XXVII
Z powrotem w bazie:
-Chyba te deski można już zdjąć...- Westchnęła Sara.- Psują wystrój.- I zaczęła mocować się z gwoździami.
-Widzieliście tę zgniliznę? - Spytał DaVil. - Nie za dobrze to wygląda...
-A właśnie, ten starzec coś o tym wspomniał... Że to dopiero początek?- Wtrącił Richard.
-Prawdopodobnie Cthulhu rozpoczął już swoją apokalipsę. -Wytłumaczył Black.- Pozatruwał wszystko dookoła. Wody, rośliny, owoce...
Rich spojrzał na niego z zapytaniem na twarzy:
-W takim razie, co teraz?
-Spokojnie młody, mamy zapasy które wystarczą nam na przynajmniej kilka lat. Schowane super-szczelnie i super-świeże!- Puścił mu oczko z uśmiechem.
-A co z tym całym planem?
-Plan wygląda następująco: TY jesteś moim planem!
-Ja? Znaczy... wiem... to znaczy... ehhh...- Richard nie miał pojęcia, o co mu może chodzić?
To prawda, po tych wszystkich treningach i starciach zdobył trochę mocy i umiejętności, ale... (ciężko mu to było przyznać) DaVil był od niego potężniejszy. I to sporo, więc jakim cudem... Dlaczego nie on? Czemu zawsze chodzi o mnie? - Miał tak przez całe życie... Najbliżsi ciągle patrzeli mu na ręce, chcieli kontrolować każdy jego krok, kazdy aspekt życia, co doprowadzało go do szału. I to nie tylko oni...
Szkoła, zawsze Rich, ten urwis, najgorszy, bystry ale chuligan. Praca - każde malutkie odstępstwo od normy, równa się wydalenie. Czarna owca, kiedy coś się stało, obwiniano jego, nawet jeśli wina nie leżała po jego stronie. Wszystko robił źle, pod wpływem presji z każdej strony, nawet jeśli robił to dobrze....
Nienawidził kontroli i zawsze spoglądał ze zdziwieniem i politowaniem na ludzi, którzy ślepo szli za innymi, sami niewiele rozmyślając o tym, co wyczyniają. Byleby być posłusznym... Byleby nikt nie nakrzyczał... Chciałoby się użyć sformułowania: "stado bezmózgich baranów", ale go nie użyję...
Takie "stado" bezmyślnych robotów, było umożliwieniem prowadzenia wielu wojen. Ślepo podążając za chorymi ideami, których sami nie rozumieli....
Nie byłoby w tym nic złego , gdyby nie fakt, że przez to ginęło wiele rodzin... Dobrych rodzin. Ludzie, którzy byli podstawą i korzeniem tego drzewa, zostali wycięci w pień...
A to smutne.
I wszystko bierze się z nieświadomości, niewiedzy lub tchórzostwa. Strachu przed zmianami. Strachu przed nimi samymi, strachu przed walką o lepsze jutro...
DaVil poczuł się trochę zazdrosny...
-Cholera jasna...- Powiedział sobie w myślach.- Dlaczego zawsze on? Co w nim takiego niby jest? Jestem przecież lepszy, jestem silniejszy, jestem twardszy... Nie rozumiem...
I takie myślenie właśnie go gubiło, ale wiedział też, że ostatecznie nie ma czego mu zazdrościć...
Sara spojrzała w ziemię, chciała uniknąć wzroku Richarda.
-Ale dlaczego ja? Black, cholera jasna, ja nie dam mu rady!- Uderzył pięścią w stół.
Black odpalił papierosa, zaciągnął się, wypuścił powoli chmurę dymu i rzekł:
-Dasz. Z naszą... małą pomocą. Osiągniemy to Rich. Musisz w to uwierzyć! Pamiętasz co ci mówiłem? Wszystko jest stanem umysłu. Bez wiary w zwycięstwo nawet do niego nie podchódź! Chyba że na kawę, albo od razu rzeź! Oto mój plan.
Cóż, nie dało się ukryć, podejrzewał że będzie on jakoś bardziej szczegółowy...
Co się z nimi wszystkimi dzieje?
-Idę spać.- Oświadczył.
-Idę z tobą.- Rzekła Sara.
I wyszli.
-Chodź, wykąpiemy się.
Potrzebował tego. Relaksu... Ten dzień był wyjątkowo męczący...
Rozebrali się więc powoli i wskoczyli razem pod prysznic.
-O czym myślisz?- Spytała Sara, gładzac jego policzki pokryte twardym, parodniowym zarostem.
Rich nie odpowiedział, zbliżył się do jej twarzy i zaczął ją całować...
Strużki gorącej wody spływały powoli, pieszcząc ich nagie ciała. To było wspaniałe. Tego mu właśnie przez tyle czasu brakowało.
Jej bliskości.
Sary, chciał mieć ją całą, tylko dla siebie, własnie teraz... Jego dłonie i usta wędrowały po całym jej pieknym ciele, od szyi po zgrabne nogi.
Namiętność gęstniała w powietrzu...
DaVil usiadł na krzesle, kładąc rece na oparciu.
-Jesteś tego pewien?- Zaczął.
-Dobrze wiesz co potem się wydarzy. I to lepiej niż ktokolwiek inny... Tak czy siak, wszyscy się spotkamy...
DaVil uderzył krzesłem w stół, wstał i wyszedł...
-Przyszłość ziemi jest ważniejsza od nas!- Krzyknął za nim.
Opuścił głowę, zapalił kolejnego papierosa i nalał sobie drinka....
Richard miał nadzieję, że tym razem będzie spał spokojnie. Położył się w ciepłej, miękkiej pościeli i od razu zasnął...
Znalazł się w zadymionej grocie.
Było tak duszno, że ledwo mógł oddychać. Ruszył w stronę postaci odwróconej do niego plecami.
-Sara?- Podszedł do niej, położył ręke na ramieniu i obrócił.
Jej włosy nagle ożyły, zamieniając się w gniazdo wijących węży, syczących przeraźliwie. Z ust wyrosły jadowite kły, które wbiły się w jego szyję, rozrywając ją na strzępy.
Richard padł na ziemię. Przyłożył ręke do gardła, wyczuwając wyraźny ubytek i sączącą się z niego lepką krew.
Nie miał pulsu.
Cholera! Nie miał pulsu! Co jest?!
Kobieta o zielonej twarzy i gadzich oczach, usiadła na jego klatce piersiowej, wbijając swoje szpony prosto w jego płuca.
-Hyyyh!- Próbował złapać oddech, ale nie mógł, dusił się. Czuł jak jakiś płyn napływa mu do płuc.
Powoli tracił świadomośc, wszystko zaczęło się kręcić...
Obudził się w innej lokacji, która przypominała mu jego rodzinny dom, za czasów dzieciństwa. Wszedł do swojego pokoju. Na ziemi leżały rozrzucone zabawki.
-Ała!- Nadepnął na jeden z klocków. Nie miał butów. Nie miał na sobie też ciuchów.
Był całkowicie nagi.
Usłyszał strzały w sąsiednim pokoju. Kiedy wszedł, zobaczył DaVila z bronią w ręku, stojącego przy drewnianym krzyżu w kształcie litery "X", na którym dyndała okrwawiona Sara z przestrzeloną głową...
-Nieeeee!!!.
Padł na kolana i utonął we łzach. Jego rozpacz była wielka, lecz gdy spojrzał na brata, jego żal przemienił się w furię nie do opisania i rzucił mu się do gardła.
-Saraaa!
Podniósł się i usiadł na łóżku.
Był środek nocy.
Zza okna świtał przez szybę księżyc w pełni.
Oddychał ciężko, zanim zdał sobię sprawę, że był tylko sen. Spocony, wstał z łóżka, otworzył szufladę i wyjął tabletki z diazepamem, wziął dwie i popił szklanką wody.
-Ahhh... Pieprzyć to...- Usiadł na skraju łóżka, czekając aż zaczną działać. Sara spała sobie smacznie, położył rękę na jej policzku, który oświetlał blady blask księżyca.
Była taka piękna.
I tylko jego...
Gdy poczuł znajome uczucie spokoju, wsunął się pod kołdrę i prawie natychmiast zasnął...
Resztę nocy przespał spokojnie i śnił piękne sny, w których on i Sara pobrali się i wiedli przepiękne życie...
Jaka szkoda, że to tylko były sny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz