowy kolor.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz