wtorek, 17 marca 2020

XXIV   
    Grupka satanistycznej szajki była ciągle w ruchu. Wiedzieli, że ta czwórka intruzów depcze im po piętach. Nie mogli sobie pozwolić na bycie schwytanym.
-Jakim cudem ominęli Brutusa i Oligarchiusza?
-Nie rozśmieszaj mnie.- Odparł starzec.- Nie doceniasz naszych przeciwników.
-To nieistotne, dlaczego idziemy? Nigdy nie przejdą koło Haavrona, nie mówiąc już o pokonaniu go.
-A co zrobisz, jeżeli jednak znajdą sposób? Trzeba dmuchać na zimne, ruszamy dalej.

Okropne gorąco szalało po całej jaskini, byli przyparci do muru. Dosłownie. Nie wiedzieli co zrobić. Bywali w trudnych sytuacjach, ale ta już była przegięcim. (Biedny Rich, jeśli wyjdziesz z tego cało, to nikt nie powiedział, że będzie łatwiej./ autor)
-Słuchajcie!- Black miał pomysł.- Siłą go nie pokonamy, jest tylko jeden sposób, aby przejść dalej.
-Słuchamy.
-Wiać!
Trochę nie tego się spodziewali.
-Wiać?- DaVil był oburzony.- Jak to? Mamy uciekać?
-Właśnie tak. Nie pokonamy go, na pewno nie teraz. Smoki nie tylko posiadają grubą skórę, ale też wielką moc magiczną, czego świadkiem byłes przed chwilą, w dodatku Lucek przeciągnął go na swoją stronę, co łączy się z dodatkowymi umiejętnościami danymi mu przez niego. Kto wie, czego ta bestia mogła sobie zażyczyć.
-Sufit?- zaproponował Rich.
-Sufit!
Nie mieli wyjścia. DaVil z niechęcią, razem z Blackiem i Richardem zdetonowali skałę nad nimi. Po czym skulili się (Richard okrył Sarę ciałem) przed spadającymi głazami. Nad nimi ich oczom ukazało się kolejne pomieszczenie.
-W górę!
Gdy wlecieli, było ciemno jak w dupie. (co stwierdziła Sara, zaraz po wylądowaniu.) Ogień dalej szalał na dole nie gasnąc, choć smok nie zionął nim już więcej. Richard zastanawiał się, czy smok odnotował ich zniknięcie. W odpowiedzi, przez dziurę za nimi, wpadł słup ognia.
-Aaah!- Richardowi zajął się rękaw kurtki.
-Zdejmij to!- Nakazał Black.- Jeśli ogień dotkie skóry, już po tobie!
Rich pospiesznie zdjął okrycie z siebie. 
-Ogień już nie zgaśnie, nic nie jest w stanie go ugasić. Jest przeklęty.- Poinformował ich Black.- Z powrotem też już nie przejdziemy, nawet i wy.- Zwrócił się do dwójki braci.- Ten ogień pochłonie nas w ciągu trzech sekund.
-Pocieszające.- Skwitowała Sara.- Ciasno tu trochę.
Znajdowali się w ciemnym tunelu, obok nich płynął strumień krystalicznie czystej wody.
Ruszyli przed siebie, lecz za ich plecami rozbłysło białe światło.
-O nie...
To był Haavron. Nie miał zamiaru pozwolić im odejść.
-W tej formie posiada tylko część swojej mocy! Teraz albo nigdy!- Black oddał strzały z podręcznego pistoletu na plazmę, lecz świetlista postać zdołała zrobić serię uników.
-Cholera!- Sara poszła za jego przykładem, ale na nic się to nie zdało.
Rich i Davil skoncentrowali siły. Tradycyjne wybielenie oczu i włosów. ( w przypadku Richa, włosy bladozłote) Światło ich białej aury rozświetliło nieco scenerię. Obydwoje przystąpili do ataku.
Każdy zadany cios przez Haavrona, palił ich boleśnie, jakby ich skóry dotykał rozgrzany do białości, żelazny pręt.
Richard posłał w jego stronę słup ognia, lecz na nic to się nie zdało, przeciwnik był na to odporny, za to obok jego głowy mignęła kula światła, która ponownie uderzyła ich przeciwnika w twarz.
-Żryj to!- DaVil wypuścił serię takich samych prosto w Haavrona.- Ha!Ha!Ha!- Wpadł w dziki szał, na jego twarzy malował się wyraz maniakalnego zacięcia, słał setki kul w stronę chmary dymu, która się utworzyła. Zakończył wielką kulą energii, którą zebrał w rękach i rzucił energicznie. 
Haavron próbował zatrzymać ją rękami. Chwilę się z nią zmagał, DaVil jakby pchał ją przed siebie siłą woli, z wyciągniętymi dłońmi. Zacisnął zęby i skupił wszystkie siły jakie tylko w sobie miał, i....
-AAAaa!!!!
W końcu kula pochłonęła potwora, nastąpiła wielka eksplozja. Ściany się skruszyły, a po jednym z generałów Lucyfera, zwanym Haavronem, nie pozostało ani śladu.

DaVil stał, dysząc ciężko, ten wyczyn kosztował go wiele energii. Zastanowił się przez chwilę, co zrobi, gdy dojdzie do spotkania z Cthulhu. Jeśli na prawdę jest tak potężny jak głoszą legendy, to szaro widział całą tę sytuację.
-Dobra robota!- Pogratulował mu Black.
Rich był w szoku. Jakim cudem zdołał skoncentrować tyle energii na jeden atak? W tak krótkim czasie? I to w pierwszej formie? Chyba go nie doceniał, jego brat był silniejszy niż się spodziewał... Czyżby był... silniejszy od niego? Wiedział na pewno, że takiej kuli nie byłby nigdy w stanie uformować, sam nie wiedział czy to dobrze, czy źle, ale czy faktycznie był po ich stronie? Tego nie mógł być pewien...
-Coś cię trapi?- Spytała go Sara. Mimo niezbyt długiej znajomości, potrafiła odczytać z jego twarzy wszystko, na wylot. Tak bardzo to uzewnętrzniał. I to nieświadomie. Biedak.- pomyślała.
-Co? Nie... nic, to nic.- Odrzekł.
-Jak wolisz, z resztą i tak nie mamy teraz na to czasu.
Poszli więc dalej, wąskim tunelem...

W podwodnym królestwie, wielki Cthulhu (na prawdę był przeogromny) spoglądał w swoją czarę, obserwując poczynania naszych bohaterów w czasie rzeczywistym.
-Zostawcie mnie samego.
Jego słudzy w ciągu sekundy rozpłynęli się, znikając mu z widoku.
Przechadzał się po mieście, które jeszcze tysiąc lat temu tetniło życiem, przepychem i bogactwem. Dziś jest zaledwie wspomnieniem. Podwodną ruiną obrośniętą glonami, zatopioną, zapomnianą...
Ze środka potwora buchnął podmuch, który zniszczył mury miasta i obrócił je w pył.
-Odbuduję je na nowo.- Pomyślał.- Nie mogę już dłużej patrzeć na ten żałosny widok.
Oszczędził tylko czarę i tron, na którym zasiadł. Potwór, o brodzie z tysiąca macek już wiedział, że wygra. Okropny fetor, który wydzielał się z jego wielkiej paszczy, rozszedł się na cały świat... Zatruwając rzeki, zatruwając jeziora. Od tej chwili tylko źródła były czyste. Z chwilą wydostania się wody na powierzchnię, stawała się ona automatycznie skażona. Wszystkie owoce i warzywa stały się zwiędłe, zboża zgniły, przetrwała tylko roślinność zielona: trawy, drzewa, liście. Apokalipsa przybierała na sile, tego nie będzie w stanie zatrzymać już nikt...

Black szedł przodem, gdy niespodziewanie z sufitu zsunęły się metalowe pręty, uniemożliwiające im przejście. Jeden z nich wbił się prosto w jego stopę.
-Ałaaa!!! Kurwa!
Ból nie należał do zbyt lekkich, w dodatku stopa utknęła i nie mógł jej wyciągnąć, pręt wylądował prosto w śródstopiu.
-Ja pierniczę!- Powoli już nie mógł wytrzymać, szarpiąc ją wściekle. - Dosyć!- Zebrał wszystkie możliwe siły i pociągnął stopę do siebie. Udało mu się... ale zamiast niej, zostały mu jakieś żałosne strzępy.
Sara nieomal nie zwymiotowała. Black uklęknął nad krwawiącą raną, zdjął koszulkę i obwiązał stopę, tamując krwawienie.
-To było chore!- Zawołał DaVil.
-Trzymasz się?- Richard był pełen podziwu dla jego wyczynu.
-Bywało gorzej... (stęknął z bólu) Ale nie będe chyba w stanie dalej pójść, musicie mnie tu zostawić.
-Chyba jesteś chory, nie zostawiam cię tutaj!- Zaprostestował Richard.
-Rich...Musisz...- Podciągnął się- Musisz iść dalej, ja...(odsapnął) Ja będe tylko ciężarem, zobaczcie....- Wskazał na stopę- Nie...
Rich nie słuchał go dalej, wziął go pod ramię, DaVil zrobił to samo z drugiej strony.
-Nie, zostawcie...
-Idziemy!- Uciął Rich, topiąc kraty przed nimi, słupem ognia.
Szli tak we czwórkę z Blackiem, kuśtykającym na jednej nodze po środku. Sara szła z przodu. Tunel był dość długi.
-Oni już... - Skrzywił się- Uciekli, są w ruchu...
-Oszczędzaj siły- Poradził mu Richard.
-Musicie iść beze mnie, w życiu ich tak nie dogonicie...
Rich nie wytrzymał, stanął przed Blackiem i wymierzył mu siarczysty policzek z otwartej dłoni.
-Zamknij się! I zapamiętaj sobie raz, na zawsze! Oni mnie nie obchodzą, prędzej czy później ich zgarniemy! A ty! Ty znaczysz dla mnie o wiele więcej i nigdzie nie zostaniesz! Rozumiesz? Dotarło? I nie masz nic do gadania! Przejmuję dowodzenie!
Sara była zaskoczona jego stanowczością, nawet ją to trochę kręciło...
Black spuścił głowę, Richard przez chwilę pomyślał, że posunął się za daleko, ale Black podniósł głowę i tylko uśmiechnął się do niego, dalej podtrzymywany przez DaVila.
-Jestem z ciebie dumny.- Rzekł, z niegasnącym uśmiechem.- Dobry z ciebie człowiek... i prawdziwy przyjaciel...Idziemy dalej.
Rich wrócił do podtrzymywania go i ruszyli.
-Przepraszam za tego liścia, trochę przesadziłem...- Rzekł później.
-Nie masz za co, nawet dobrze mi zrobił, zachowałem się jak mała dziewczynka, to ja powinienem...-Skrzywił się z bólu. -... To ja powinienem przepraszać.- Odsapnął.
-Pocałujcie się.- DaVilowi już się niedobrze od tego robiło.
Sara się zaśmiała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz