środa, 18 marca 2020

XXV
    W końcu wyszli z długiego, ciasnego tunelu. Rzeka skręciła w bok. Znaleźli się w pomieszczeniu wyłożonym białymi i czarnymi kafelkami, na ścianach były one naprzemiennie ułożone, plus lustra. Jedne większe, inne mniejsze. Wszystko ułożone było we wzór spirali, która ciągnęła się do końca tajemniczego pomieszczenia. Jego klimat był pusty, owiany tajemnicą, dziwny... Coś wisiało w powietrzu i było to mocno odczuwalne. Na jego końcu znajdowały się spiralne schody, prowadzące w górę, zaś na ścianie za nimi ułożona była mozaika czarnej gwiazdy Dawida ze schodzącej się spirali czarnych kafelek.
DaVil podszedł do jednej z płytek i przestawił ją na miejsca z najbliższym lustrem. Gwiazda zmieniła swe położenie, przesuwając się o centymetr w bok. Uczynił podobnie z następną, gwiazda obróciła się w miejscu o kilka stopni...
-Tak myślałem, to zagadka.- Stwierdził.
-Zagadka?!- Rich i Sara spytali jednocześnie.
-Macie szczęście, że wychowywałem się u nich, inaczej bylibyście w czarnej dupie, haha...- Uśmiechnął się do nich triumfalnie.
DaVil zaczął biegać od ściany do ściany, przesuwając lustra i kafelki wskutek czego gwiazda zdeformowała się w jakiś dziwny obraz, który przesunął się na sufit. Gdy skończył, ich oczom ukazał się wielki, czarny smok ziejący ogniem. Wessał on pozostałe czarne kafelki w siebie, powiększając się, w efekcie zajmując połowę sufitu.
Richardowi szczęka opadła ze zdumienia. Black stał obok niego z kamienną twarzą, obserwując zjawisko. Usłyszeli ciche szczęknięcie nad schodami. Sara nie zwlekając wbiegła na nie szybko.
-Poczekaj!- Krzyknął Rich za nią.
Weszli na schody do góry. Gdy w końcu się tam doczłapali, zobaczyli otwartą klapę. Weszli przez nią, transportując Blacka na zewnątrz.
To co zobaczyli, odebrało im dech.
Dosłownie.
Znaleźli się w tym samym miejscu, przez które weszli. Dokładnie ta sama klapa, to samo wypalone pustkowie niedawno jeszcze będące gęstym lasem.
-Co jest?!- Krzyknął DaVil.
-Nie!- Black aż stanął na własne nogi, wyrywając się spod ich rąk. Nie mógł w to uwierzyć.
Sara padła na kolana, chciało jej się beczeć, po prostu beczeć jak małe dziecko. Tyle trudu na nic...
Richard kręcił się w kółko, jak opętany.
-To niemożliwe! Nie może być!- Zaglądnął jeszcze raz do środka. Schody zostały, pomieszczenie też, smok na swoim miejscu... wszystko git! Nie rozumiał tego... Co się dzieje do cholery?- Przecież tyle szliśmy...- Wymamrotał.- Na dole wszystko w porządku!- Poinformował towarzyszy.- Jakieś pomysły? DaVe?
DaVil podszedł do klapy i rozejrzał się badawczo. Spojrzał w górę, drapiąc się po brodzie. W końcu rzekł:
-Z tego co pamiętam, droga nie skręciła ani razu... Cały czas prosto, jak w pysk strzelił. Hmmm...
-Może to była jakaś iluzja?- Spytał Black.
-Iluzja...Iluzja... W tym też są bardzo dobrzy...
Nagle zerwał się z miejsca i zrobił pare długich kroków. Wszyscy obserwowali go z uwagą.
-No tak!- Odbił się od ziemi i poszybował w górę. Wzleciał na jakieś sto metrów, złapał za klamkę i otworzył kolejną klapę. Wsadził głowę, rozejrzał się i wrócił do grupy.
-Tak jak myślałem, jesteśmy dalej pod ziemią.- Oświadczył.
-???- Ich wytrzeszczone oczy prawie wyszły z orbit.
-Może trochę jaśniej. - Kontynuował - To pomieszczenie, w którym teraz się znajdujemy, nawet nie istnieje.
-Nie istnieje??!- Spytała zdumiona Sara.
-W tej rzeczywistości, którą znacie na codzień. To znaczy... te pomieszczenie ma około... nie... Jest rozmiarów, powiedzmy, bo rozmiarów nie ma w tym pojęciu i znaczeniu jakie znacie...
-Do rzeczy!- Przynaglił go Richard.
-Znajdujemy się w pudełku, mniej wiecej 1x1 cm.
Black był poruszony, czegoś takiego jeszcze nie słyszał. Z resztą, jak pozostali.
-Możesz powtórzyć?- Nalegała skonsternowana Sara.
-Jesteśmy teraz mniej więcej rozmiarów pchły. To pomieszczenie znajduje się w innej rzeczywistości, nie powinno nas tutaj być dłużej niż godzinę, inaczej przestaniemy istnieć, a wierzcie mi...to gorsze niż śmierć.
-Gdyby nie ty, zapewne tak by się stało.
Richard poderwał Sarę do góry i ruszył w stronę klapy. DaVil wziął Blacka pod ramię i poleciał za nim. Black nie wyglądał za dobrze, rana była dosyć rozległa, stracił dużo krwi, która sączyła się przez zawiniętą koszulkę.
Gdy wylądowali, DaVil zdjął swoją i zmienił mu "opatrunek", ściskając mocno.
-Wszystko będzie w porządku, wyjdziesz z tego.- Pocieszył go. 
Sam nie wierzył w to, że takie rzeczy wychodzą z jego ust. A jeszcze niedawno polował na małe dziewice, by dostarczyć je na rytualną ofiarę. Bóg mu tego nie wybaczy, czuł to. Dlaczego w ogóle o tym myśli? Gdzie się podziała jego okrutność i bezwzględność? "Boże, co się ze mną dzieje. Do cholery, robię się miękki"- Pomyślał. 
Wstał, aby się rozejrzeć po scenerii nowego otoczenia, jego oczom ukazał się widok kolejnej groty. Po lewej stronie stał wielki słup z metalowej kraty, a w nim ciągnący się z góry do dołu pomarańczowo- czerwony płomień. Padający blask wypełniał dokładnie połowę pomieszczenia. Po prawej zaś stronie stał identyczny, tyle że jego wypełniał płomień biało-niebieski, który wychodził z dołu do góry, światło jego padało na drugą część jaskini.
Wszystko to dawało niesamowity efekt.
-A więc to jest to legendarne miejsce... Nie sądziłem że istnieje na prawdę...- Powiedział z przejęciem DaVil.
-Kiedyś też o tym słyszałem...- Wtrącił Black.- Brawo chłopcze, doprowadziłeś nas tu.
Richard nie miał pojęcia o czym oni mówią. Nawet Sara wyglądała jakby wiedziała gdzie się znajdują.
-Gdzie...- Zaczął.
-Kiedyś Black mi opowiadał o tym miejscu, to mistyczne, święte miejsce ważenia dusz... To jakby... Magazyn złych i dobrych uczynków.- Wyjaśniła mu.- Widzisz ten czerwony słup? To są grzechy, a raczej ich energia, którą karmi się szatan i jego upadłe anioły. Energia, która napędza piekło. Widzisz prawą kolumnę? To suma uczynków dobrych, które napędzają całe niebo, to coś w rodzaju paliwa, rozumiesz?
-Ta czerwona nazywa się Peccatum, ten niebieski to Lusz, napój bogów.- Wtrącił Black.
Richard nie miał pojęcia, że takie coś może w ogóle istnieć... No bo jak pojąć to, że energia naszych grzechów może mieć materialną formę? Nie może! A jednak...
-A jak to się nazyw...- Przerwał, bo nagle przed nimi wyrośli oni... Grupka ciemnych kapłanów, w tym ich przywódca. Pozostało ich już tylko sześciu.
-Coś się pokruszyło?- Zadrwił Black.
Lecz kapłan zwrócił się do DaVila:
-Doprowadziłeś ich aż tu... Niedobrze synu... Zdradziłeś nas...
-Musiałem!
-Skąd nagle w tobie taki aniołek się przebudził?- Spytał go.
-Zaślepiliście mnie!
-To był tylko twój wybór. Jeszcze możesz odkupić ten karygodny błąd. Przyłącz się do nas, to już koniec mój drogi, Cthulhu wygrał. Los Ziemi jest przesądzony, my mamy klucz. I tylko my.
-Kłamiesz!- Wystawił płonącą dłoń przed siebie.- Rozkazuję wam cofnąć umarłych do grobów! Tam gdzie jest ich miejsce spokoju!- Krzyknął.
-Mój drogi...- Zaczął kapłan, rozkładając ramiona.- My nie przyjmujemy rozkazów od nikogo...
W jego dłoniach znalazły się dwie czerwone kule, którymi cisnął prosto w DaVila, były tak szybkie, że ledwo zdążył się zasłonić.
-A więc to tak? Te wszystkie lata masz sobie za nic?- Spytał go, choć wiedział, że te pomioty nie posiadają już ani serca, ani duszy.
W odpowiedzi posłał kolejny pocisk. Tego DaVil zdołał uniknąć.
-Nie zmuszaj mnie, abym zrobił coś, czego zrobić nie chcę!- Krzyknął do starucha.
-Brać go!- Nakazał grupce satanistów, którzy natychmiast zerwali się, aby go zaatakować.
DaVil wyciągnął obie dłonie przed siebie, które zapłonęły.
-Nie zapominaj, że nie możesz ich zabić!- Zawołał Black.
-Nie interesuje mnie to, zasłużyli na śmierć! A zombiakami zajmę się sam!
Lecz jednak ręce opuścił i przystąpił do ataku wręcz. Grupka magików nie miała szans we frontalnym starciu.
Pierwszego z nich załatwił jednym łokciem w szczęke, zgrabnie przeszedł do drugiego w locie, zadając mu cios kolanem w brzuch, a następny łokciem prosto w kark. Obaj padli nieprzytomni. Pozostała trójka zawachała się. Stanęli w miejscu obracając się na swojego szefa z pytającymi minami.
-Na co czekacie? Zlikwidować mi go!
-Nie słuchajcie go!- DaVil starał się im przemówić do rozsądku.- Macie przecież wybór! U jego boku nie czeka was nic więcej, jak tylko zagłada i wieczne cierpienie!
Black go nie poznawał. Od kiedy DaVil mówi takie rzeczy? Brzmi zupełnie jak nie on... Jakby.... coś w niego wstąpiło.
Jeden z pozostałej trójki rzucił się na DaVila z rękami.
-Głupiec!
Wtem, z jego zaciśniętej pięści wyleciały dwa shurikeny, świstając powietrze.
DaVil odbił je od niechcenia, jednym machnięciem ręki, co prawda skaleczyły go, ale to nic.
-Na prawdę myślałeś, że tak żałosna próba będzie w stanie coś...- Urwał nagle, bo zakręciło mu się w głowie. W końcu stracił świadomość i padł jak długi na glebę.
-Jeden z głowy! Brawo!- Kapłan zaśmiał się.
-DaVe!- Rich podbiegł do niego.- Wstawaj! Cholera...- Zacisnął zęby, dłoń złożył w pięść. Źrenice zaczęły znikać, włosy stawały się bladozłote...
Wtem, śmignęło niebieskie światło plazmy, napastnik, który zaatakował ich przyjaciela spojrzał na swój brzuch, w którego miejscu znajdowała się teraz wielka, wypalona na wylot dziura. Podniósł tępo wzrok przed siebie, następnie padł martwy na ziemię. 
To była Sara.
Lufa karabinu jeszcze lekko dymiła, podniosła go do ust i teatralnie zdmuchnęła unoszcy się z niej dymek. Widok niczym z taniego westernu. (aczkolwiek, bardzo fajny. Sara to napradę niezłe ziółko./ autor)
-Za dużo filmów.- Westchnął Black.
-Oh, zamknij się.- I pacnęła go lufą w głowę.
-Pozostała ich tylko trójka i jeden martwy, gratulacje Saro, przecież mówiłem coś.- Warknął.
-DaVil żyje!- Zawołał Rich.- Wyczuwam puls!
-Kim on jest?- Zdumiał się Black.- Na pewno były silnie zatrut....
Nie zdążył dokończyć, gdy DaVil się poruszył, następnie oparł na rękach, podniósł głowę i próbował wstać. "Kurna... już drugi raz dzisiaj leżę na deskach..."- Pomyślał.
-Khyy!!- Black nie mógł w to uwierzyć, znał substancje jakich używają do mieszania trucizn, żaden człowiek nie byłby w stanie tego przeżyć! No, ale on nie jest zwykłym człowiekiem, to fakt... Aczkolwiek bez przesady, wstał jak gdyby nigdy nic? Kim on do cholery jest? 
Zdawało mu się, że go znał, teraz uznał że chyba się jednak mylił. Jego potencjał był niezmierzony...
-Dobrze mieć ciebie z powrotem, bracie.- Rzekł Richard ciepło do niego i podniósł go z kolan, stając z nim ramię w ramię.
-Jesteście skończeni! Xalafaks, poddaj się!- Krzyknął DaVil.

Mina czarnego kapłana nie była już tak zawadiacka jak przed chwilą. Twarz mu zrzedła, jakby odpłynęła z niej cała krew. Tego było dla niego już za wiele, nie miał wyjścia i padł zrezygnowany na kolana.
-Zrobię co chcecie...-Powiedział, wbijając wzrok w ziemię.
-Dobry wybór dziadku!- Black podkuśtykał do niego, patrząc nań z góry.- Masz cofnąć wszystkie umarłe stworzenia z powrotem do grobów, tam gdzie należą ich miejsca spoczynku. Wszystkie. Co do jednego. Tak ludzi, jak i zwierzeta! Teraz!
Kapłan spojrzał na niego z pogardą, jakby chciał mu wydłubać oczy. Wstał i ...
Nagle, z nikąd zjawiła się wielka, kamienna czara, z której buchał zielono-czarny płomień.
-Potrzebuję sześciu osób, aby stanęli naokoło.- Rzekł.
-Wspaniale!- Black, Sara, Rich I DaVil podeszli do czary, tak samo dwóch pozostałych satanistów.
-Mężczyzn...-Syknał do Sary.
Ta posłała mu mordercze spojrzenie i odeszła.
Xalafaks zaczął wsypywać jakieś nieznane im proszki, gałązki i rośliny do ognia,który zaczął zmieniać co chwilę kolory, przewinęła się cała ich paleta, a nawet takie, których jeszcze nigdy nie mieli okazji zobaczyć. Kapłan wykrzyczał pare niezrozumiałych zdań, (chyba po łacińsku) Black nie był pewien, mogło to być połączenie łaciny z sumeryjskim, nie miał pojęcia.
Z każdej  stojącej wokoło osoby, wystrzeliło do góry światło, każde o innym kolorze. W środku koła rozszalały się zielone błyskawice, zmieniając kolor na czerwony, a następnie przechodząc  barwę niebieską. 
Wszystko w jednej chwili zniknęło, nastała cisza, gdy nagle wnętrze czary poszybowało szybko w górę i wszystko natychmiast ucichło...
Rytuał się dokonał, wszystkie chodzące i pełzające trupy padły bezwładnie na glebę... Ci, którzy zostali zarażeni powrócili do siebie... no, prawie. Niezłą niespodziankę mieli ci, którzy obudzili się bez ręki, czy bez nogi... Niektórzy z nich się wykrawili kiedy krążenie powróciło, inni się odratowali. Każdy miał jakieś rany. Cóż, wojna jest okrutna, ale to co się ma wydarzyć będzie jeszcze gorsze od wojny...

Nasi bohaterowie nie byli jeszcze świadomi tego, że umarli którzy powstali, to był zaledwie początek....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz