wtorek, 31 marca 2020

XXXVI
   
Richard myślał o tym co mu powiedział brat. O swoim pochodzeniu. O swojej przeszłości...    O Blacku...
 Przesunęła mu dłoń po policzku.
- A więc, mówisz że nie daje ci spokoju?
-Tak, powrócił....- Westchnął Richard.
-Czyli cały ten.... Cyrk u tej..... Jak jej tam było?
-Batylda.
-Batylda....- Pogładziła mu włosy.- To wszystko na marne, tak?
-Na to wygląda.... Nie chce się ode mnie odczepić.
-I co teraz? Może poradź się Blacka? Może on będzie wiedział co zrobić?
Na dźwięk jego imienia, Richardowi na chwilę stanęło serce i drgnęła powieka.
-Coś nie tak?- Spytała.
Pamiętał wszystko. Nie był pewien, czy chce się teraz tym dzielić z Sarą... Może lepiej jeszcze poczekać? Po co ją bardziej niepokoić? I tak już jest dosyć zatroskana. Równie dobrze to mógł być zwykły sen... Chyba sam w to nie wierzył..... Nie, jeszcze poczeka, zrobi niepotrzebny szum i co wtedy? Może to była tylko imaginacja? 
DaVil tam był...
-Rich? 
Sara brutalnie wyrwała go z zamyślenia.
-Nie, nie, wszystko w porządku. Chodźmy już spać, jestem po prostu zmęczony...
-Ok...- Zgasiła lampkę nocną i oboje szybko zasnęłi. Choć ona wiedziała, że coś było nie tak... Czuła to.       

BUM!

Obudził ich potężny wybuch.
-Co jest?!- Rich przetarł oczy.- Sa....- Odwrócił głowę, ale Sara już się ubierała. Za oknem szalał ogień.
-Szybciej, Rich. Chodź!- Ponagliła go.
Wstał, założył spodnie, złapał kurtkę wiszącą na krześle i wybiegł za nią.
Wbiegli przed budynek, Black już tam był.
Richard pierwszy raz widział go w akcji.
-Kurde! Wykryli nas!- Krzyknął do nich, zmagając się z małym, zielonym, skrzydlatym demonem, który pluł w niego ogniem, latając naokoło niczym natrętna mucha. W końcu, złożył palce w kształ trójkąta i trafił w natrętnego potwora, spalając go na miejscu żywcem.
Usłyszeli dudniące odgłosy, gdzieś w oddali. Zbliżało się do nich coś wielkiego.
-Tytani! Uciekamy! Musimy uciekać!- Zarządził Black. - Rich... 
-Nigdzie nie idziemy! - Zaprotestował. - Ja tu zostaję!
-Nie rozumiesz? Musimy się przygotować! Nie damy im teraz rady, potrzebujemy....
Ale Richard mu przerwał.
-Black! Co się z tobą do cholery dzieje?! Nie poznaję ciebie! Gdzie jest ten facet, który nauczył mnie tego wszystkiego? Gdzie on się podział, hę?!
Dudnienie było coraz bliżej, ziemia się trzęsła.
Black zatrzymał wzrok i osłupiał na chwilę. Wyraźnie słowa Richarda dotknęły go i ukłuły czuły punkt. Dotkliwie. Trafił tam, gdzie miał trafić. I miał rację, co on do cholery wygaduje? Uciekać? Po co? Gdzie?
-Saro, jeżeli chcesz się na coś przydać, biegnij do schronu po broń. Rich... Przygotuj się....- Dłoń, którą zacisnął w pięść, zaświeciła się.- Będzie rzeźnia.
Jego przyjaciel uśmiechnął się.
Dwóch tytanów, łamiących po drodze drzewa i wyrywając je razem z korzeniami, zbliżało się do nich coraz bardziej... Obalane pnie padały na ziemię z głośnym łoskotem.
Jeden z nich, dmuchał płomieniem, podpalając wszystko na swojej drodze. Trzask płomieni i łamanych gałęzi, był już zaledwie piędziesiąt metrów od nich...

poniedziałek, 30 marca 2020

XXXV
   
    Cthulhu odszedł od swojej wszystkowidzącej czary, stając do niej plecami i obserwował pracę swoich oddanych sług. Podwodne miasto, które niebawem będzie na ukończeniu, stanie w końcu na nogi i to w postaci wyspy, którą zdecydował wynieść  tak wysoko, aby mógł z niej oglądać cały świat. Jego świat. Będzie wyżej niż najwyższe szczyty, wyższa, niż sam starożytny Olimp. Było mu trochę szkoda, że stracił swojego generała. Nie dlatego, że odczuwał jakiś żal z powodu jego śmierci, o nie. Po prostu Mancrucifix był bardzo mocnym wojownikiem, silną jednostką. Czasem się przydawał... Ale cóż, na pewno poradzi sobie bez niego.
Mocarni tytani pracowali ciężko w morskiej otchłani, dźwigając poptężne, ozdobne bloki kamienne. Stawiali wielkie, strzeliste budynki, złocone niczym w epoce baroku, wykuwając metale pod warstwą wody. W środku ziemi było słychać dźwięczenie młotów i odgłosy ciężkiej maszynerii, której drżenie Pradawny odczuwał pod swoimi stopami.
Wszystko szło świetnie.


Richard znalazł się w pokoju szpitalnym, przypięty pasami do łóżka.
Poczuł się zdezorientowany.
Szarpał rękami i nogami, próbując się wydostać.
-Cholera, gdzie ja jestem? Co się dzieje?
Udało mu się uwolnić lewą ręke.
-Jest!
Trochę się poszarpał z drugą, ale w końcu ją też wyrwał z mocnego ucisku pasa. Potarł nadgarstki i rozejrzał się po pomieszczeniu. Przed łóżkiem stało biurko, za nim znajdowały się białe, przeszklone drzwi i kolejne po jego prawej stronie, które nagle się otworzyły i weszła przez nie młoda pielęgniarka.
-Spokojnie! Proszę się położyć!- Spojrzała na zwisające luźno pasy. - Jak panu się udało wydostać?
Richard spojrzał na nią ze zdziwieniem.
-Co ja tutaj robię, do cholery?- Spytał.
-Pan... Richard Michalsky, tak?
Rich zajął się uwalnianiem nóg.
-Proszę to zostawić w spokoju!
-Pani nie rozumie! Muszę się jak najszybciej stąd wydostać! Światu grozi wielkie niebezp.... Gdzie ja w ogóle jestem?!
-Proszę się nie obawiać, zajmiemy się panem...
Złapała go silnym uściskiem za nadgarstek, który zaczął go parzyć. Spojrzał na jej dłoń, która była rozgrzana do czerwoności.
-Co jest?!- Zaczął się szarpać, ale nie mógł się wyrwać, ból przybierał na sile. - Ała!
Nagle, tajemnicza pielęgniarka przemówiła do niego demonicznym głosem:
-Spokojnie kochanie, nie stęskniłeś się za mną? Wiesz, że jesteśmy sobie przeznaczeni?
-Aaaa! Nie! To znowu ty? Przecież cię zabiłem!
Demon złapał go za drugi nadgarstek.
-Puść mnie!
-Nie tak szybko mój mały, pamiętasz naszą małą umowę? Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo!
Jego głos go przeraził.
Twarz pielęgniarki zmieniła się w pysk bestii, o metrowych kłach, która chciała go połknąć w całości.
-Zostaw mnie!- Uwolnił nogi, jest!
Wyrwał ręce z ucisku i zsunął się z łóżka. Podbiegł do drzwi, które miał za sobą, otworzył je i wbiegł na salę przyjęć. Usłyszał w głowie diaboliczny głos:
-Możesz uciekać, ale mi nie zwiejesz! To mój świat! Hahaha! - Okrutny śmiech odbijał się w jego czaszce echem, niczym jakaś mantra z piekła.
Wybiegł na dwór. Pogoda była szara i mglista, a miasto opustoszałe. Biegł przed siebie ile sił w płuchach, mgła przesłaniała mu widok. Wszędzie było głucho.
-Hyyh! Hyyh!- Dyszał z trudem, ciężkie powietrze przecinało mu boleśnie gardło.
Chciał spytać kogoś o drogę, ale wokół nie było żywej duszy. Słyszał cały czas w głowie tylko nieprzerwany śmiech demona. Demonów? Sam już nie wiedział, brzmiało to jak kaskada wszystkich chórów z piekła naraz.
-ZOSTAW MNIE W SPOKOJU!!!
Na przeciw siebie zauważył w końcu jakiś kościół z ogromnym zegarem, na którym wybiła godzina 12. Wielkie dzwony zaczęły bić donośnie, "BIM-BOM, BIM-BOM!" Pod wielkimi drzwiami wejściowymi do kościoła, majaczyła jakaś postać.
-"Któż to może być?"- Pomyślał.
Niewiele się zastanawiając, ruszył w jej stronę. Zbliżając się, ujrzał jej zarys. Postać machała ręką nerwowo, przywołując go do siebie. Poczuł, że za wszelką cenę musi się do niej dostać.
-Biegnę!
Gdy podbiegł dostatecznie blisko, aby zauważyć więcej szczegółów poprzez nieprzeniknioną mgłę, zaparło mu dech w piersiach. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi...
-D-DaVil? - Nie posiadał się ze szczęścia. - Braciszku! - Chciał podbiec i go objąć, ale ten powiedział tylko:
-Szybko, do środka!
-Ty żyjesz! Co się wtedy sta....
Lecz DaVil szybko mu przerwał.
-Nie ma teraz na to czasu! Właź! 
Otworzył bramę i wcisnął go do środka.
-O co cho...- Zaczął, wepchnięty wpadł na ławę.
-Słuchaj mnie teraz uważnie! Słuchasz? - Rich skinął głową- Dobrze, więc się skup!
Richard uznał, że najlepiej będzie się teraz zamknąć i wysłuchać tego, co ma mu do powiedzenia brat.
-Znajdujesz się teraz w równoległym wymiarze, ja też jestem tutaj tylko na chwilę. Nie mogę być tak blisko.
-Gdzie jestem? Blisko czego?
-We śnie, słuchaj! I zapamiętaj! To bardzo ważne, abyś od teraz zapamiętał każde moje słowo! Gdy wrócisz, zapisz wszystko co tu usłyszałeś. Ok?
- Okej, okej.
-Super, więc, jesteśmy na niskim planie astralnym.
-Planie astralnym...- Powtórzył Richard, jak w transie.
-Tak, mam teraz dla ciebie przekaz. Po śmierci, wszyscy trafiamy tutaj, do niefizycznego świata.
Rich zauważył, że demon zniknął.
-W kościele nie ma do ciebie dostępu.
-Jak...
-Porozumiewamy się tutaj za pomocą myśli, telekinezy, telepatii- jak zwał, tak zwał. Po pierwsze, nie możesz pod żadnym pozorem ufać Blackowi.
-Co? Dlaczego?
-Ma on własny plan, który jest sprzeczny z tym, co ma nastąpić. Masz na niego uważać, szczególnie opiekuj się Sarą i nie daj mu zbliżyć się do niej, gdy będziecie walczyć z Cthulhu.
-Powiesz mi co on knuje?
-Black jest aniołem... Upadłym, aniołem... Demonem, który podobno nawrócił się na dobrą stronę. A my Richard... My nie jesteśmy ludźmi. Ty i ja pochodzimy z innej planety, jesteśmy gatunkiem potężnych istot, które zdominowały ten wszechświat i zostały rozproszone po wszechświecie. Zastosowane zostały wobec nas środki bezpieczeństwa, w postaci totalnej amnezji i skradzionej tożsamości abyśmy już nigdy nie mogli zjednoczyć naszej rasy ponownie, ponieważ jesteśmy zbyt dużym zagrożeniem dla tej rzeczywistości, w której żyjesz... Oto cała prawda.
Richarda coś zaczęło ciągnąć do tyłu, prędkość narastała, obraz zaczął się rozmywać.
-Nieee! Czekaj!- Próbował szamotać rękami do przodu, lecz na nic jego wysiłki.
W mgnieniu oka, znalazł się z powrotem. Ponad swoim ciałem, aż w końcu w nim wylądował.
Otworzył oczy.
Wziął głęboki oddech.
To było szalone. Nie mógł zmrużyć oka, więc widział tylko jedno wyjście.... Lecz wpierw zapisał wszystko posłusznie, jak polecił mu brat.
-Skoro demon wrócił....- Sięgnął do szafki po diazepam, ale tabletek tam nie było....
Zatrzasnął półkę z hukiem. Był rozwścieczony. Jak ktoś, mógł grzebać w jego rzeczach bez pytania? Wstał i odwrócił się na pięcie, aby wyjść z sypialni lecz zauważył, że Sara cały czas go obserwuje.
-Eee... Cześć. Już nie śpisz?- Spytał z głupią miną.
- Przez ciebie, pewnie i do końca nocy.
Uśmiechnął się.
-Masz to jak w banku. - Wsunął się pod kołdrę.
-Chyba jesteś chory!- Zaprotestowała. - Ej! nie tam!- Zachichotała.
 

sobota, 28 marca 2020

XXXIV
    -Gdzie lecimy?- Spytał Rich.
-Zregenerować siły.- Odparł Black.
-A potem?
-Ruszymy do podwodnego królestwa Cthulhu. Zobacz, co dzieje się z planetą. Sprawił już, że gnije.
-Gnije?
Sara spojrzała w dół. No tak, przecież tutaj powinny być łąki, pola, lasy jeziora. A do tej pory nie spostrzegła niczego więcej, jak bagna i rozkład zarośnięty pleśnią. Cuchnęło okrutnie. Na wyspie u Batyldy tego nie było...
-Tak, gnije.- Odpowiedział Black.- Pradawny chce, aby ten proces prrzeszedł jak najszybciej, a jeśli dojdzie do końca... To będzie już za późno, zmiany będą nieodwracalne.
- To nie brzmi za dobrze.- Wtrąciła Sara, ziewając.
-Musimy wypocząć i zebrać siły, pospieszmy się.

Po powrocie, w bazie.

-Rich, chodź ze mna na górę, musimy posortować zapasy.- Rzekł Black, gdy wrócili.
Weszli na kolejne, wyższe piętro.
Spodziewał się ujrzeć coś innego, ot zwykły strych. Jakieś stare zabawki, połamane wózki, polowe łóżko, masa gratów i niepotrzebnych nikomu, ale jednak potrzebnych śmieci i bibelotów.
-Chodź.
Podeszli do metalowych drzwi, stojących na samym końcu pomieszczenia. Black nacisnął guzik, a one rozsunęły się niczym w windzie. Gdy weszli do niej, z boku zauważył przymocowaną tabliczkę. Gdy Black jej dotknął, zapaliła się. Zaczął naciskać skomplikowane kombinacje cyfr i układać wzory, w jakieś dziwne figury geometryczne.
W końcu ruszyli. Winda powoli osuwała się na dół.
-Gdzie jedziemy?
-Do podziemi, zobaczysz.- Odparł.
Z głośników grała spokojna melodyjka.
-Jak w hotelu.- Zauważył Rich.
-Hotelowe spiżarnie, to przy nas pikuś.- Puścił mu oczko.
<DING>
Winda zatrzymała się, drzwi rozsunęły.
-Chodź.- Powtórzył.
Jego oczom ukazało się wielkie, podziemne pomieszczenie, o szarych, betonowych ścianach. Po środku stały rzędy podobnych ścian, ciągnących się bez końca. Każda była wypełniona otwieranymi półkami, niczym jakieś betonowe archiwa.
Black otworzył pierwszą z nich, wyjął baniaki z wodą i postawił. Wszedł na przesuwną drabinę i wyciągnął z górnej półki pare paczek z żywnością.
-Potrzymaj to. -Podał mu jedną z nich.- Jeszcze coś sprawdzę i lecimy.
-Black?- Zaczął Rich, idąc za nim w głąb pomieszczenia.
-Hm?
-Powiedz mi, kim tak właściwie jest ten cały Cthulhu? Jeśli... Mam z nim walczyć, to chyba muszę wiedzieć o nim jak najwięcej się da, nie?
-Czujesz się na siłach?
-A nie powinienem? Mam się go bać?
- To zależy od ciebie. Chodzi mi o to, czy uniesiesz tę wiedzę.
-Eee...- Śmierć DaVila dosyć go przytłoczyła, pragnął odwdzięczyć się temu potworowi tym samym.- DaVil... On... On, zginął z jego polecenia, tak?
-To pewne. Prawdopodobnie wysłał go, aby pozabijał nas wszystkich.
-Kim on do cholery jest? Black!- Złapał go za kołnierz i potrząsnął.- Ja muszę to wiedzieć!
-Ehhh... Usiądź młody.
Richard usiadł naprzeciw niego, w ciemnym pomieszczeniu, na betonie.
-Opowiem ci:
Jedni są zdania, że Cthulhu jest królem demonów. Najpotężniejszym z nich wszystkich, fizycznych, czy też nie. Inni zaś sądzą, że to po prostu morski potwór, który topi statki na trójkącie bermudzkim. Są też tacy i ja do nich należę, którzy zasłyszeli o nim pewną legendę, a jak to z nimi bywa, w każdej tkwi ziarenko prawdy. Są jeszcze ludzie, którzy powiadają, że była to fuzja diabła z demonem, ale to totalna bzdura.
-Dlaczego?
-Ponieważ takiego osobnika miałeś okazję poznać osobiście.
-Kto?- Zapytał zdumiony.
-Nikt inny jak sam Mancrucifix, we własnej kurde, osobie.
-Mancrucifix?!
-No przecież ci mówię, Rich. On był fuzją i to dosyć udaną, cholera.
-Czy taka... fuzja, jest już nie do rozłączenia?
-Tak, mimo że te dranie zyskują masywną potęge, rozdzielić się już nie mogą, ale wróćmy do...
-Czy ludzie tez to potrafią? Fuzjować?
-Scalać się? Nie, przynajmniej nie słyszałem nigdy o takim przypadku, ani o tym aby było to przynajmniej możliwe, czy wykonalne. Ale wróćmy do potwora.
-No tak, tak.
-Więc, przy stworzeniu ziemi majstrowały trzy bóstwa: Jeden stworzył ziemię, skały, drzewa, zwierzęta i rośliny. Drugi zalał świat wodami i stworzył wszelkie życie podwodne. Trzeci ułożył niebiańskie sklepienie i wszelkie ptactwo. Z połączenia ich trzech sił powstał człowiek. Ich kopia.
-Śłyszałem podobną historię! Ale tam był jeden?
-Słuchaj dalej, ten drugi, zwą go Posejdon, Neptun, jak wolisz...
-Posejdon?!
-Tak. Nie zgadzał się on z "Zeusem" (wykonał znak cudzysłowia w powietrzu) i chciał mieć całą ziemię pod władzą, miał dosyć tkwienia w cieniu swego brata. Namówił on więc lud, aby zbudowali wieżę, tak wysoką, żeby mogli spojrzeć w okna królestwa Olimpu. Zeus zezłościł się, zburzył wieżę i pomieszał ludziom języki.
-Babel? TO była wieża Babel?!
-Tak, to ta. No więc, wkurzył się. Bardzo. Postanowił, że wyniesie się z Olimpu, ponieważ ludzie, z powodu swej pychy, nie są godni na przebywanie z nim na jedej planecie.
Jakiś czas później, dowiedział się, że to sprawka Posejdona, więc uwięził go, razem z tytanami na 1000 lat podwodnego więzienia. Dziś Posejdon i jego tytani powrócili i ponownie ukazał swój bunt przeciw bratu, pokazem swojej siły, powodując gnicie naszej ukochanej planety.

Richard wstał z miejsca, z wrażenia.
-Bóg?! Cholera, mam walczyć z cholernym Posejdonem?!
-MY będziemy walczyć, musimy go obalić, inaczej koniec ziemi, zemści się i zniszczy tę planetę!
- CZY CIEBIE DO RESZTY POPIEPRZYŁO?!- Wybuchnął.- Nie mam zamiaru stawać do starcia  Z BOGIEM! Cholera!- Oparł się o ścianę i odsapnął kilka razy. - Przepraszam Black, ja.... ja nie chciałem...
-W porządku, chodź, Sara zaraz umrze z głodu. - Ruszyli się z miejsca.- Słuchaj, wiem że to dla ciebie trochę za dużo na raz, ale nie mamy czasu, a ty chyba wolisz znać prawdę?
-Tak... Chyba tak. Czyli... ten cały, Cthulhu, to tak na prawdę upadły Posejdon, tak?
-Nie inaczej i to w dodatku śmiertelny na ziemi, z połową swojej mocy, także, szanse są duże.
Weszli do windy i wjechali na górę.

piątek, 27 marca 2020

STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 9
Strasznie straszny moment

No, miły prosiak !
Ale jazda!
Tego jeszcze nie było.

Zdarzają się tacy, Hedys. Ale trzeba uważać, bo często udają miłych, mając jakąś podpuchę w zapasie, ale chyba nam to teraz nie grozi...

To przecież urodzone agresory, takie udawanie im wychodzi?
Ja cie kręcę... Co jeszcze na tym świecie mnie zaskoczy? Jeszcze się okaże że Ziemia jest płaska, haha...

O, idzie.

Proszę panów bardzo.
Jeden stek...
I 66 letnie wino marki Royal classic.
Życzę smacznego.

Odwrócił się na pięcie i zniknął z powrotem na zapleczu.

Bunk nalał sobie lampkę i powąchał zawartość.

Jak coś, cyjanek jest bezwonny.

Przymknij się.
I wziął haustem całość na raz, chyba żeby go trochę poddenerwować.

Hedys teatralnym gestem przyłożył dłonie do szyi, udając że się dusi i wywalił język na wierzch.

Nagle, Bunk bezwładnie opadł na stół.

Bunk?
Jedno szturchnięcie.
Ej weź no stary, co ty, nie zgrywaj się.
Drugie szturchnięcie.
No wstawaj co ty, weź.
Trzecie i Hedys lekko spanikował.
Mój Boże...

Aaa!
Bunk nagle się zerwał z krzykiem.

Zdezorientowany Hedys odskoczył jak oparzony.

Ahahahh! Mam cie!

Mlodzieniec natychmiast poczerwieniał ze wstydu i złości.
Kretyn!

Bunk o mało nie posikał się ze śmiechu.
Rzadko takie numery wychodzą.
Zjedz lepiej, bo słaby jesteś widzę na nerwach i ciele przyjacielu.

Dziad.

Po skonsumowanym posiłku i winie, wyruszyli w dalszą drogę.

czwartek, 26 marca 2020

XXXIII
    Black przestał wyczuwać obydwie energie. Batylda zaparzyła jakieś ziółka w metalowym kubku i podsunęła je pod nos Richardowi, który wyczuwając je, zaczął się powoli przebudzać.
-I co? Już po wszystkim?- Spytała Sara, patrząc na Richarda.
Wiedźma przytaknęła jej głową.
Zaczął kaszleć, leżąc na łóżku przykryty kocem.
Black usiadł obok niego i objął go ramieniem.
-Już po wszystkim stary, no chodź, wstawaj... Ubierzemy cię, musimy stąd iść, chodź...
Batylda wyjęła trochę ciuchów z szafy.
-Masz.
-Co się stało?- Zapytał, naciągając dżinsy.
-Udało się.- Wyszczerzył się do niego Black.- Jesteś wolny Rich. Czysty od tego brudu.
-Czyli... Demon... Już we mnie nie siedzi?
-Wypij to do końca.- Podsunęła mu ziółka, których użyła do ocucenia go.
-Chodźmy na zewnątrz.- Black podniósł się, za nim Sara z Richardem.
Batylda podeszła pod klapę, machnęła ręką i otworzyła ją.
Ich nozdrza wypełnił zapach spalenizny. Gdy  wyszli na zewnątrz, widok którego doświadczyli był przerażający.

Z chatki, ani lasu, ani nawet klifu, który został kompletnie sprasowany, nie zostało kompletnie nic. 
Wielki ślad wybuchu na białej, gołej skale, gdzie jeszcze niedawno stał DaVil, był jedynym śladem jaki pozostał.
Richard wybałuszył oczy.
-Co tu się do jasnej ciasnej wydarzyło?- Zapytał zdumiony.- Czy to byłem ja?
-Rich...- Zaczęła Sara.- Zaskoczył nas Mancrucifix, i...
-A czego on tutaj szukał? Nas?! Gdzie jest DaVe?- Na jego twarzy pojawił się wyraz szoku i niedowierzania.
-Mój drogi...- Odezwała się tym razem Batylda.- Podczas, gdy ty walczyłeś z demonem wewnątrz, twój brat zmagał się z diabłem tutaj.
-Co z nim?
-Wygrał, ale... za cenę swojego życia.- Zakończyła ze smutną miną.
 Jego twarz zastygła w bezruchu. Ciężko mu było przeanalizować to, co właśnie usłyszał, jakby jego umysł zatrzymał się w miejscu. Nie docierało do niego nic, stał tak chwilę z tępym wyrazem twarzy.
W końcu powiedział:
-DaVil? On... on... Nie żyje?
-Tak.- Odparł Black.- Poświęcił się, aby zlikwidować generała Cthulhu. To wielki wyczyn, który kosztował go wiele wysiłku i odwagi. Jego energia życiowa przestała dawać jakiekolwiek znaki. Zniknął...

Rich upadł na kolana. Poczuł się, jakby właśnie utracił jakąś część siebie, która powoli z niego ulatywała, jak strużka dymu z dopalającego się papierosa....
-Nie zginął na darmo, a ty mu pomogłeś.- Wtrącfiła Batylda.- W chwili, gdy demon opuścił twoje ciało, jakimś cudem transportowało go w pole walki pomiędzy twoim bratem, a Mancrucifixem i jego lico stopiło się w środku serca DaVila, napełniając je dodatkową mocą, która eksplodowała, pozbawiając obydwu życia... Gdyby nie ty, kto wie, czy właśnie nie zabiłby go diabeł, z którym musielibyście się właśnie teraz użerać...
Sara do teraz miała przed oczami obraz okrutnego śmiechu i smrodu toczącego się z jego pyska. O wiele ładniej się prezentuje, gdy go nie ma.- Pomyślała.- Tak, zdecydowanie.
A więc podświadomie... pomógł mu zabić Mancrucifixa, a przy tym i jego. Cudownie... 
Marne to pocieszenie.
Batylda położyła mu dłoń na ramieniu.
-Wstawaj.- Podniósł się.- I idź ratować świat, mój chłopcze, bo to jeszcze nie koniec...
Spojrzał w jej ciemne, nieprzeniknione oczy...
-Ruszamy.- Odrzekł Black.- Batyldo... Dziękujemy za wszystko.- Objął ją i poklepał po plecach.- Poradzisz sobie, tak?
-O mnie się nie martw, kochany....
-Po kapsułach został zaledwie popiół... Lecimy w takim razie bez nich. Richard, złap Sarę. Czas to zakończyć!

STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 8
Knajpa

To świetnie, świetnie. Ruszajmy zatem!

Ale.. Bunk, czy zanim dojdziemy do tych ludzi, czy po drodze możemy coś zjeść?
Nie jadłem nic jeszcze 33 dni... jestem głodny...

Eee... a czy po takim czasie, no wiesz... nie musisz zacząć od jakichś soczków, czy coś?

Nie musze...

Aha, no bo jesteś...

Cicho bądź!

No tak, tak, przepraszam już znowu nie zaczynam. Pewnie, idziemy na jakąś szamę.

I tak zeszli zboczem góry, przeszli troche drogi, a ich oczom ( i trochę niecierpliwym żołądkom) ukazała się jakaś knajpka, urządzona w drewnianej chatce. Weszli więc do środka.

We wnętrzu panowała cisza i grobowa atmosfera.
Kilku klientów pochowana w ciemnych zakamarkach sączyło jakieś napoje.
Spod nakryć głowy, większość twarzy wolała być zasłonięta.

Usiedli przy jednym ze stolików, Hedys na nikogo ani na nic nie zwracał uwagi, po prostu usiadł szybko i zaraz chwycił kartę MENU, natomiast Bunk ukradkowo rozgladał się po pomieszczeniu.

Co za miejsce... Dziwny klimat...

Bunk, siadaj wreszcie, nie mamy czasu.
Trzeba szybko zjeść, szybko ich znaleźć i szybko wejść do podziemi.
Szybko, szybko, szybko!

Ou.
Wstrząsnął się z zamyślenia i zajął wygodnie miejsce.

No! To mamy tak...
Ja biore...
Haaam...
Tak!
A ty co bierzesz??

Ja? Mmm....
Po prostu trochę wina i tyle.

Dobra.
Tylko chyba trzeba do baru podejść, bo kelnera tu ze świecą raczej szukać. Idź Bunk!

Ja? A czemu właśnie ja??

Bo ja sie wstydzę.

Ładna mi wymówka. Idziemy obaj!
Krzyknął szeptem.

Dobra... już dobra. Chodź.

Bar był pusty. Obsługa zdawała się być na zapleczu.
Co zrobić?
Krzyczeć? Wołać?

Hedysowi odechciewało sie chyba powoli jeść.
Jakoś atmosfera była chyba za gęsta...

Wiesz co? Może zjemy gdzieś indziej? Chodź, Mojżesz wytrzymał 40 dni bez żarcia, to ja już przetrzymam te 4 godziny jeszcze więcej.

Co ty? Boisz się?

A jak nas otrują? Nie można im ufać, to wygary...

Przecież ciebie to i tak nie ruszy, jesteś...

No dobra, ale tobie dadzą cyjanek i papa.

Nie mam takich paranoi, poza tym mi by to nie przeszkadzało, dobrze wiesz, że po Drugiej Stronie czułbym się znacznie lepiej. I to lepiej ode mnie chyba nawet.

Wtem, nagle przez małe proporcjonalnie framugi, zza zaplecza wyszedł wielki pół- prosiak, pół-człowiek, z wielkimi kłami w ryju.

Zrobili duże oczy.

Dzień dobry panom, co podać?

P-p- poproszę ...stek.

Oczywiście. Dla szanownego pana?

Ee.. troche wina.

Ależ oczywiście
Prosiako man zapisal wszystko w notesiku.
Za chwilę przyniosę do stołu, proszę się rozgościć i miło spędzić u nas czas.

Usiedli.

Jak żyję, nie widziałem takich rzeczy!
Widziałeś to? Czy ja na prawdę bylem tam tylko 33 dni?
Może lata?

środa, 25 marca 2020

XXXII
    Rich przestał nagle mówić i niestety nagrało się niewiele, poza kilkoma zdaniami. Wszystko ustało, gdy ściany zmieniły się w płynną lawę, która go zatopiła.
Oczy zastygły mu w bezruchu.
-Ucho pomogło?
-Bardziej niż kiedykolwiek, podnieśmy go teraz.
Hyyyp!
Przenieśli go na ołtarzyk w kącie. 
Ściany chaty zatrzęsły się.
-Co tam się dzieje, do cholery?- Spytał Black.
-DaVil...- Szepnęła wiedźma.- Nie odeszli na dziesięć kilometrów! Cholera! Wiedziałam że tak będzie!
-Więc już raczej tego nie powtórzy?
-Oszalałeś?! Chcesz, żeby została zachwiana subtelna równowaga wymiarów?
- Spojrzała na leżącego bezwładnie Richarda i rzekła.- Z nim byłoby trochę gorzej.... Ciało ma swoje granice, do diaska!
Kolejny wstrząs, tym razem jeszcze silniejszy poruszył niebezpiecznie ściany niezbyt wytrzymałej chatki.
Black chciał udać się do lasu, ale kiedy poczuł tę energię uznał, że nie ma sensu się tam pakować. Ale musiał wiedzieć co się dzieje, więc wybiegł przed chatkę. Rozgwieżdżone niebo rozjaśniały jedynie połączone strumienie ognia.

DaVil czuł, że już dłużej nie wytrzyma, to koniec. Mancrucifix też dawał z siebie wszystko, czuł że rezerwy mu się wyczerpują, ale parł dalej twardo.
-Saro! Uciekaj!.- Krzyknął do niej.- Wracaj do chatki!
-Nie!
-Za chwilę wybuchnie potężna eksplozja! Musisz się schować! Batylda was ukryje! Idź!
Popatrzyła na niego przez chwilę, nie odzywając się.
-Teraz! Bez gadania!
-O- ok.- Pobiegła z powrotem drogą, którą przyszli.
Teraz się zabawimy...- Pomyślał DaVil, skupiając wzrok na swoim przeciwniku.
Chaos wokół niego przybierał na sile, wyrywając drzewa. Moc, która go wypełniała ciągle rosła, przekraczając już granice wytrzymałości tkanek. Czuł, jak żywy ogień rozrywa mu powoli wnętrza żył...

Zauważyła w końcu stojącego pod domkiem Blacka.
-Sara?
Upadła na niego zasapana.
W tym samym czasie, z chaty wyszła Batylda.
-Wracać mi tu oboje natychmiast, o ile nie chcecie zginąć!!!
Sara pociągnęła Blacka za sobą i szybko wbiegli do środka.
-Za mną! Weźcie młodego!
Zeszli na dół.
Black podniósł Richarda i położył jego bezwładne ciało na ramieniu. Sara przykryła go kocem.
-Kręciliście nieodpowiednie filmy z nim w roli głównej, czy co? - Spytała.
Ale zanim ktokolwiek zdążył jej odpowiedzieć, w podłodze pojawił się wycięty prostokąt, który zaczął osuwać się powoli w dół.
-Stawajcie!- Rozkazała Batylda.
Zjechali na dół.
-Saro, co tam się dzieje?- Zapytał Black.
- To mancrucifix, zaskoczył nas w lesie.... A DaVil... on... on....
-Zaraz zmiecie wszystko w powietrze.- Przerwała jej wiedźma.
-Mancrucifix?- Zdziwił się.
-Tak, właśnie się z nim zmaga.
Znaleźli się w ciemnym pomieszczeniu.
-Połóż go na ziemi. Niebawem wstanie.
Usłyszeli głuchy wybuch, który potrwał chwilę, a następnie poczuli silny wstrząs.
-Łoooo!- Zachwiali się.
Batylda usiłowała zapalić źródło światła.
Byli w pomieszczeniu z dwoma łóżkami, jakąś szafą, małą kuchnią. Trochę zapasów. Dosyć obskurny pokoik.
-Witam was w moim skromnym... Schronie przeciwatomowym!
-Gdzie?- Spytała Sara.
-Dzięki bogom, że wytrzymał. Boję się, co znajdziemy teraz na górze....- Zmartwiła się Batylda.


-Któż to do cholery jest?! Skąd on bierze tyle energii?!- Pomyślał wyczerpany Mancrucifix. - To nie do pomyślenia! W końcu to tylko zwykły człowiek! Khhyyy!
DaVil poczekał aż Sara zniknie z pola widzenia, poczuł jak skóra na rękach zaczyna mu pękać, a przez pęknięcia wydostaje się jasne, czerwone światło...
-Aaaah!!!
A więc to koniec... Koniec. Jego żywot na tej planecie dobiegał końca. Wiedział to. Czuł jak jego ciało rozpada się się na kawałeczki... Słup ognia bladł.
Demon zaśmiał się i użył resztki całej swojej mocy aby dobić przeciwnika. Potężna fala uderzeniowa przeszyła ciało DaVila, lecz zamiast go zniszczyć, wchłonęła się prosto w jego serce i cała skoncentrowana energia w jednym momencie eksplodowała z siłą dziesięciu bomb atomowych, pochłaniając dosłownie wszystko na swojej drodze.Rodzaj tego wybuchu był szczególny. Mancrucifix został pochłonięty kulą ognia i zneutralizowany. Na ziemi nie pozostał z niego nawet atom. 
Po wszystkim, zostało jedynie trochę czerwonych rozbłysków. DaVila i Mancrucifixa nie było już z nimi na tym świecie...

STATEK MIŁOŚCI
ROZDZIAŁ 7

Lot przez nicość

Rumaki wypełnione złotym światłem, ciągnęły ognisty rydwan po płonącym sklepieniu Niebieskim, z prędkością nie do opisania.
Syn Boży, z oczami jak płomienne lampiony, o obliczu cennego kruszcu, Jego nogi, niczym dwie miedziane kolumny, zbliżał się na plac boju.

Jego przybycie zwiastował rozbłysk wielkiego światła, oraz głos wielu trąb.

Nim Luciel zdążył sie zorientować, czym jest ów powiększająca się plama światła, ON juz był przy nim i jego aniołach.

Gdy otworzył swe usta, wydobył się z nich wir Wielkiego Wiatru pod potężnym ciśnieniem, który porwał agresorów i zmiótł ich całkowicie z Wyżyn Niebiańskich.

I tak zaczęli spadać w dół...

A więc to tak...
Tak wygląda moc Syna...

Luciel spadając przez nicość miał w głowie tylko obraz ognistego wiru wychodzącego z ust Bożych.

Nigdy go nie pokonam... Ale to jeszcze nie koniec...
Moja furia bedzie trwać wieki.
Już zawsze będę z Tobą walczył i nigdy nie dam Ci spokoju.
To zaszło za daleko...
Dokądkolwiek spadam, gdziekolwiek teraz lecę... wyjdę stamtąd.
I będę się mścić.

Będę za każdym rogiem.
Będę Twoim cieniem...
Skażę wszystkie Twe stworzenie.
Zapamiętasz mnie, nim odejdę na zawsze Bracie.
Ja powrócę...

I tak leciał i leciał z bandą swych pobratymców niezmierzoną ilość odległości. Niezliczoną ilość czasu. A spadaniu, nie było końca...

wtorek, 24 marca 2020

XXXI

    To było dziwne.
A dlaczego?
A może to znowu jedna z jego paranoi?
Sam już nie wiedział. Spojrzał na Sarę. Jej twarz nie wyrażała niczego. A na pewno nic, co mógłby wyczytać.
Black wrócił z DaVilem, który wyraźnie był zdenerwowany.
-Nie mogę uwierzyć, że chciałeś żeby ominęła mnie taka akcja.
-Nie możesz! Ile razy mam ci powtarzać, że trzeba pilnować, aby żaden ze sługusów Cthulu się tu nie włamał!
-Nie jestem twoim psem obronnym!- Założył ręce na piersi.
-Kretyn!- Black zacisnął pięści.- Poza tym, to i tak niemożliwe!
-No powiedz to! Przecież tylko o to ci chodzi, prawda? Moją diabelską energię!
Rich drgnął.
-Co? O czym ty mówisz?
-Tak! O to! Przecież był jednym z nich, więc to chyba oczywiste!- Syknął Black.- Pozwolił oddać część siebie za dodatkową moc!
A więc to tak... Dlatego ma tyle siły. Czy on jest również niezniszczalny? Na to wszystko wskazywało.
-Ale co z tego?- Spytał DaVil.
-Zakłócisz wibracje, inteligencie i gówno z tego wyjdzie!
-Hej! Chyba odwróciłem swój biegun, pomagając wam, a przy okazji całej planecie. Idę z wami, albo idę stąd i nie liczcie na moją pomoc, gdy się zacznie!
Black nie miał wyboru.
-Idiota... Lecimy!

Gdy zebrali dostateczną ilość kruków, (choć trochę im to zajęło) w końcu wyruszyli w kierunku Chatki Batyldy.

-Black, czy może stać się coś poważnego, gdy DaVil zakłóci te... eee... Wibracje?- Spytał Rich.
-Niczego nie zakłócę.- Odezwał się przez radio.
-Nic takiego, jedynie zmaterializowanie się demona w postaci fizycznej.
-Nie może być tak źle? Diabły nie są szczególnie mocne.- Stwierdził DaVil.- Radzę sobie z nimi z łatwością.
-Demony... To nie są diabły, mój drogi. Różnią się między sobą i to dość wyraźnie. Każde spełnia inne zadanie.
To była nowość!
-Na przykład?- Zaciekawił się Rich.
-Na przykład, demony są po to, aby siać zło, zniszczenie, mącić w głowach, przejmować serca i umysły ludzi, zatruwać wszystko na swojej drodze swoim jadem. Demonem jest np. Cthulhu i to wyjątkowo potężną jednostką, niech mnie drzwi ścisną.- Wyjaśnił Black.
-A diabły?
-Są czymś w rodzaju sługusów Lucyfera. Strażnicy piekieł. Oczywiście też są złe, ale to zło... innego rodzaju. No i one przynajmniej zazwyczaj zostają tam, na dole, nie opuszczają swoich stanowisk. Przeważnie nie kumają się z demonami, nie są też ich wrogami, ale gdy demon skuma się z diabłem, wtedy już jest źle, a gdy dojdzie do fuzji jednego z drugim, to wtedy już jest poważny problem.
-Fuzji?- Dla Richarda jeszcze niedługi czas temu, brzmiałoby to jak kompletne bzdury, mity, bełkot szaleńca. Ale teraz... Było bardziej realne niż kiedykolwiek i, o dziwo, dosyć jasne i logiczne....
-Tak, fuzji. W tym stanie, energia takiego stworzenia jest dosyć.... no... Nieograniczona.
-Ou...- Teraz Rich widział istotę problemu takiego przypadku.
-Ale zazwyczaj to bardzo rzadkie rzeczy. Nie zdarza się częściej niż... raz na tysiąc lat.
-Świetnie, nic nam nie grozi.- Rzuciła sarkastycznie Sara.- Przecież wiadomo, że ostatni taki Janek pojawił się dokładnie 555 lat, 55 godzin i 55 minut temu.
To prawda, że prawdopodobieństwo jest bardzo małe, ale nie mogli mieć pewności.... Jak to mówią: "Spodziewaj się niespodziewanego".
Dolecieli na miejsce. Znaleźli się na klifie, na brzegu którego stała strzelista chata, wokół której latały czarne kruki, skrzecząc przeraźliwie. Za chatką rozpościerał się gęsty las. Wielkie fale rozbijały się o pionową ścianę skały. Atmosfera była mroczna i burzliwa, tutaj był już wieczór.
-Przytulnie.- Oznajmił DaVil.
-Pewnie u wujostwa miałeś lepiej.- Wytknęła mu Sara.
-Przezabawne.- Uśmiechnął się sztucznie.
<Puk, Puk>
Drzwi się otworzyły.
-Wiedziałam, że przybędziecie. Witaj Black. Wejdźcie kochani.
Rich musiał przyznać, że wyobrażał ją sobie trochę inaczej. Była średniego wzrostu, o skórze brązowej. Miała czarne dredy i czarne piegi na policzkach, pełne, czarne usta i duże, czarne oczy. Była dosyć drobnej budowy, aczkolwiek nie była zbyt chuda, ni zbyt gruba.
W jej chatce było dosyć przytulnie. Czuło się magię w powietrzu. Kominek trzaskał wesoło jasnym płomieniem. Na belkach pod sufitem wisiały klatki, w których znajdowały się ptaki różnego koloru, rozmiaru, gatunku, rodzaju.
Na stole stały dziwne przyrządy, a na kuchence w garnku kipiała jakaś dziwna, dymiąca mikstura.
-A więc...- Zaczął Black.
-Wiem.- Odparła, wysuwając dłoń.
-Tak, tak. Ja wiem... że ty wiesz.- Odparł.
-Pokaż mi ręke, chłopcze.- Zwróciła się do Richarda.
-Eee....
-Nie krępuj się, nie odgryzę ci jej.
Rich wysunął dłoń.
Pochwyciła ją natychmiast.
-A no tak...- Przejechała czarnym pazurem po jej wierzchu.- Tak.... Wszystko jasne. Zaczniemy natychmiast. Ty.- Wskazała na Sarę. I ty.- Wskazała na DaVila.- Muszę was prosić o opuszczenie terenu na co najmniej dziesięć kilometrów.
DaVil już chciał wyrazić swój sprzeciw.
-Wypad.- Syknął półgębkiem Black.
Sara złapała DaVila za kołnierz i wyciągnęła za drzwi.

-My idziemy na dół.
Ruszyli za nią i zeszli do piwnicy, po drewnianych schodach.
-Witam w moim małym królestwie.- Rzekła, rozkładając ręce.


-Nie obejmuj mnie tak!
Lecieli ponad bezkresnymi hektarami wysuszinej gleby. Towarzyszyły im skrzekliwe kruki.
-Tak, czyli jak?- Spytał sarkastycznie DaVil.
-Srak!- Odparła zdenerwowana Sara.
-W takim razie, ląduję na skraju tego lasu.
-Nie trzeba było tego wcześniej zrobić?!
-Chciałem cię w końcu gdzieś utopić. Cóż, może w tym lesie coś ciebie zje.
-Miejmy nadzieję.
Zaśmiał się pod nosem mimo woli.

Jakąś chwilę później w końcu wylądował na skraju lasu z Sarą w ramionach, która gdy tylko dotknęli ziemi, natychmist się odsunęła.
-Panie przodem.
-To nie będzie przyjemna przechadzka....- Odparła z westchnieniem.
-Oczywiście, a czego się spodziewałaś po tym przeklętym lesie?
-Nie miałam na myśli tego pareczku.
Od razu gdy weszli, rozległy się dziwne szelesty i krzaki poruszyły się wokoło.
-Jak spacer po parku, nieprawdaż? - Stwierdził DaVil.
Weszli głębiej gdy nagle, przed nimi pojawiła się zakapturzona postać w ciemnym płaszczu, przepasanym grubym, białym sznurem.


W jej "królestwie" stały słoiki, w których pływały w jakiejś dziwnej, zielonej, fosforyzującej substancji różne narządy ciała. O mój Boże! Czy to są.... Fuuu!
Oprócz nich, w najciemniejszym kącie tego pomieszczenia stał mały ołtarzyk. Podeszła do niego i wzięła jakieś zwisające paciorki.
-Rozbierz się i połóż na środku pokoju.
-Co?
-Rób co mówi, Rich.
Zrobił więc jak mu poleciła i ułożył się na plecach.
-Do naga.
-Ty tak serio?
-Podejdź tu no, przydasz mi się.- Kiwnęła na Blacka dłonią, przywołując go do siebie. - Trzymaj mu ręce. Tylko mocno! Bo będzie trząść!
-Już mi się to nie podoba...- Westchnął Rich.
-Trzymaj czysty umysł, postaraj się nie myśleć.
Zaczęła nad jego ciałem wymachiwać paciorkami, wykonując jakieś skomplikowane ruchy.
Obraz w oczach Richarda zaczął szarzeć i lekko się trząść. Ściany wokół zaczęły się kruszyć i pękać, nie wiedział że to się dzieje tylko w jego głowie.
Pomiędzy szczelinami zaczęła pojawiać się linia ognia. Jego ciało zaczęło się zachowywać jak młot pneumatyczny.
-O cholera! Ten jest wyjątkowo mocny!
-Trzymaj go mocno! - Batylda musiała użyć całej swojej mocy magicznej, aby choć trochę ograniczyć wstrząsy.


W środku lasu robiło się coraz gęściej.
Postać w płaszczu wydawała się sprawiać, że wokół robił się jeszcze ciemniejszy.
-Wiedziałem, że to zły pomysł. - Westchnął DaVil.
Z czarnej otchłani, wyłoniły się nagle wielkie, czarne macki oplatające ich ręce i nogi. 
DaVil wskoczył na wyższy poziom, uwolnił ręke, przerwał kolejną mackę i zrobił krok do przodu. Macki cofnęły się same, unikając rozerwania.
Ale to nie były macki.
Okazały się to... nogi olbrzymiego pająka. I to dziwnego. Był przeogromny, przy tym jego odnóża przypominały wijące się węże.
Postać w kapturze wyraźnie kontrolowała każdy jego ruch.


Ściany zaczęły już się topić i zamieniać w masę dymiącej, żywej lawy, która spływała po podłodze strumykami w jego stronę. Obraz po prostu szalał, jeśli nigdy nie czuł choroby morskiej, to chyba właśnie ją czuje. Dudniło nim, jakby robił za nowy rodzaj ugniatacza asfaltu, w podłodze wydrążała się już niezła dziura.
Na palących się ścianach zaczęły pojawiać się duże, świetliste napisy. Nie miał pojęcia, co one mogą znaczyć lecz mimowolnie zaczął je odczytywać na głos szeptem, co brzmiało u Blacka i Batyldy jak okropny krzyk.
-Co on mówi?
-To starożytny demonikański.
-Co? Jaki?- Spytał Black, przykładając dłoń do ucha.
-Język demonów. Nawet niektóre z nich już go nie pamiętają.
-Oh, coś się teraz stanie?
-Skąd mam wiedzieć?
-No... Przecież wiesz wszystko, nie?
-Scenariuszy może być wiele. Jeśli chodzi o przyszłość, nie da się jej stricte przewidzieć.
-A... To co, czekamy?
-Nie.- Podniosła się i sięgnęła po ucho w słoiku.
Black spojrzał na to ze zdziwieniem.
-Ucho?
-Rzadki przypadek, wybacz.
-Nigdy czegoś takiego nie używałaś?
-Raz.
-Ale... Ucho?
-Ucho jest symbolem podświadomego odbioru przekazów. Tutaj trzeba działać na tym poziomie.
-Oh, a co on właściwie mówi w tym... Demonikańskim?
-Znasz łacinę?
-Trochę, dogadam się jak usłyszę.
-Łaciński wywodzi się z tego właśnie języka. Spróbuj, może coś wyłapiesz?
-Łaciński? To brzmi bardziej jak połączenie starogermańskiego z celtyckim.
-Nie znam tego języka zbyt dobrze.- Stwierdziła.
-Może warto będzie to nagrać, czekaj.
Black wyjął dyktafon z kieszeni.
-Zawsze to przy sobie nosisz?
-Na wszelki wypadek, noszę też inne zabawki.


DaVil oraz Sara byli zmuszeni unikać wielkich, wijących się macek- odnóży. Skakali nad nimi, giąc się na wszystkie strony. DaVil miał już tego dosyć, przytrzymał jedno z nich i szybkim ruchem przeciął je dłonią w połowie.
-Kolejne!
-Czas na headshot!- Krzyknęła Sara, wyjmując plazma gun'a i wycelowała w potwora. Naciskając spust rzekła tylko:
-Na razie.
Gdy pocisk trafił prosto w pysk pająka, przebił się na wylot przez jego ogromne cielsko.
- I po zawodach.- Odsapnął.- Zabrałaś mi zabawkę, wielkie dzięki.
-Kupię ci nową. - Schowała broń za plecy.
-Dobrze wam idzie, dzieci.- Płaszcz postaci w kapturze nagle zmienił się w czarne bandaże wirujące dookoła własnej osi w zawrotnym tempie, po czym nagle zniknęły. Przed nimi, ukazała się postać pomarańczowej bestii. Mancrucifixa.
-O nie...- DaVil nie był zadowolony z tego, co widzi.
Diabeł nie czekał na reakcję i ruszył z miejsca do ataku.
Stojący jak wryty DaVil nie zdążył nawet się poruszyć, gdy otrzymał silny cios w szyję. Jego włosy straciły złoty kolor kiedy upadł bezwładnie na ziemię, twarzą w przód.
Sara wytrzeszczyła oczy. Dreszcz przeszył jej ciało, które napięło się niczym struna.
Zrobiła krok do tyłu, przerażona. Jego wyszczerzone zęby były okropnie wielkie.
DaVil podniósł się z ziemi i stanął za nimi z zaciśniętymi pięściami. Skupił się i cały obszar wkoło niego nagle eksplodował.
Wydał z siebie mocny krzyk, jego włosy nieco się wydłużyły zmieniając kolor na szczerozłoty. Jego oczy nabiegły szkarłatem, zasłaniając białka.
Zrobił krok do przodu, ziemia pod każdym jego tąpnięciem pękała. Wokół szalały czerwone błyskawice, grzmiąc potężnie.
-O, a cóż to?- Pomarańczowy Mancrucifix nigdy wcześniej czegoś takiego jeszcze nie poczuł. Ogromne wibracje czystej energii.
DaVil zaczął wytwarzać rosnące kopuły energii, która się z niego wydobywała. Czuł się świetnie. Czuł się potężny. Czuł rosnącą moc w środku.
Fale mocy przepływające przez jego ciało, przynosiły mu poczucie niesamowitego uniesienia. Uczucie żywego ognia, który wypełniał każdy atom jego ciała, otwierało przed nim nowe, niesamowite możliwości.
To było dla DaVila takie samo wrażenie, jak gdyby nagle połknął słońce w całości. Jego ciało ledwo mogło wytrzymać tak wielki napływ mocy. A ta energia ciągle rosła. Nie wytrzyma już tego.
Włosy zaczęły mu zmieniać kolor na krwistoczerwony, wydłużając się opadały już na barki.
Stojąc jak wryty Mancrucifix, ocknął się nagle. Nie mógł już dłużej czekać aż skończy, bo potęga DaVila już zaczęła wykraczać poza skalę, a w dodatku ciągle rosła.
Rzucił się ze szponami w jego stronę, lecz nie zdążył go nawet dotknąć, gdy już coś go odrzuciło.
DaVil podniósł głowę. Jego oczy płonęły szkarłatnym światłem. Zaczął zmieniać się w prawdziwą, żywą bombę. Wkrótce, cały zapłonął w czerwono- białym świetle.
Mancrucifix ciskał w jego stronę pociskami z dłoni.
Wszystko na nic.
-Cholera!
Słup ognia leciał w jego stronę. Demon odpowiedział mu tym samym. Miał zamiar, za wszelką cenę nie odpuszczać....

poniedziałek, 23 marca 2020

STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 6
Hedys

Pieprzone góry... heeeh... hyyyhh...
Co oni z nimi mają?
Czy to nie może być prostsze?

Nie mógł sobie postawić chatki u podnóża, nieee...
Oczywiście musi być na samym szczycie.
Hyyyhhh... heeehhh...

I to jeszcze najwyższej....

Ufff..... japierdzielę...

Jak on tu oddycha?

Bunk w końcu dotarł na szczyt skalistej góry, przed sobą zobaczył siedzącego tyłem do niego człowieka.
Był dosyć wychudzony, średniego wzrostu, miał bujną czarną czuprynę, rozczochraną na wszystkie strony .

-Witam. - przemówił. - Jak tam na dole?
- Ty i te twoje góry! - odpowiedział zadyszany, łapiąc sie za uda, zgięty wpół.- jestem tylko człowiekiem , nawet nie alpinistą. Zwykłym egozrcystą, do cholery!
Daj mi złapać oddech... ufff. - przetarł ręką spocone czoło.
- Ja też jestem człowiekiem, spójrz. Mam ciało jak ty...
- Taa... dobree sobie Hedys, greccy "bogowie" też mieli fizyczne ciała i nefilimii też, i Jezus też... Z resztą, z wami zawsze taka gadka, dobrze wiemy, że wy wszyscy jesteście czymś więcej.
- Nie postrzegam tego w taki sposób, jestem jak każdy inny, i każdy człowiek może dojść do tego samego poziomu! Lenie! Zaczynałem tak samo jak i wy. To, że rozwój idzie mi nieco szybciej, nic nie znaczy! Wystarczy. A teraz... z czym przychodzisz do mnie?
-Do ciebie z wiadomością... dobry obrót sprawy posłańcze. O ironio...Pytałeś o sytuację na dole. Nie jest za ciekawie stary, demony szaleją jak jeszcze nigdy i sytuacja zdaje się pogarszać z dnia na dzień w zastraszającym tempie. Coraz więcej zainfekowanych, coraz wiecej zatrutych serc, coraz gęściej od czarnej masy ciemności... A w dodatku Megog, Hedys... jego porwano...

Wychudzony długim postem jegomość w końcu obrócił głowę w stronę Bunka i przeszył jego oczy lodowatym i skupionym spojrzeniem, ktore wyrażało szok.

Bunk ucieszył się, że w końcu zobaczył jakieś emocje u tego szkieleta.

-Jak to? Gdzie? Nie mów że...
- Dobrze kminisz. Dlatego przyszedłem prosić o pomoc. Tylko ty znasz podziemia, tylko z tobą będę go mógł tam odnaleźć. Proszę, pomóż mi...

Hedys natychmiast wstał.
- Jasne, że ci pomogę. Wyruszamy w drogę, natychmiast!
- Ou...- takiej rezolutności się nie spodziewał, sądził że namowy zajmą dłużej. - Dobra Hedys, ale po drodze bedziemy musieli zgarnąć jeszcze dwie osoby...

XXX

    Richarda obudziło poranne światło słońca wpadające przez okno do pokoju.
Zwlókł się z łóżka i zaczął ubierać.
-Rich...- Wymamrotała Sara.
-Hm?- Odparł, wkładając sweter.
-Jak myślisz? Co się z nami stanie?
-Nie wiem kotku, ale nie zaprzątaj sobie tym teraz głowy.- Pocałował ją w czoło.- Chodź na śniadanie.
Złapała go za kołnierz i przyciągnęła do siebie, całując zmysłowo przez dłuższą chwilę.
-Teraz możesz iść.- Uśmiechnęła się.
-Słuchaj...- Powiedział, otwierając drzwi i stając w progu.- Będzie, co ma być, ok? Nie martw się.
Oparła głowę na dłoni i pomachała mu.
Wyszedł.

-Jest i on.- DaVil właśnie skończył jeść swoje płatki. Wstał, wrzucił miskę do zlewu i opłukał.- Zdenerwowany?- Spytał Richarda.
- To chyba naturalne.
-To nie bądź, nie trzeba.
-O, no proszę, a ty niby nie jesteś?
Odłożył miskę na suszarkę.
-Oczywiście że jestem brat. Ale co to zmienia? To bez sensu.
-Pieprzenie.- Powiedział Rich, wyciągając patelnię.
-Ano. Idę się wychillować.- Wytarł ręce w ręcznik wiszący przy zlewie. Mijając Richarda uderzył go barkiem.
-Odwal się, bo zarobisz.
-O tu, wal. - Wskazał na żuchwę i zaśmiał się drwiąco.
Rich wbił jajka na patelnię, mówiąc:
-Spadaj, bo wyłapiesz tą patelnią zaraz w ryj.
DaVil udał przerażenie i zasłonił dłońmi twarz, mówiąc sarkastycznie: - Tak jest panie! Już uciekam!
Rich zjadł śniadanie w samotności.


    -Dobrze zrobiłeś, przyłączając się do mnie Mancrucifixie.- Zagrzmiał Cthulhu - Nie pożałujesz tego.
Diabeł wyszczerzył kły w szerokim, uśmiechu.
- Wcacle nie żałuję, nigdy tego nie powiedziałem. Powiedz mi tylko teraz, co będzie z Lucyferem?
-Nie martw się o to, zniszczymy tego czarnego aniołka a wraz z nim każdego, kto stanie po jego stronie i przejmiemy całe piekło, wprowadzając tam moje rządy. Całe podziemie i wszechświat należą już do mnie. Najważniejsza planeta Ziemia, to już tylko formalność.
-A co z NIM?
-Na NIEGO też przyjdzie czas, uwierz mi. Zapłaci nam za tysiąc lat więzienia.
Mancrucifix poczuł podniecenie.
-I jego królestwo!- Zawył z zachwytu.
-Cierpliwości, Mancrucifixie. Lepiej GO teraz nie wkurzać, nie mamy dostatecznych zasobów. Kiedy przejmiemy piekło, a wraz z nim jego mieszkańców, dopiero po upadku Lucyfera zbierzemy siły na starcie z NIM. Nie wcześniej. Wtedy nie będzie wadził nam już nikt. I epoka ciemności nastanie na wieczność...
-Hahahahah!!!
Jego generał zaśmiał się okrutnie.


Sara zapadła w sen...
Znalazła się na szerokiej alejce w Parku.
Liście na drzewach, koloru pastelowego różu powiewały lekko na wietrze. Lekki zefir pieścił jej subtelne ciało, które wydawało się jej dziwnie lekkie jak piórko. Ćwierkający wróbel zerwał się z gałęzi i świergotając, usiadł jej na ramieniu.
-Hej mały!- Pogłaskała go, a on radośnie podziobał jej opuszek palca i odleciał.
-Niesamowite....
Dookoła niej zbierały się różne zwierzęta i obserwowały ją, nie ruszając się z miejsca. 
Sara uznała to za trochę niezwykłe, gdy przechodziła między nimi.
Tutaj było tak spokojnie! Tak cudownie! I przytulnie!
Czuła się jak w domu, którego dawno nie widziała, jakby była już tu wcześniej. Wspaniałe uczucie!
Po obu stronach alejki były pustawiane ławki. Przed sobą, w oddali zobaczyła dwie postacie siedzące na jednej z nich. Gdy podeszła bliżej, zauważyła że mają na sobie lekarskie kitle. Zaraz po tym jak ją ujrzeli, uśmiechnęli się do niej.
-Witaj Saro.- Powiedział siedzący mężczyzna, który mogła przysiąc, miał najbardziej białe i błyszczące zęby jakie kiedykolwiek w życiu widziała. To samo kobieta obok.
-Skąd znasz moje imię?- Zapytała.
Tym razem odezwała się kobieta:
-Znaliśmy twoje imię, zanim jeszcze przyszłaś na świat, kochana.
Była przepiękna... aż nieludzko... uśmiechała się promiennie. Była jak jakaś nimfa lub coś w tym stylu. Miała długie, czarne włosy, sięgające aż do pasa.
Mężczyzna również był brunetem z idealnie przyciętą, miękką i puszystą brodą.
-Jesteście jakimiś lekarzami? Czy coś w tym stylu?
-Coś w tym stylu.- Odparł z uśmiechem.- Witamy w Parku, Saro.
-Gdzie??
"Przyzwyczaj się"- Usłyszała w myślach.
Czuła się przy nich tak spokojnie, odczuwała bijącą od nich niesamowicie wielką MIŁOŚĆ. Tak bardzo za nimi tęskniła! Za tym... WSZYSTKIM! Mogłaby tutaj spędzić całą wieczność!
Wracała jej powoli pamięć tego miejsca.
-Musisz wracać, moja kochana.- Kobieta położyła jej dłoń na oczach.- Masz misję do wykonania...
Poczuła jak wraca.
Otworzyła oczy.
Oparła się na rękach. Co to było?
To nie był sen...



Tymczasem Richarda znowu zaczęły męczyć wewnętrzne demony...
-Richaaard... Richaaard... Richaaard.... Kochanie?
-O nie...- Jęknął.
-Richard, Richard... Oh, mój mały, biedny Rich. Spójrz w lustro, czymże jesteś beze mnie?- Zadudnił gruby głos w jego głowie.
-Zamknij się...
-Wstań i spójrz na nas.
-Nie chcę!
-Wstań i spójrz w te pieprzone lustro! Jesteś nikim! Jesteś nikim beze mnie!
Dziewięć diabelskich głosów przeszyło jego mózg, niczym lodowate sople.
-Spójrz w te pierdolone lustro!
- Zostaaaw mnieeee!!!
Cisnął miską przez kuchnię w przeciwległą ścianę. KRACH!
Rozpłakał się i próbował wyrywać włosy z głowy.
-Mój ty biedaku... Może weź tableteczkę? Pomoże ci...
-Aaaah! Dosyć tego! To koniec!
Otworzył szufladę i wyjął z niej nóż...
Miał zamiar zakończyć to szaleństwo raz na zawsze, tu i teraz. Przyłożył już nóż do nadgarstka, gdy nagle drzwi kuchni otworzyły się.
-Rich! Co ty do cholery wyprawiasz?!
Sara była w szoku, Black podbiegł do niego i wyrwał mu narzędzie z ręki.
Właśnie dotarło do niego, co się tak właściwie przed chwilą stało. Poczuł się jakby dopiero co wybudził się z jakiegoś transu.
Sara złapała go za kołnierz i potrząsnęła.
-Czyś ty oszalał?!- Spoliczkowała go.- Odpowiadaj!
Rich osunął się na krzesło.
-Saro... Daj mu spokój.- Nakazał jej Black. - Stary.... co jest? Powiesz nam?
Przeciągnął dłonie po twarzy i powiedział:
-To nie takie proste....
-Nic nie jest proste, mi możesz powiedzieć.
-Demony... One mnie męczą już od lat... Black, ja nie wiem co mam zrobić, nie daję już sobie z nimi rady....
Twarz Blacka zastygła....
-To niedobrze.... Bardzo niedobrze, Rich.
-Co to ma znaczyć?- Spytała Sara.
-To, że jego dusza nie ma spokoju, ale temu da się zaradzić.
-Jak?- Richard był gotów na wszystko.
-To proste. Po pierwsze, nigdy więcej już nie ruszysz tych tabletek, które masz w szafce.- Sara spojrzała na Richarda znacząco.- Po drugie, odprawimy egzorcyzmy i wypędzimy to gówno z twojego serca.
-Ale czy to na pewno podziała?
-Na pewno. Chodź, poznasz w końcu Batyldę.
-Nikt nie będzie za mnie oddawać duszy.- Sprzeciwił się.
-Jeszcze czego, aż taki wyjątkowy to ty nie jesteś.- Zaśmiał się Black.
Sara spojrzała na Blacka z zaciekawieniem.
-Cena za taki drobiazg jest o wiele niższa.
-To znaczy?- Dopytywał się Rich.
-Sto jedenaście czarnych kruków.
Richardowi zdawało się, że się przesłyszał.
-Co? Tylko tyle?
-Tak, tylko tyle. A czegoś się spodziewał?
-No, skoro chciała wessać duszę za trochę zombiaków...
-A czym jest wypędzenie demona z pojedynczego życia, w porównaniu do uratowania planety?
-A czy to jest istotne? Sto jedenaście kruków, to sto jedenaście i tyle.- Rzekła Sara.- Tylko, po co jej one?
-Nie chcesz wiedzieć.- Odparł.- To co, lecimy?
-Pewnie.- Zgodził się Rich.
-Powiem DaVilowi, żeby poczekał tutaj na nas.- Powiedział Black.
-Nie leci z nami?- Zdziwiła się Sara.
-Trzeba pilnować posesji.
I wyszedł.

sobota, 21 marca 2020

XXIX
    Black podniósł głowę i zobaczył jakiś niewyraźny kształt naprzeciwko siebie. Przetarł oczy i ujrzał postać w kapeluszu naciągniętym na twarz, z długim rondem, ubraną w beżowy garnitur. Siedział ze skrzyżowanymi nogami.
-Michał?- Blackowi wydawało się że ma omamy.
-Kacyk męczy?- Usłyszał w odpowiedzi.
Głowa mu pękała.
-Masz, połknij to. Zrobi ci się lepiej.
Wziął więc od niego bez zastanowienia zieloną, kwadratową tabletkę. Czuł do niego dziwne, bezinteresowne zaufanie. Coś było w tej personie, coś takiego... czystego. Nie mógł tego opisać słowami. Poza tym ból głowy strasznie dokuczał.
Połknął i wszystko przeszło jak ręką odjął. Całe wyczerpanie, ból i suchość. Cudo! Jak nowo narodzony!
-Widzę, że całkiem nieźle sobie poczynacie.- Uśmiechnął się.- Zaszliście niezwykle daleko...
-To i tak nie istotne, to ciągle za mało.- Stwierdził Black.
Michał wstał z krzesła i obszedł stół.
- Powiedz mi Michał, co wtedy się z tobą stało? Gdzie zniknąłeś?
-Ja... Nie mogłem wtedy zostać z wami. Teraz też... nie będe mógł. Jestem tu tylko na chwilę, więc słuchaj...- Zaczął
Ale Black mu przerwał.
-Jesteś strasznie tajemniczy, wiesz? Jak mam ci niby zaufać? Nie wiem o tobie tak na prawdę nic. 
Michał...
Wyglądasz na dobrego gościa, ale ja muszę coś wiedzieć! Skąd ty się do cholery wziąłeś? Kto cię przysłał? Dlaczego ze mną rozmawiasz? Pojawiasz się i znikasz!
-Ja nie mogę ci tego powiedzieć, ale to, co mogę ci ujawnić to jest, że ciągle z wami jestem. Co więcej, nie odstępuję was ani na krok...
-Ale... ale niby jak? Nie widziałem ciebie nigdzie wokoło ostatnimi czasy. Ba, widziałem cię tylko raz!
-Później. Dowiesz się wszystkiego później, obiecuję ci. Przyszedłem tutaj w konkretnym celu, a nie mam zbyt wiele czasu, więc posłuchaj...
Black tym razem nic nie odpowiedział.
-Musimy porozmawiać o twoim planie działania przeciw Cthulhu.
-Coś z nim nie tak?
-Wszystko. I ty dobrze o tym wiesz.
-A co innego mam zrobić? To jedyne wyjście jakie widzę. Tylko to może wypalić...- Powiedział zrezygnowany Black.
-Nie. Nie mogę się na to zgodzić.- Odpowiedział mu Michał.- A ty!- wskazał na niego palcem.- Nie możesz tego zrobić!
-A kim ty za przeproszeniem jesteś, aby się z tym nie zgadzać? Wojna... Wymaga poświęceń. Sara, ona zdaje sobie z tego sprawę i zgadza się ze mną.- Machnął ręką.- To odważna dziewczyna, z resztą...- Wypuścił powoli powietrze i wziął głęboki oddech.- Z resztą, skąd ty do cholery wiesz o naszym planie?
-Mój drogi... Ja wiem o wszystkim co tu się wyrabia, wiem co planujecie wy, wiem co planuje Cthulhu.... I zostawiacie tego biednego chłopaka w nieświadomości i niewiedzy!
Black uderzył pięścią w stół i wykrzyczał:
-Tak musi być!
-Nie zdajesz sobie sprawy z konsekwencji, jakie mogą was za to czekać...
-Nie obchodzi mnie to!
-Pociągasz za sobą niczemu winną dziewczynę, jesteś w stanie w ogóle sobie wyobrazić co ją za to czeka?!
Black umilkł na chwilę. Jego twarz zastygła.
-Ja... nie... - Poczuł się dotknięty- Z resztą, skąd TY możesz wiedzieć o tym, co nas czeka? Kim ty do cholery jesteś?!
-Znasz moje imię, nie jesteś głupi... Porzuć swój plan, a wam pomogę.
Mówiąc to, otworzył drzwi i wychodząc rozpłynął się w powietrzu...
W tym samym momencie, do kuchni wszedł DaVil. Otworzył szafkę, wyjął mleko z lodówki i przygotował płatki owsiane.
-Dzień dobry...- Wymamrotał niewyraźnie, zaspany.

Black dalej nie mógł przyswoić sobie tego, co tu się przed chwilą zdarzyło. Oczy stanęły mu w słup. Potrząsnął głową, wyjął papierosa z paczki i zapalił.
DaVil złapał łyżkę, miskę i usiadł do stołu, biorąc się za jedzenie.
- Nie dym mi tu, jem kurde.- Powiedział z pełną buzią.
-No tak, racja, przepraszam.
Ubrał więc płaszcz i wyszedł przed budynek. Miał mętlik w głowie. Podejrzewał kim on może być, ale nie... to niemożliwe... nie może być... nie może...
A jeśli? To co wtedy? 
Mogli zyskać potężnego sprzymierzeńca. Ale co zrobi teraz autor? Zakończenie miało być zupełnie inne... 
Trzeba pomyśleć też o nim...
(Róbta co chceta, ja to tylko zapiszę./ autor)
No dobra...

Jeśli życie czegoś mnie nauczyło, to tego, że nie można ufać nikomu... Skąd mogę wiedzieć, że mówi prawdę...- Pomyślał.- Chociaż, jak to jest możliwe, że wie. On po prostu WIE. Wszystko co zaplanował.
Cena była wysoka, ale on był gotów ją zapłacić. Równie dobrze ten cały... Michał, mógł w każdej chwili zwrócić się przeciwko nim...
Sam już nie wiedział...- Co robić?- Zapytał sam siebie.
Zgasił niedopałek i wszedł z powrotem do środka. Jesień dawała się już coraz bardziej we znaki.
                                   


XXVIII
    Przedwieczny wyruszył na powierzchnię, aby doglądnąć swojego dzieła z bliska. Wynurzył spod tafli oceanu swoją pokrytą mackami głowę, z oczyma czerwonymi jak osadzone dwa rubiny. Wielki, odrażający, potworny, demoniczny. Bał się go nawet sam Lucyfer. Gdyby chciał, to zmiótłby całe piekło w proch, razem z nim. Lecz jego miejsce było tu, w wodach oceanów, na tej planecie.
Wzleciał, podziwiał pognite kłosa zbóż, jeziora zamienione w trujące bagna, toksyczne chmury zsyłające kwaśne deszcze i konające z głodu, pragnienia i chorób stworzenia, które dogorywały w mękach.
Wylądował i zaczął się przechadzać. Planeta jest jego i tylko jego. Siał zarazę, głód i zniszczenie. Apokalipsa, to jego drugie imię, uwielbiał to. Można by powiedzieć, że to kochał, ale jego sercu od jakiegoś czasu nie było znane takie uczucie jak miłość. I nigdy już nie będzie...
Fetor wychodzący z jego ust i nozdrzy sprawiał, że drzewa natychmiast padały uschnięte pod tym okropnym oddechem. 
Nie pozostało nic. Nic, prócz zgnilizny i zapachu śmierci...

-W końcu cię odnaleźliśmy, panie.- Kapłan i jego dwaj pobratymcy stanęli naprzeciw majestatycznego Cthulhu.
Znowu te robaki...- Pomyślał.
-Przybyliśmy, by tobie służyć o, pradawny.
Nie widział w nich już żadnego pożytku. Dokonał wszystkiego, a w dodatku spieprzyli swoje zadanie.
-Sądzisz, że po tej klęsce pozwolę wam siebie w ogóle oglądać?
-Ale...
-Trzeba było zostać w domu...- I uniósł rękę, dłonią skierowaną w dół, a ze środka ziemi buchnęła lawa, wyrywając wielką dziurę i spalając ich żywcem w przeciągu zaledwie trzech sekund. I ślad wszelki po nich zaginął.
-Pchły...
Uniósł się w górę i wrócił do swojego podwodnego królestwa, aby rozpocząć odbudowę miasta.
-Ale najpierw....- Obrał inny kierunek.

    Black zasnął na stole lekko pijany. Potrzebował.... (jak to mawiała Sara) Odciąć się na chwilę....
Cthulhu obserwował go przez szybę, okiem o rozmiarze większym niż całe okno.
Mógłby go zlikwidować, teraz, bez trudu. Ale nie zrobi tego. Po pierwsze dlatego, iż był ciekaw, co też takiego może mu zgotować taki robak. Po drugie, byłoby to zwyczajnie nudne.... - A ja mam czas.... i chcę się trochę rozerwać...- Pomyślał.
Spojrzał na ich twierdzę... Domek z zapałek.
-O proszę... I jest z nimi nawet mój DaVil... Co go zmusiło, aby pozostać? Kretyn. Zawsze był kretynem.... Pożałuje tego. Ledwo wszedł w moje szeregi, a już się odwrócił. Szkoda, miał talent... I tak... Nasz złoty chłopiec i jego miłość.. Ją trzeba będzie zabić jako pierwszą... O cholera, wstaje...
Przedwieczny rozpłynął się w powietrzu.
-Saraaaa!
Podniósł się i usiadł na łóżku. 
Był środek nocy. 
Zza okna świtał przez szybę księżyc w pełni...
STATEK MIŁOŚCI
ROZDZIAŁ 5
Wojna w Niebie

Wiesz, że sobie nie poradzi?
Znaczy, ich siły są mniej więcej wyrównane, ale ... Michał to Michał, radzi sobie bardzo dzielnie i będzie sie trzymał długo, ale Luciel... to jest jednak Luciel.
W końcu go przemoże.

Nadejdzie czas, gdy ostatecznie Michał będzie nad nim górował, ale to jeszcze nie teraz.
Dlarego taki trening bardzo mocno im się przyda, ale w końcu będziesz musiał zainterweniować Synu i zdmuchnąć jego sprzymierzeńców i jego samego na samo dno...
Weź mój Rydwan. Bo co moje to i twoje i czekaj na mój Znak.

Syn posłusznie, zajął miejsce na swoim stanowisku, powoli doń podpływając.
Z gracją, trochę smutny, z niechęcią wykona swoje zadanie. Nie che tego robić, ale rozumie, że nie ma innego wyjścia i tak być po prostu musi.

Luciel tak na prawdę panicznie bał się Ojca jak i Syna. Choć sam nawet nie wiedział jeszcze jak bardzo i rad był, że się nie pojawili na arenie. Prędzej czy później Jego armia padnie, a z pomocą jednej trzeciej Nieba, może da radę coś zdziałać przeciwko Nim. Nadzieja była znikła, ale zawsze jakaś i umiera ostatnia. Jeżeli tak będzie musiało się stać, to on tylko razem z nią.

Batalia była zaciekła.
Tak na prawdę ciężko było wywróżyć któż zwycięży, bo siły były wyrównane .
Szkody były straszliwe, całe Niebo się trzęsło. Wszystkie Duchy patrzyły z przerażeniem na totalny Armageddon.

Czegoś takiego jeszcze nie było. Wybuchy supernowej w naszym małym światku przy tym, to jak nieudane odpalenie zapalniczki, z ktorej ledwo wysypało się kilka iskier.
Wiele poległych ofiar, masa brutalnych obrażeń, połamane skrzydła i sklepienie w ogniu.

Ani słowo, ani myśl nigdy nie będą w stanie oddać tego koszmaru, który się rozegrał.

Dopóty...

Na skraju widnokręgu zabłysło wielkie, jasne światło, ktore zaczęło powiększać sie i przybliżać z hukiem miliona doniosłych trąb Niebiańskich.

To był ON.

Wszyscy stanęli w miejscu.

Luciel zadrżał z przerażenia.
Strach sparaliżował go do szpiku kości tak, że nie mógł drgnąć nawet palcem.

Chrystus się zbliża....

piątek, 20 marca 2020

STATEK MIŁOŚCI
Rozdział 4
Kierunek Podziemia

Na zewnątrz, było słychać tylko głuche pohukiwanie sów, odbijające się echem pośród gołego lasu...
Teraz czekała go najtrudniejsza wyprawa.
Musiał znaleźć wejście do Podziemi...
Cena do zapłacenia znaczyła nic, w porównaniu do zdobyczy, którą musi odzyskać i zwrócić światu.

Ten człowiek znaczy zbyt wiele.
Co oni z nim zrobili, gdzie go zabrali?
Misja odnalezienia go na własną rękę, to niemożliwość.
Będzie potrzebna pomoc. Chyba wiedział do kogo się zwrócić, choć zrobi to z niechęcią.
Tak... jeszcze on, on bedzie znał drogę.
Przypomniał sobie również o niej...
Stare dzieje.
Ale tak mocne osobistości są niezbędne. Z resztą, na pewno będą się... palić do tej roboty.
Uwielbiają takie akcje.

Anioły inkarnowane w ludzką tkankę.
Były od zawsze na tej planecie , koegzystując na przestrzeni dziejów ziemi, wraz ze wszystkimi stworzeniami które kiedykolwiek na niej zamieszkiwały.
Lecz w tych czasach, naroiło się ich wyjątkowo dużo.

Zazwyczaj były to jednostki, dziś liczymy je w setkach.
Schodzą zawsze z jakąś misją. Mało które są dopuszczone do tego zaszczytu.
Zaszczytu?
Tak, i to wielkiego, bo na końcu tej podróży okaże się że człowiek doświadczy czegoś, czego anioł nigdy nie zazna.
Z resztą... jest tak cały czas, ale koniec, czyli Zbawienie dla wybranych, jest tego kulminacją.

A dla przegranych?
Cóż....
Nie chcesz się wśród nich znaleźć, uwierz mi.
Chcesz przyjąć wieniec Zwycięstwa od Chrystusa i tego z całego serca ci życzę, bo Zbawienie jest warte każdej ceny, a marności tego świata warte tyle co proch....


XXVII
    Z powrotem w bazie:
-Chyba te deski można już zdjąć...- Westchnęła Sara.- Psują wystrój.- I zaczęła mocować się z gwoździami.
-Widzieliście tę zgniliznę? - Spytał DaVil. - Nie za dobrze to wygląda...
-A właśnie, ten starzec coś o tym wspomniał... Że to dopiero początek?- Wtrącił Richard.
-Prawdopodobnie Cthulhu rozpoczął już swoją apokalipsę. -Wytłumaczył Black.- Pozatruwał wszystko dookoła. Wody, rośliny, owoce...
Rich spojrzał na niego z zapytaniem na twarzy:
-W takim razie, co teraz?
-Spokojnie młody, mamy zapasy które wystarczą nam na przynajmniej kilka lat. Schowane super-szczelnie i super-świeże!- Puścił mu oczko z uśmiechem.
-A co z tym całym planem?
-Plan wygląda następująco: TY jesteś moim planem!
-Ja? Znaczy... wiem... to znaczy... ehhh...- Richard nie miał pojęcia, o co mu może chodzić?

To prawda, po tych wszystkich treningach i starciach zdobył trochę mocy i umiejętności, ale... (ciężko mu to było przyznać) DaVil był od niego potężniejszy. I to sporo, więc jakim cudem... Dlaczego nie on? Czemu zawsze chodzi o mnie? - Miał tak przez całe życie... Najbliżsi ciągle patrzeli mu na ręce, chcieli kontrolować każdy jego krok, kazdy aspekt życia, co doprowadzało go do szału. I to nie tylko oni... 
Szkoła, zawsze Rich, ten urwis, najgorszy, bystry ale chuligan. Praca - każde malutkie odstępstwo od normy, równa się wydalenie. Czarna owca, kiedy coś się stało, obwiniano jego, nawet jeśli wina nie leżała po jego stronie. Wszystko robił źle, pod wpływem presji z każdej strony, nawet jeśli robił to dobrze....
Nienawidził kontroli i zawsze spoglądał ze zdziwieniem i politowaniem na ludzi, którzy ślepo szli za innymi, sami niewiele rozmyślając o tym, co wyczyniają. Byleby być posłusznym... Byleby nikt nie nakrzyczał... Chciałoby się użyć sformułowania: "stado bezmózgich baranów", ale go nie użyję...
Takie "stado" bezmyślnych robotów, było umożliwieniem prowadzenia wielu wojen. Ślepo podążając za chorymi ideami, których sami nie rozumieli.... 
Nie byłoby w tym nic złego , gdyby nie fakt, że przez to ginęło wiele rodzin... Dobrych rodzin. Ludzie, którzy byli podstawą i korzeniem tego drzewa, zostali wycięci w pień...
A to smutne.
I wszystko bierze się z nieświadomości, niewiedzy lub tchórzostwa. Strachu przed zmianami. Strachu przed nimi samymi, strachu przed walką o lepsze jutro...

DaVil poczuł się trochę zazdrosny...
-Cholera jasna...- Powiedział sobie w myślach.- Dlaczego zawsze on? Co w nim takiego niby jest? Jestem przecież lepszy, jestem silniejszy, jestem twardszy... Nie rozumiem...
I takie myślenie właśnie go gubiło, ale wiedział też, że ostatecznie nie ma czego mu zazdrościć...

Sara spojrzała w ziemię, chciała uniknąć wzroku Richarda.
-Ale dlaczego ja? Black, cholera jasna, ja nie dam mu rady!- Uderzył pięścią w stół.
Black odpalił papierosa, zaciągnął się, wypuścił powoli chmurę dymu i rzekł:
-Dasz. Z naszą... małą pomocą. Osiągniemy to Rich. Musisz w to uwierzyć! Pamiętasz co ci mówiłem? Wszystko jest stanem umysłu. Bez wiary w zwycięstwo nawet do niego nie podchódź! Chyba że na kawę, albo od razu rzeź! Oto mój plan.
Cóż, nie dało się ukryć, podejrzewał że będzie on jakoś bardziej szczegółowy...
Co się z nimi wszystkimi dzieje?
-Idę spać.- Oświadczył.
-Idę z tobą.- Rzekła Sara.
I wyszli.

-Chodź, wykąpiemy się.
Potrzebował tego. Relaksu... Ten dzień był wyjątkowo męczący...
Rozebrali się więc powoli i wskoczyli razem pod prysznic.
-O czym myślisz?- Spytała Sara, gładzac jego policzki pokryte twardym, parodniowym zarostem.
Rich nie odpowiedział, zbliżył się do jej twarzy i zaczął ją całować...
Strużki gorącej  wody spływały powoli, pieszcząc ich nagie ciała. To było wspaniałe. Tego mu właśnie przez tyle czasu brakowało. 
Jej bliskości.
Sary, chciał mieć ją całą, tylko dla siebie, własnie teraz... Jego dłonie i usta wędrowały po całym jej pieknym ciele, od szyi po zgrabne nogi.
Namiętność gęstniała w powietrzu...

DaVil usiadł na krzesle, kładąc rece na oparciu.
-Jesteś tego pewien?- Zaczął.
-Dobrze wiesz co potem się wydarzy. I to lepiej niż ktokolwiek inny... Tak czy siak, wszyscy się spotkamy...
DaVil uderzył krzesłem w stół, wstał i wyszedł...
-Przyszłość ziemi jest ważniejsza od nas!- Krzyknął za nim.
Opuścił głowę, zapalił kolejnego papierosa i nalał sobie drinka....

Richard miał nadzieję, że tym razem będzie spał spokojnie. Położył się w ciepłej, miękkiej pościeli i od razu zasnął...
Znalazł się w zadymionej grocie.
Było tak duszno, że ledwo mógł oddychać. Ruszył w stronę postaci odwróconej do niego plecami.
-Sara?- Podszedł do niej, położył ręke na ramieniu i obrócił.
Jej włosy nagle ożyły, zamieniając się w gniazdo wijących węży, syczących przeraźliwie. Z ust wyrosły jadowite kły, które wbiły się w jego szyję, rozrywając ją na strzępy.
Richard padł na ziemię. Przyłożył ręke do gardła, wyczuwając wyraźny ubytek i sączącą  się z niego lepką krew. 
Nie miał pulsu.
Cholera! Nie miał pulsu! Co jest?!
Kobieta o zielonej twarzy i gadzich oczach, usiadła na jego klatce piersiowej, wbijając swoje szpony prosto w jego płuca.
-Hyyyh!- Próbował złapać oddech, ale nie mógł, dusił się. Czuł jak jakiś płyn napływa mu do płuc.
Powoli tracił świadomośc, wszystko zaczęło się kręcić...
Obudził się w innej lokacji, która przypominała mu jego rodzinny dom, za czasów dzieciństwa. Wszedł do swojego pokoju. Na ziemi leżały rozrzucone zabawki.
-Ała!- Nadepnął na jeden z klocków. Nie miał butów. Nie miał na sobie też ciuchów.
Był całkowicie nagi.
Usłyszał strzały w sąsiednim pokoju. Kiedy wszedł, zobaczył DaVila z bronią w ręku, stojącego przy drewnianym krzyżu w kształcie litery "X", na którym dyndała okrwawiona Sara z przestrzeloną głową...
-Nieeeee!!!.
Padł na kolana i utonął we łzach. Jego rozpacz była wielka, lecz gdy spojrzał na brata, jego żal przemienił się w furię nie do opisania i rzucił mu się do gardła.
-Saraaa!

Podniósł się i usiadł na łóżku.
Był środek nocy.
Zza okna świtał przez szybę księżyc w pełni.
Oddychał ciężko, zanim zdał sobię sprawę, że był tylko sen. Spocony, wstał z łóżka, otworzył szufladę i wyjął tabletki z diazepamem, wziął dwie i popił szklanką wody.
-Ahhh... Pieprzyć to...- Usiadł na skraju łóżka, czekając aż zaczną działać. Sara spała sobie smacznie, położył rękę na jej policzku, który oświetlał blady blask księżyca.
Była taka piękna. 
I tylko jego... 
Gdy poczuł znajome uczucie spokoju, wsunął się pod kołdrę i prawie natychmiast zasnął...
Resztę nocy przespał spokojnie i śnił piękne sny, w których on i Sara pobrali się i wiedli przepiękne życie...
Jaka szkoda, że to tylko były sny...

czwartek, 19 marca 2020

XXVI
    Kapłan osunął się na kolana... - Tyle stracone...- Powiedział z rezygnacją w głosie.
-Wręcz przeciwnie.- Odpowiedział mu Black.- Uratowaliśmy ludzkość, możesz być z siebie dumny.
Starzec wpadł nagle w histeryczny śmiech.- Hahaha!
-Co cię tak bawi? - Spytał DaVil.
-Głupcy! Nic nie rozumiecie!
-Nie będziemy słuchać twoich rozterek...- Zaczęła Sara.
-Hahaha! - Zakrztusił się- Czy wy na prawdę myślicie, że to koniec? W takim razie, mylicie się!
-Co konkretnie masz na myśli?- Richardowi tego tylko jeszcze brakowało...
-Przekonacie się wkrótce....
Buchnął biały dym. Gdy opadł, jego już nie było...
- I to by było na tyle...- Stwierdził Black.- Musimy teraz znaleźć wyjście... Jakieś pomysły?
-To dobre pytanie...

Ano właśnie... Richard nie miał pojęcia co robić dalej, nie wiedział nawet gdzie się mogą znajdować... Czy są jeszcze w ogóle na ziemi?
-Ej, wy!- Rich zawołał do pozostałej dwójki w czarnych szatach, lecz oni idąc za przykładem swojego dowódcy, zniknęli natychmiast w oparach białego dymu. - Super....- Westchnął.- Co teraz? DaVe, jesteśmy przynajmniej w tym wymiarze? Tej czasoprzestrzeni?
-Czas pokaże...- Odparł. - Żartuję. Tak, znajdujemy się na ziemi. Pudełko, w którym byliśmy jest gdzieś głęboko pod naszymi stopami.
-To upraszcza sprawę. To co, w górę?
-W górę!
Przygotowali się do wysadzenia sklepienia. Pare pocisków załatwiło sprawę.
Świetnie! Światło! Słońce! Jak dobrze było znów je zobaczyć! Chyliło się już ku zachodowi. Gdy wyszli na zewnątrz, na wschodzie rozpościerał się gęsty las, stali na skraju wypalonego przez DaVila terenu.
-Tylko nie zabij też tego...- Wycedziła sarkastycznie Sara.
-No to ładnie nas zniosło... Wracamy do kapsuł.-  Zarządził Black.- Trzeba opracować jakiś plan.

Ruszyli z powrotem do Polski, szykując się na ostatnie starcie. Starcie, które zadecyduje o losach wielu. Wielu, których w najbliższym czasie nie będzie już mogło podziwiać więcej słońca. Albo wygrają, albo przegrają. Teraz wszystko zależało tak na prawdę od łutu szczęścia. I może od małej dawki pomocy z góry...?
Ale Black miał już gotowy plan... Ich jedyną nadzieję, nie było innego wyjścia...

środa, 18 marca 2020

STATEK MIŁOŚCI
Rozdział 3
Podaj kable Synu

-Zaczęło się Synu.
-Tak Tato?
-To zabawne... Jak widzisz, on nie rozumie. Jak myślisz, czy warto?
-Myślę to co Ty Tato, zapomniałeś?
-Ano tak! Hehe. Trochę się wybilem z rytmu... Podaj kable, Synu.
Mógłbyś chociaż udawać że prowadzimy dialog, jakbysmy sobie nie czytali w myślach.
Na potrzeby książki! Bedzie zabawnie!
- Dobrze Tato...

-Ojcze! - Ich oczom ukazał sie zadyszany anioł, który potykając się o swoje skrzydła, ledwo mógł złapać dech.
-Tak Synu? Słucham Cię.
-Luciel wzniecił... on - hyyy... hyyy... - on buntuje naszych braci przeciw Królestwu. Wznieca rebelię! To nie...
Ojciec przerwał mu gestem ręki.
-Wiem co się dzieje Synu. Wszystko już do mnie dotarło zanim to się wydarzyło. Zawołaj mi tu proszę Michała.
Prędko Synu!
-Tak jest Ojcze!
Anioł Pański śmignął w dół niczym blyskawica.

-Sytuacja jest poważna Synu... Martwię się o Luciela.
- Czy zakończeń tej sytuacji jest więcej niż jedna, Ojcze?
- Tak Synu, lecz Wielkie Wiatry dmią w określonym kierunku i ciężko będzie coś na to poradzić... Obawiam się że go zatracimy. Co prawda nie musi się tak stać, lecz on podjął już decyzję i chyba się nie cofnie...

Wtem jak promień światła, stanął przed Nimi...

-Michale... mam dla ciebie misję do wykonania....

XXV
    W końcu wyszli z długiego, ciasnego tunelu. Rzeka skręciła w bok. Znaleźli się w pomieszczeniu wyłożonym białymi i czarnymi kafelkami, na ścianach były one naprzemiennie ułożone, plus lustra. Jedne większe, inne mniejsze. Wszystko ułożone było we wzór spirali, która ciągnęła się do końca tajemniczego pomieszczenia. Jego klimat był pusty, owiany tajemnicą, dziwny... Coś wisiało w powietrzu i było to mocno odczuwalne. Na jego końcu znajdowały się spiralne schody, prowadzące w górę, zaś na ścianie za nimi ułożona była mozaika czarnej gwiazdy Dawida ze schodzącej się spirali czarnych kafelek.
DaVil podszedł do jednej z płytek i przestawił ją na miejsca z najbliższym lustrem. Gwiazda zmieniła swe położenie, przesuwając się o centymetr w bok. Uczynił podobnie z następną, gwiazda obróciła się w miejscu o kilka stopni...
-Tak myślałem, to zagadka.- Stwierdził.
-Zagadka?!- Rich i Sara spytali jednocześnie.
-Macie szczęście, że wychowywałem się u nich, inaczej bylibyście w czarnej dupie, haha...- Uśmiechnął się do nich triumfalnie.
DaVil zaczął biegać od ściany do ściany, przesuwając lustra i kafelki wskutek czego gwiazda zdeformowała się w jakiś dziwny obraz, który przesunął się na sufit. Gdy skończył, ich oczom ukazał się wielki, czarny smok ziejący ogniem. Wessał on pozostałe czarne kafelki w siebie, powiększając się, w efekcie zajmując połowę sufitu.
Richardowi szczęka opadła ze zdumienia. Black stał obok niego z kamienną twarzą, obserwując zjawisko. Usłyszeli ciche szczęknięcie nad schodami. Sara nie zwlekając wbiegła na nie szybko.
-Poczekaj!- Krzyknął Rich za nią.
Weszli na schody do góry. Gdy w końcu się tam doczłapali, zobaczyli otwartą klapę. Weszli przez nią, transportując Blacka na zewnątrz.
To co zobaczyli, odebrało im dech.
Dosłownie.
Znaleźli się w tym samym miejscu, przez które weszli. Dokładnie ta sama klapa, to samo wypalone pustkowie niedawno jeszcze będące gęstym lasem.
-Co jest?!- Krzyknął DaVil.
-Nie!- Black aż stanął na własne nogi, wyrywając się spod ich rąk. Nie mógł w to uwierzyć.
Sara padła na kolana, chciało jej się beczeć, po prostu beczeć jak małe dziecko. Tyle trudu na nic...
Richard kręcił się w kółko, jak opętany.
-To niemożliwe! Nie może być!- Zaglądnął jeszcze raz do środka. Schody zostały, pomieszczenie też, smok na swoim miejscu... wszystko git! Nie rozumiał tego... Co się dzieje do cholery?- Przecież tyle szliśmy...- Wymamrotał.- Na dole wszystko w porządku!- Poinformował towarzyszy.- Jakieś pomysły? DaVe?
DaVil podszedł do klapy i rozejrzał się badawczo. Spojrzał w górę, drapiąc się po brodzie. W końcu rzekł:
-Z tego co pamiętam, droga nie skręciła ani razu... Cały czas prosto, jak w pysk strzelił. Hmmm...
-Może to była jakaś iluzja?- Spytał Black.
-Iluzja...Iluzja... W tym też są bardzo dobrzy...
Nagle zerwał się z miejsca i zrobił pare długich kroków. Wszyscy obserwowali go z uwagą.
-No tak!- Odbił się od ziemi i poszybował w górę. Wzleciał na jakieś sto metrów, złapał za klamkę i otworzył kolejną klapę. Wsadził głowę, rozejrzał się i wrócił do grupy.
-Tak jak myślałem, jesteśmy dalej pod ziemią.- Oświadczył.
-???- Ich wytrzeszczone oczy prawie wyszły z orbit.
-Może trochę jaśniej. - Kontynuował - To pomieszczenie, w którym teraz się znajdujemy, nawet nie istnieje.
-Nie istnieje??!- Spytała zdumiona Sara.
-W tej rzeczywistości, którą znacie na codzień. To znaczy... te pomieszczenie ma około... nie... Jest rozmiarów, powiedzmy, bo rozmiarów nie ma w tym pojęciu i znaczeniu jakie znacie...
-Do rzeczy!- Przynaglił go Richard.
-Znajdujemy się w pudełku, mniej wiecej 1x1 cm.
Black był poruszony, czegoś takiego jeszcze nie słyszał. Z resztą, jak pozostali.
-Możesz powtórzyć?- Nalegała skonsternowana Sara.
-Jesteśmy teraz mniej więcej rozmiarów pchły. To pomieszczenie znajduje się w innej rzeczywistości, nie powinno nas tutaj być dłużej niż godzinę, inaczej przestaniemy istnieć, a wierzcie mi...to gorsze niż śmierć.
-Gdyby nie ty, zapewne tak by się stało.
Richard poderwał Sarę do góry i ruszył w stronę klapy. DaVil wziął Blacka pod ramię i poleciał za nim. Black nie wyglądał za dobrze, rana była dosyć rozległa, stracił dużo krwi, która sączyła się przez zawiniętą koszulkę.
Gdy wylądowali, DaVil zdjął swoją i zmienił mu "opatrunek", ściskając mocno.
-Wszystko będzie w porządku, wyjdziesz z tego.- Pocieszył go. 
Sam nie wierzył w to, że takie rzeczy wychodzą z jego ust. A jeszcze niedawno polował na małe dziewice, by dostarczyć je na rytualną ofiarę. Bóg mu tego nie wybaczy, czuł to. Dlaczego w ogóle o tym myśli? Gdzie się podziała jego okrutność i bezwzględność? "Boże, co się ze mną dzieje. Do cholery, robię się miękki"- Pomyślał. 
Wstał, aby się rozejrzeć po scenerii nowego otoczenia, jego oczom ukazał się widok kolejnej groty. Po lewej stronie stał wielki słup z metalowej kraty, a w nim ciągnący się z góry do dołu pomarańczowo- czerwony płomień. Padający blask wypełniał dokładnie połowę pomieszczenia. Po prawej zaś stronie stał identyczny, tyle że jego wypełniał płomień biało-niebieski, który wychodził z dołu do góry, światło jego padało na drugą część jaskini.
Wszystko to dawało niesamowity efekt.
-A więc to jest to legendarne miejsce... Nie sądziłem że istnieje na prawdę...- Powiedział z przejęciem DaVil.
-Kiedyś też o tym słyszałem...- Wtrącił Black.- Brawo chłopcze, doprowadziłeś nas tu.
Richard nie miał pojęcia o czym oni mówią. Nawet Sara wyglądała jakby wiedziała gdzie się znajdują.
-Gdzie...- Zaczął.
-Kiedyś Black mi opowiadał o tym miejscu, to mistyczne, święte miejsce ważenia dusz... To jakby... Magazyn złych i dobrych uczynków.- Wyjaśniła mu.- Widzisz ten czerwony słup? To są grzechy, a raczej ich energia, którą karmi się szatan i jego upadłe anioły. Energia, która napędza piekło. Widzisz prawą kolumnę? To suma uczynków dobrych, które napędzają całe niebo, to coś w rodzaju paliwa, rozumiesz?
-Ta czerwona nazywa się Peccatum, ten niebieski to Lusz, napój bogów.- Wtrącił Black.
Richard nie miał pojęcia, że takie coś może w ogóle istnieć... No bo jak pojąć to, że energia naszych grzechów może mieć materialną formę? Nie może! A jednak...
-A jak to się nazyw...- Przerwał, bo nagle przed nimi wyrośli oni... Grupka ciemnych kapłanów, w tym ich przywódca. Pozostało ich już tylko sześciu.
-Coś się pokruszyło?- Zadrwił Black.
Lecz kapłan zwrócił się do DaVila:
-Doprowadziłeś ich aż tu... Niedobrze synu... Zdradziłeś nas...
-Musiałem!
-Skąd nagle w tobie taki aniołek się przebudził?- Spytał go.
-Zaślepiliście mnie!
-To był tylko twój wybór. Jeszcze możesz odkupić ten karygodny błąd. Przyłącz się do nas, to już koniec mój drogi, Cthulhu wygrał. Los Ziemi jest przesądzony, my mamy klucz. I tylko my.
-Kłamiesz!- Wystawił płonącą dłoń przed siebie.- Rozkazuję wam cofnąć umarłych do grobów! Tam gdzie jest ich miejsce spokoju!- Krzyknął.
-Mój drogi...- Zaczął kapłan, rozkładając ramiona.- My nie przyjmujemy rozkazów od nikogo...
W jego dłoniach znalazły się dwie czerwone kule, którymi cisnął prosto w DaVila, były tak szybkie, że ledwo zdążył się zasłonić.
-A więc to tak? Te wszystkie lata masz sobie za nic?- Spytał go, choć wiedział, że te pomioty nie posiadają już ani serca, ani duszy.
W odpowiedzi posłał kolejny pocisk. Tego DaVil zdołał uniknąć.
-Nie zmuszaj mnie, abym zrobił coś, czego zrobić nie chcę!- Krzyknął do starucha.
-Brać go!- Nakazał grupce satanistów, którzy natychmiast zerwali się, aby go zaatakować.
DaVil wyciągnął obie dłonie przed siebie, które zapłonęły.
-Nie zapominaj, że nie możesz ich zabić!- Zawołał Black.
-Nie interesuje mnie to, zasłużyli na śmierć! A zombiakami zajmę się sam!
Lecz jednak ręce opuścił i przystąpił do ataku wręcz. Grupka magików nie miała szans we frontalnym starciu.
Pierwszego z nich załatwił jednym łokciem w szczęke, zgrabnie przeszedł do drugiego w locie, zadając mu cios kolanem w brzuch, a następny łokciem prosto w kark. Obaj padli nieprzytomni. Pozostała trójka zawachała się. Stanęli w miejscu obracając się na swojego szefa z pytającymi minami.
-Na co czekacie? Zlikwidować mi go!
-Nie słuchajcie go!- DaVil starał się im przemówić do rozsądku.- Macie przecież wybór! U jego boku nie czeka was nic więcej, jak tylko zagłada i wieczne cierpienie!
Black go nie poznawał. Od kiedy DaVil mówi takie rzeczy? Brzmi zupełnie jak nie on... Jakby.... coś w niego wstąpiło.
Jeden z pozostałej trójki rzucił się na DaVila z rękami.
-Głupiec!
Wtem, z jego zaciśniętej pięści wyleciały dwa shurikeny, świstając powietrze.
DaVil odbił je od niechcenia, jednym machnięciem ręki, co prawda skaleczyły go, ale to nic.
-Na prawdę myślałeś, że tak żałosna próba będzie w stanie coś...- Urwał nagle, bo zakręciło mu się w głowie. W końcu stracił świadomość i padł jak długi na glebę.
-Jeden z głowy! Brawo!- Kapłan zaśmiał się.
-DaVe!- Rich podbiegł do niego.- Wstawaj! Cholera...- Zacisnął zęby, dłoń złożył w pięść. Źrenice zaczęły znikać, włosy stawały się bladozłote...
Wtem, śmignęło niebieskie światło plazmy, napastnik, który zaatakował ich przyjaciela spojrzał na swój brzuch, w którego miejscu znajdowała się teraz wielka, wypalona na wylot dziura. Podniósł tępo wzrok przed siebie, następnie padł martwy na ziemię. 
To była Sara.
Lufa karabinu jeszcze lekko dymiła, podniosła go do ust i teatralnie zdmuchnęła unoszcy się z niej dymek. Widok niczym z taniego westernu. (aczkolwiek, bardzo fajny. Sara to napradę niezłe ziółko./ autor)
-Za dużo filmów.- Westchnął Black.
-Oh, zamknij się.- I pacnęła go lufą w głowę.
-Pozostała ich tylko trójka i jeden martwy, gratulacje Saro, przecież mówiłem coś.- Warknął.
-DaVil żyje!- Zawołał Rich.- Wyczuwam puls!
-Kim on jest?- Zdumiał się Black.- Na pewno były silnie zatrut....
Nie zdążył dokończyć, gdy DaVil się poruszył, następnie oparł na rękach, podniósł głowę i próbował wstać. "Kurna... już drugi raz dzisiaj leżę na deskach..."- Pomyślał.
-Khyy!!- Black nie mógł w to uwierzyć, znał substancje jakich używają do mieszania trucizn, żaden człowiek nie byłby w stanie tego przeżyć! No, ale on nie jest zwykłym człowiekiem, to fakt... Aczkolwiek bez przesady, wstał jak gdyby nigdy nic? Kim on do cholery jest? 
Zdawało mu się, że go znał, teraz uznał że chyba się jednak mylił. Jego potencjał był niezmierzony...
-Dobrze mieć ciebie z powrotem, bracie.- Rzekł Richard ciepło do niego i podniósł go z kolan, stając z nim ramię w ramię.
-Jesteście skończeni! Xalafaks, poddaj się!- Krzyknął DaVil.

Mina czarnego kapłana nie była już tak zawadiacka jak przed chwilą. Twarz mu zrzedła, jakby odpłynęła z niej cała krew. Tego było dla niego już za wiele, nie miał wyjścia i padł zrezygnowany na kolana.
-Zrobię co chcecie...-Powiedział, wbijając wzrok w ziemię.
-Dobry wybór dziadku!- Black podkuśtykał do niego, patrząc nań z góry.- Masz cofnąć wszystkie umarłe stworzenia z powrotem do grobów, tam gdzie należą ich miejsca spoczynku. Wszystkie. Co do jednego. Tak ludzi, jak i zwierzeta! Teraz!
Kapłan spojrzał na niego z pogardą, jakby chciał mu wydłubać oczy. Wstał i ...
Nagle, z nikąd zjawiła się wielka, kamienna czara, z której buchał zielono-czarny płomień.
-Potrzebuję sześciu osób, aby stanęli naokoło.- Rzekł.
-Wspaniale!- Black, Sara, Rich I DaVil podeszli do czary, tak samo dwóch pozostałych satanistów.
-Mężczyzn...-Syknał do Sary.
Ta posłała mu mordercze spojrzenie i odeszła.
Xalafaks zaczął wsypywać jakieś nieznane im proszki, gałązki i rośliny do ognia,który zaczął zmieniać co chwilę kolory, przewinęła się cała ich paleta, a nawet takie, których jeszcze nigdy nie mieli okazji zobaczyć. Kapłan wykrzyczał pare niezrozumiałych zdań, (chyba po łacińsku) Black nie był pewien, mogło to być połączenie łaciny z sumeryjskim, nie miał pojęcia.
Z każdej  stojącej wokoło osoby, wystrzeliło do góry światło, każde o innym kolorze. W środku koła rozszalały się zielone błyskawice, zmieniając kolor na czerwony, a następnie przechodząc  barwę niebieską. 
Wszystko w jednej chwili zniknęło, nastała cisza, gdy nagle wnętrze czary poszybowało szybko w górę i wszystko natychmiast ucichło...
Rytuał się dokonał, wszystkie chodzące i pełzające trupy padły bezwładnie na glebę... Ci, którzy zostali zarażeni powrócili do siebie... no, prawie. Niezłą niespodziankę mieli ci, którzy obudzili się bez ręki, czy bez nogi... Niektórzy z nich się wykrawili kiedy krążenie powróciło, inni się odratowali. Każdy miał jakieś rany. Cóż, wojna jest okrutna, ale to co się ma wydarzyć będzie jeszcze gorsze od wojny...

Nasi bohaterowie nie byli jeszcze świadomi tego, że umarli którzy powstali, to był zaledwie początek....

wtorek, 17 marca 2020

STATEK MIŁOŚCI
Rozdział 2
Porwanie

Była pełnia księżyca, gęsta mgła opuszczała się nisko, przykrywając bezlistne gałęzie drzew, które powiewały lekko miotane, chłodnym, jesiennym wiatrem na tle lekko zachmurzonego, nocnego nieba...

Taak, czuł je.
Były tutaj obecne.
Ten chłód i smród spalonych odchodów, pomieszanych z odorem siarki rozpoznałby wszędzie.

Z daleka majaczyła niewyraźnie mała, drewniana chatka, oświetlona bladym blaskiem srebrnego globu.

Rosła z każdym krokiem, gdy się do niej zbliżał.
Drzwi , a raczej puste framugi, w ktorych pewnie kiedyś były zawieszone, zionęły czarną pustką.

Spóźnił się...

Gdy wszedł powoli do środka, nie mógł niczego dojrzeć oprócz stosu pozapisywanych kartek, leżących na podłodze, przeglądanych jakby w pośpiechu...

Zapalił świecę i przyjrzał się jednej z nich.

Jakby opis buntu Lucyfera w Niebie...

Na każdej było opisane to samo zdarzenie, ale na wszystkich stronach w innej formie. Pozmieniane zdania... kolejność linijek, pozamazywane słowa, powykreślane, pododawane,... Jakby autorowi zależało na jak najlepszej formie oddania myśli przelanej na papier...

No cóż... tylko gdzie on się podział?

Odór roznoszący się dookoła nasuwał tylko jedną odpowiedź.

Zabrali go...

Stanowił dla tych bestii zbyt wielkie zagrożenie. Wiedział za dużo.

Musi go odnaleźć.
Za wszelką cenę.
O ile jeszcze jest kogo odnajdywać....
XXIV   
    Grupka satanistycznej szajki była ciągle w ruchu. Wiedzieli, że ta czwórka intruzów depcze im po piętach. Nie mogli sobie pozwolić na bycie schwytanym.
-Jakim cudem ominęli Brutusa i Oligarchiusza?
-Nie rozśmieszaj mnie.- Odparł starzec.- Nie doceniasz naszych przeciwników.
-To nieistotne, dlaczego idziemy? Nigdy nie przejdą koło Haavrona, nie mówiąc już o pokonaniu go.
-A co zrobisz, jeżeli jednak znajdą sposób? Trzeba dmuchać na zimne, ruszamy dalej.

Okropne gorąco szalało po całej jaskini, byli przyparci do muru. Dosłownie. Nie wiedzieli co zrobić. Bywali w trudnych sytuacjach, ale ta już była przegięcim. (Biedny Rich, jeśli wyjdziesz z tego cało, to nikt nie powiedział, że będzie łatwiej./ autor)
-Słuchajcie!- Black miał pomysł.- Siłą go nie pokonamy, jest tylko jeden sposób, aby przejść dalej.
-Słuchamy.
-Wiać!
Trochę nie tego się spodziewali.
-Wiać?- DaVil był oburzony.- Jak to? Mamy uciekać?
-Właśnie tak. Nie pokonamy go, na pewno nie teraz. Smoki nie tylko posiadają grubą skórę, ale też wielką moc magiczną, czego świadkiem byłes przed chwilą, w dodatku Lucek przeciągnął go na swoją stronę, co łączy się z dodatkowymi umiejętnościami danymi mu przez niego. Kto wie, czego ta bestia mogła sobie zażyczyć.
-Sufit?- zaproponował Rich.
-Sufit!
Nie mieli wyjścia. DaVil z niechęcią, razem z Blackiem i Richardem zdetonowali skałę nad nimi. Po czym skulili się (Richard okrył Sarę ciałem) przed spadającymi głazami. Nad nimi ich oczom ukazało się kolejne pomieszczenie.
-W górę!
Gdy wlecieli, było ciemno jak w dupie. (co stwierdziła Sara, zaraz po wylądowaniu.) Ogień dalej szalał na dole nie gasnąc, choć smok nie zionął nim już więcej. Richard zastanawiał się, czy smok odnotował ich zniknięcie. W odpowiedzi, przez dziurę za nimi, wpadł słup ognia.
-Aaah!- Richardowi zajął się rękaw kurtki.
-Zdejmij to!- Nakazał Black.- Jeśli ogień dotkie skóry, już po tobie!
Rich pospiesznie zdjął okrycie z siebie. 
-Ogień już nie zgaśnie, nic nie jest w stanie go ugasić. Jest przeklęty.- Poinformował ich Black.- Z powrotem też już nie przejdziemy, nawet i wy.- Zwrócił się do dwójki braci.- Ten ogień pochłonie nas w ciągu trzech sekund.
-Pocieszające.- Skwitowała Sara.- Ciasno tu trochę.
Znajdowali się w ciemnym tunelu, obok nich płynął strumień krystalicznie czystej wody.
Ruszyli przed siebie, lecz za ich plecami rozbłysło białe światło.
-O nie...
To był Haavron. Nie miał zamiaru pozwolić im odejść.
-W tej formie posiada tylko część swojej mocy! Teraz albo nigdy!- Black oddał strzały z podręcznego pistoletu na plazmę, lecz świetlista postać zdołała zrobić serię uników.
-Cholera!- Sara poszła za jego przykładem, ale na nic się to nie zdało.
Rich i Davil skoncentrowali siły. Tradycyjne wybielenie oczu i włosów. ( w przypadku Richa, włosy bladozłote) Światło ich białej aury rozświetliło nieco scenerię. Obydwoje przystąpili do ataku.
Każdy zadany cios przez Haavrona, palił ich boleśnie, jakby ich skóry dotykał rozgrzany do białości, żelazny pręt.
Richard posłał w jego stronę słup ognia, lecz na nic to się nie zdało, przeciwnik był na to odporny, za to obok jego głowy mignęła kula światła, która ponownie uderzyła ich przeciwnika w twarz.
-Żryj to!- DaVil wypuścił serię takich samych prosto w Haavrona.- Ha!Ha!Ha!- Wpadł w dziki szał, na jego twarzy malował się wyraz maniakalnego zacięcia, słał setki kul w stronę chmary dymu, która się utworzyła. Zakończył wielką kulą energii, którą zebrał w rękach i rzucił energicznie. 
Haavron próbował zatrzymać ją rękami. Chwilę się z nią zmagał, DaVil jakby pchał ją przed siebie siłą woli, z wyciągniętymi dłońmi. Zacisnął zęby i skupił wszystkie siły jakie tylko w sobie miał, i....
-AAAaa!!!!
W końcu kula pochłonęła potwora, nastąpiła wielka eksplozja. Ściany się skruszyły, a po jednym z generałów Lucyfera, zwanym Haavronem, nie pozostało ani śladu.

DaVil stał, dysząc ciężko, ten wyczyn kosztował go wiele energii. Zastanowił się przez chwilę, co zrobi, gdy dojdzie do spotkania z Cthulhu. Jeśli na prawdę jest tak potężny jak głoszą legendy, to szaro widział całą tę sytuację.
-Dobra robota!- Pogratulował mu Black.
Rich był w szoku. Jakim cudem zdołał skoncentrować tyle energii na jeden atak? W tak krótkim czasie? I to w pierwszej formie? Chyba go nie doceniał, jego brat był silniejszy niż się spodziewał... Czyżby był... silniejszy od niego? Wiedział na pewno, że takiej kuli nie byłby nigdy w stanie uformować, sam nie wiedział czy to dobrze, czy źle, ale czy faktycznie był po ich stronie? Tego nie mógł być pewien...
-Coś cię trapi?- Spytała go Sara. Mimo niezbyt długiej znajomości, potrafiła odczytać z jego twarzy wszystko, na wylot. Tak bardzo to uzewnętrzniał. I to nieświadomie. Biedak.- pomyślała.
-Co? Nie... nic, to nic.- Odrzekł.
-Jak wolisz, z resztą i tak nie mamy teraz na to czasu.
Poszli więc dalej, wąskim tunelem...

W podwodnym królestwie, wielki Cthulhu (na prawdę był przeogromny) spoglądał w swoją czarę, obserwując poczynania naszych bohaterów w czasie rzeczywistym.
-Zostawcie mnie samego.
Jego słudzy w ciągu sekundy rozpłynęli się, znikając mu z widoku.
Przechadzał się po mieście, które jeszcze tysiąc lat temu tetniło życiem, przepychem i bogactwem. Dziś jest zaledwie wspomnieniem. Podwodną ruiną obrośniętą glonami, zatopioną, zapomnianą...
Ze środka potwora buchnął podmuch, który zniszczył mury miasta i obrócił je w pył.
-Odbuduję je na nowo.- Pomyślał.- Nie mogę już dłużej patrzeć na ten żałosny widok.
Oszczędził tylko czarę i tron, na którym zasiadł. Potwór, o brodzie z tysiąca macek już wiedział, że wygra. Okropny fetor, który wydzielał się z jego wielkiej paszczy, rozszedł się na cały świat... Zatruwając rzeki, zatruwając jeziora. Od tej chwili tylko źródła były czyste. Z chwilą wydostania się wody na powierzchnię, stawała się ona automatycznie skażona. Wszystkie owoce i warzywa stały się zwiędłe, zboża zgniły, przetrwała tylko roślinność zielona: trawy, drzewa, liście. Apokalipsa przybierała na sile, tego nie będzie w stanie zatrzymać już nikt...

Black szedł przodem, gdy niespodziewanie z sufitu zsunęły się metalowe pręty, uniemożliwiające im przejście. Jeden z nich wbił się prosto w jego stopę.
-Ałaaa!!! Kurwa!
Ból nie należał do zbyt lekkich, w dodatku stopa utknęła i nie mógł jej wyciągnąć, pręt wylądował prosto w śródstopiu.
-Ja pierniczę!- Powoli już nie mógł wytrzymać, szarpiąc ją wściekle. - Dosyć!- Zebrał wszystkie możliwe siły i pociągnął stopę do siebie. Udało mu się... ale zamiast niej, zostały mu jakieś żałosne strzępy.
Sara nieomal nie zwymiotowała. Black uklęknął nad krwawiącą raną, zdjął koszulkę i obwiązał stopę, tamując krwawienie.
-To było chore!- Zawołał DaVil.
-Trzymasz się?- Richard był pełen podziwu dla jego wyczynu.
-Bywało gorzej... (stęknął z bólu) Ale nie będe chyba w stanie dalej pójść, musicie mnie tu zostawić.
-Chyba jesteś chory, nie zostawiam cię tutaj!- Zaprostestował Richard.
-Rich...Musisz...- Podciągnął się- Musisz iść dalej, ja...(odsapnął) Ja będe tylko ciężarem, zobaczcie....- Wskazał na stopę- Nie...
Rich nie słuchał go dalej, wziął go pod ramię, DaVil zrobił to samo z drugiej strony.
-Nie, zostawcie...
-Idziemy!- Uciął Rich, topiąc kraty przed nimi, słupem ognia.
Szli tak we czwórkę z Blackiem, kuśtykającym na jednej nodze po środku. Sara szła z przodu. Tunel był dość długi.
-Oni już... - Skrzywił się- Uciekli, są w ruchu...
-Oszczędzaj siły- Poradził mu Richard.
-Musicie iść beze mnie, w życiu ich tak nie dogonicie...
Rich nie wytrzymał, stanął przed Blackiem i wymierzył mu siarczysty policzek z otwartej dłoni.
-Zamknij się! I zapamiętaj sobie raz, na zawsze! Oni mnie nie obchodzą, prędzej czy później ich zgarniemy! A ty! Ty znaczysz dla mnie o wiele więcej i nigdzie nie zostaniesz! Rozumiesz? Dotarło? I nie masz nic do gadania! Przejmuję dowodzenie!
Sara była zaskoczona jego stanowczością, nawet ją to trochę kręciło...
Black spuścił głowę, Richard przez chwilę pomyślał, że posunął się za daleko, ale Black podniósł głowę i tylko uśmiechnął się do niego, dalej podtrzymywany przez DaVila.
-Jestem z ciebie dumny.- Rzekł, z niegasnącym uśmiechem.- Dobry z ciebie człowiek... i prawdziwy przyjaciel...Idziemy dalej.
Rich wrócił do podtrzymywania go i ruszyli.
-Przepraszam za tego liścia, trochę przesadziłem...- Rzekł później.
-Nie masz za co, nawet dobrze mi zrobił, zachowałem się jak mała dziewczynka, to ja powinienem...-Skrzywił się z bólu. -... To ja powinienem przepraszać.- Odsapnął.
-Pocałujcie się.- DaVilowi już się niedobrze od tego robiło.
Sara się zaśmiała.