XI
-Śniadanie!-
Rzucił Black, otwierając mu drzwi od pokoju.
Zaspany, przetarł oczy, ubrał się i wyszedł
do stołówki.
-Siema ćwoki!- Greg wyszczerzył do nich zęby.
Greg był umięśnionym, czarnoskórym oficerem marynarki wojennej.
Dosyć wysoki.
-Pałuj się Greg!-Sara rzuciła w niego
pączkiem.
-Tyle tych pączków wpierdzielasz, że już
dawno powinnaś być rozmiarów Grega.- Rzucił Justus.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Wcinajcie!- Black rzucił im śniadanie pod
nosy. - I smacznego.
Resztę śniadania spędzili w milczeniu, każdy
w swoich zawiłych myślach.
Gy skończyli posiłek, Rich postanowił, że
pomoże Sarze pozmywać naczynia.
-Myślisz, że tak łatwo wkupisz się w moje
łaski?- Zażartowała.
-Myślałem, że to już zrobiłem...
-Oż ty...
Długo nie poszorowali, gdy nagle...
Usłyszeli rumor, otwierane drzwi...I...
-Niespodzianka frajerzy!
Rozległy się strzały. Ktoś padł na
podłogę, Richard nie wiedział kto, zbyt bardzo był zajęty
osłanianiem... Wszędzie pełno pyłu... Hej, gdzie ona jest?
-Sara!
-Rich, padnij!
To był Black, wymierzył w grupkę zbirów
potężną serię z karabinu maszynowego.
Rozpierzchli się na boki, lecz to nie było
dla niego żadnym problemem. Zdjął ich wszystkich.
-Jesteście cali?- Spytał ich.
-Greg!- To była Sara, ukucnęła obok
krwawiącego żołnierza.- Dostał w głowę!
-Szlag!
-Zróbcie coś!- Pisnęła jak nie ona.
Rich złapał się za własną, nie mając
pojęcia co zrobić.
-Ktoś musiał sypnąć!- Wrzasnał Black.-
Kurde jego mać! Greg!
Nie było Justusa.
-Justus!- Krzyknęła Sara.- Gdzie on jest, do
cholery?!
Zdrada.
Tylko tego jeszcze brakowało.
Richard wybiegł z kuchni i zaczął
przeczesywać cała bazę.
Ale nie znalazł.
-Nie ma go!- Krzyknął Black.- Jak u ciebie?
Rich?
-Nic! To musiał być on, pieprzony tchórz
uciekł!
- I miał rację, bo chyba bym go ukrzyżowała!
- Wtrąciła Sara.
Za to Jareck powitał go z otwartymi ramionami.
-I jak sprawy się mają, mój chłopcze
złoty?- Powitał go z wyszczerzonymi zębami.
-Jeden z nich nie żyje. Żołnierzyk z
Marines.
-To świetne wieści mój drogi, masz, napij
się ze mną.- Nalał mu drinka- Zapal sobie.- Powiedział,
podsuwając mu cygaro pod usta i podpalił.
Justus zaciągnął się. Wypił. I już
żałował swojej decyzji, wiedział że nie było warto... Co on
sobie w ogóle myślał?
Jareck poklepał go po policzku.
-Nic nie pękaj, młody! Mamy Boga po swojej
stronie!- Zarechotał.
-Ty nazywasz to...coś...bogiem?
-Bogiem... zniszczenia.- Puścił mu oko.
„Ta, raczej kreaturą bym tego nawet nie
nazwał”- Dopowiedział sobie w myślach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz