środa, 4 marca 2020

XI


-Śniadanie!- Rzucił Black, otwierając mu drzwi od pokoju.
Zaspany, przetarł oczy, ubrał się i wyszedł do stołówki.
-Siema ćwoki!- Greg wyszczerzył do nich zęby. Greg był umięśnionym, czarnoskórym oficerem marynarki wojennej. Dosyć wysoki.
-Pałuj się Greg!-Sara rzuciła w niego pączkiem.
-Tyle tych pączków wpierdzielasz, że już dawno powinnaś być rozmiarów Grega.- Rzucił Justus.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Wcinajcie!- Black rzucił im śniadanie pod nosy. - I smacznego.
Resztę śniadania spędzili w milczeniu, każdy w swoich zawiłych myślach.
Gy skończyli posiłek, Rich postanowił, że pomoże Sarze pozmywać naczynia.
-Myślisz, że tak łatwo wkupisz się w moje łaski?- Zażartowała.
-Myślałem, że to już zrobiłem...
-Oż ty...
Długo nie poszorowali, gdy nagle...
Usłyszeli rumor, otwierane drzwi...I...
-Niespodzianka frajerzy!
Rozległy się strzały. Ktoś padł na podłogę, Richard nie wiedział kto, zbyt bardzo był zajęty osłanianiem... Wszędzie pełno pyłu... Hej, gdzie ona jest?
-Sara!
-Rich, padnij!
To był Black, wymierzył w grupkę zbirów potężną serię z karabinu maszynowego.
Rozpierzchli się na boki, lecz to nie było dla niego żadnym problemem. Zdjął ich wszystkich.
-Jesteście cali?- Spytał ich.
-Greg!- To była Sara, ukucnęła obok krwawiącego żołnierza.- Dostał w głowę!
-Szlag!
-Zróbcie coś!- Pisnęła jak nie ona.
Rich złapał się za własną, nie mając pojęcia co zrobić.
-Ktoś musiał sypnąć!- Wrzasnał Black.- Kurde jego mać! Greg!


Nie było Justusa.


-Justus!- Krzyknęła Sara.- Gdzie on jest, do cholery?!


Zdrada.


Tylko tego jeszcze brakowało.
Richard wybiegł z kuchni i zaczął przeczesywać cała bazę.
Ale nie znalazł.
-Nie ma go!- Krzyknął Black.- Jak u ciebie? Rich?
-Nic! To musiał być on, pieprzony tchórz uciekł!
- I miał rację, bo chyba bym go ukrzyżowała! - Wtrąciła Sara.




Za to Jareck powitał go z otwartymi ramionami.
-I jak sprawy się mają, mój chłopcze złoty?- Powitał go z wyszczerzonymi zębami.
-Jeden z nich nie żyje. Żołnierzyk z Marines.
-To świetne wieści mój drogi, masz, napij się ze mną.- Nalał mu drinka- Zapal sobie.- Powiedział, podsuwając mu cygaro pod usta i podpalił.
Justus zaciągnął się. Wypił. I już żałował swojej decyzji, wiedział że nie było warto... Co on sobie w ogóle myślał?
Jareck poklepał go po policzku.
-Nic nie pękaj, młody! Mamy Boga po swojej stronie!- Zarechotał.
-Ty nazywasz to...coś...bogiem?
-Bogiem... zniszczenia.- Puścił mu oko.
„Ta, raczej kreaturą bym tego nawet nie nazwał”- Dopowiedział sobie w myślach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz