sobota, 7 marca 2020

XIV
    Trafili przed luksusowy budynek, na wzór greckiej architektury starożytnego panteonu, w bogatej dzielnicy.
-Kurczę, willa jak z Vice city.- Jeden z żołnierzy imieniem Max zagwizdał.
Dosyć długo szukali właściwego położenia. Doszło nawet do tego, że byli zmuszeni pytać o posesję Jarecka przypadkowe osoby na ulicy. No, ale trafili, to się liczy, czyż nie?
Naprzeciw nich już stał komitet powitalny.
Wszyscy nosili czarny.
-Co u was tak ciemno? – Spytał Black.
-Przezabawne.- Uśmiechnął się sztucznie dosyć starszy człowiek. – Jeżeli chcecie nas zgładzić, proszę bardzo.
Grupka wymieniła zdziwione spojrzenia.
-Ale najpierw… Chciałbym przedstawić wam z dumą, kogoś bardzo…. bliskiego. Hehe.
-O czym on plecie?- Spytał Richard bardziej siebie, niż reszty.
-DaVil! - Zgarnął kogoś jednym ruchem ręki z tyłu.
-DaVil?!- Black został wyraźnie poruszony. Czemu? Zastanowił się Rich.
Spostrzegł, że Sara też nie miała pojęcia dlaczego się tak... Wystraszył?
DaVil nie wyglądał jakoś szczególnie groźnie, zwykły chłopak...Koło 20 lat? Z budowy całkiem podobny do Richarda.
DaVil puścił oko Blackowi.
-Nie... N-Nie, to niemożliwe...- Black dosłownie zbladł. Czy to możliwe u murzyna?
-Wy się znacie?- Spytała Sara.
-Za dobrze.- Wycedził przez zęby, zaciskając pięść.
-O, widzę że nawet mi bliźniaka przyprowadziłeś, siema brat!- Machnął do Richa. 
-Machnął do mnie... Co to ma znaczyć?
-Że jestem twoim młodszym bratem, debilu.

Black spojrzał z niedowierzaniem na przyjaciela.
Treraz wszystko mu się układało w głowie. Dotarło też do niego bardziej niż kiedykolwiek,  że tylko Rich może go powstrzymać.
-To.. Koniec...
-O czym ty mówisz? Black, o co chodzi?- Richard był coraz bardziej skonfudowany.
-Uciekajcie! Póki możecie! Rich! Ja zostaję, ale przyda mi się twoja pomoc, ruszać się! -Rozkazał.
-Chyba cie pogięło, że ucieknę. Zapomnij o tym.- Postawiła na swoim Sara, za jej przykładem poszła reszta.
-Głupcy! Ratujcie swe życia, póki możecie!

Grupa naprzeciw wybuchła śmiechem. Mają ich.
Nikt się nie poruszył z miejsca.
DaVil też nie atakował, chyba tylko udawał pewność siebie?- Zastanowił się Richard.
-Po cóż mam cię atakować, bracie? Jesteśmy przecież rodziną, a rodzina powinna trzymać się razem, nie? Stań po naszej stronie, jedynej, właściwej stronie. Przyłącz się, a czekają cię same korzyści!
-Nigdy!- Krzyknął. Nie trzeba było być geniuszem, aby rozpoznać ziejące od niego zło. Zło, ziejące od nich wszystkich.

W odpowiedzi, gdy DaVil zacisnął pięść, stanęła ona w ogniu, a ziemia dookoła nich zaczęła się trząść. Wokół niego pojawiły się widoczne gołym okiem małe wyładowania elektryczne.
Czy jego włosy właściwie robią się białe!?
-Ale przecież...- Richard miał ochotę się uszczypnąć. DaVilowi tęczówki zupełnie znikły, a oczy stawały się całe białe...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz