piątek, 11 września 2020

Czas psychozy rozdzial 4 -Trip report


A w innej części domu mieszkał z pewną babcia, pewien gościu.
Mijaliśmy się czesto  w ganku przed wejsciem do budynku, ale nigdy sie do mnie nie odezwał.

Ani słowem.
Przez te wszystkie lata.

Dziwny gościu.  Przez te wszystkie lata ona sie na niego darła i wyzywała pijana, on siedział i tego słuchał.
Dopóki się nie wyprowadził,  to trwało zbyt długo.

Wcześnie uczono mnie, że narkotyków nie można brać.

Więc oczywiście musiałem tego spróbować .
Jak najszybciej.

Słyszałem że leki też kopią.
Chyba widzialem je w domu.
Leki na gardlo?

Hmm slodkie.
Ale dobre.
Może to ich tak uzależnia?

Hmm nie, to chyba jednak nie to...

Uzależniają przeżycia po nich.

Pamiętam jak po dexie mój pokój jak i ciało wsuneło się w inny wymiar aż stanąłem na stole pośród grupki osób grających w karty.

Dziwny klimat, jakbym się do 80 lat cofnął przypadkiem.

No i stoje na tym stole.
Wszyscy na mnie patrzą. 
Jeden gościu co palił szluga zastygł, jakby miał porażenie mózgowe i tylko patrzał na mnie tępym wzrozkiem tak bardzo,  że aż szlug mu z buzi wypadł na blat stołu.

Pierwsza chęć wypowiedzenia słowa i co?
Uyyyyyyttttt.r...........!
Szybki powrót w obecny pokój.

Pokój?

Ja sie po nim przesuwam.
Sunę po podłodze,  ale jazda!
Jak to w ogóle jest możliwole??

Teraz Dex przesuwa mnie w górny kąt pokoju.
Powolutku i powoli.

Właściwie ściany juz nie ma. Ją zastapiło niczym wejscie do Narnii, piękne widowisko najładniejszych drzew jakie w życiu widziałem  i tak plynę, patrzac w nie przesuwam sie jakbym latał obok nich, he...

Mam jakby drugie powieki, ktore otwieram bądź zamykam pod zamknietymi oczami.
To zmienia to co widzę i gdzie jestem.

Pod zamkniętymi powiekami widzę normalnie mój pokój.
Słyszałem że takie fazy są  przy otwartym 3cim oku.
Super ale jazda!

Tylko żeby Mama nie wpadła...
Bo znowu będzie karetka i plukanie żołądka...
Ehhh..

Nie tym razem.
Nie rozumiem sensu.
Przecież wiem co robię.
Tyle że inni nie wiedzą,  że wiem.
To czasem przeszkoda, a i zaletą też niebywałą sie przydaje.

I tak serfując moim łóżkiem po galaktycznej przestrzeni, chilillowałem w Niiiebiańskich klimatach do końca....

 

sobota, 25 lipca 2020

Statek miłości, rozdzial 17, wyższy plan

Rozdział 17
Wyższy plan

-Musimy iść dalej....
Wstawaj Hedys...

szturchnął go.

-O kur...
A tak mi się fajnie latało..

Podniósł się.

-Dlaczego podczas snu latanie wydaje sie najnormalniejszą rzeczą pod słońcem, a tu być tak nie może?

Nagle, jego wywody przerwała strzała, która świsnęła tuż obok ucha, wbijając się w pień drzewa.
Obaj stanęli jak wryci wybałuszając oczy to na siebie, to na śmiercionośne narzędzie.

-Nie strzelać! -krzyknął Bunk. - Przybywamy w pokojowych zamiarach! Jestem przyjacielem waszej przywódczyni!

Bunk od razu wiedział z kim ma do czynienia...

-Shre Pa! Muszę z nią rozmawiać! To sprawa najwyższej wagi!

Kolejny grot strzały wbił się zaraz pod jego kroczem.
Spojrzał to na dół, to na kompana i znów zakrzyknął:

-No do kurwy nędzy, przestańcie! Ostrzegam was! Shre Pa to moja dobra przyjaciółka! Jeżeli jednemu z nas choćby włos spadnie z głowy i się o tym dowie...

-Dobra przyjaciółka powiadasz?
Nagle, zza zarośli wyłoniła sie ciemnej karnacji brunetka, o mocnych rysach twarzy i rażąco jasnozielonych oczach. Na prawym nadgarstku nosiła złotą bransoletę, podobnie jak jej towarzyszki.
Ciągle celowała z łuku w ich stronę.

-Shre Pa...
Bunk nie spodziewał się że odnajdą ją tak szybko.
-Eee... Kopę lat?

Wystrzeliła kolejną strzałę zaraz obok jego stopy.

-Jesteś pewien, że jest po naszej stronie? -szepnął mu na ucho Hedys.- Nie wygląda na to, żeby darzyła cię sympatią?

-Mówiłem ci że jest nieco... dziwna. To skomplikowane, zamknij się i daj mi się zająć gadką.

-Dziwna? Ja?

(O nie, usłyszała to...) -pomyślał Bunk.

-Daj mi jeden powód, aby następna strzała nie przebiła twego serca, hm? Masz czelność tu przyłazić, po tym wszystkim co sie stało łajzo? Co?!

-Dam ci 3 słowa Shre Pa. 3 słowa, które sprawią że opuścisz to gówno na dół. Ale najpierw sie uspokój. Spokój, ok? Gotowa?

Hedys zastanawiał się o czym ona mówi, co on jej takiego zrobił?

Amazonka celowała dalej bez wzruszenia.

-Megog....został... porwany...

Coś w jej oczach drgnęło. Faktycznie, powoli opuściła łuk na dół.
-Słucham dalej?

- To te kurwy z Otchłani... Oni go znaleźli Shre Pa i Bóg jedyny raczy wiedzieć w jakie zakamarki Podziemi go zabrali i co mu teraz robią...

-Może to samo, co ty zrobiłeś jej, hm?- znów podniosła broń w jego kierunku.

-Dobrze wiesz, że musiałem tak postąpić. Staliśmy przed wielkim monstrum, bez tej akcji nie byłoby szans na pokonanie go! Zginęli by i ona i on i ja. Wszyscy na darmo!

-Oh, jakoś dziwnie się złożyło, że akurat TY wyszedłeś z tego cało, hm? Ty parszywy gnoju...- Naciągnela cięciwe i przysunęła oko do strzały...

-Poczekaj! Nie miałem wyboru! Tylko śmierć bliskiej osoby mogła uwolnić jego ukryty potencjał! Ja się o swoje życie nie prosiłem! To ONI chcieli mnie całego! Myślałem, że dzięki temu go pokona i jak widać, potwora nie ma już długi czas!

-To nie on go zabił matole! To był Boski Żołnierz, musiał interweniować, twój plan spalił na panewce, bo obaj i tak nie żyją, a ty wyszedłeś na zdrajce i mordercę!

-Byłem gotów przyjąć te konsekwencje dla dobra sprawy! Zrobiłem to w dobrej wierze! W tej sytuacji moje imię nic nie znaczyło, trzeba było zrobić wszystko żeby sie go pozbyć, WSZYSTKO, rozumiesz? Jeżeli ty nie, ON na pewno weźmie to pod uwagę, nie myśli jak my... Nie zdziwiłbym się gdyby to był JEGO... Wyższy zamysł.

-NIEGO w to nie mieszaj, jeszcze uznasz że sam układasz lepsze plany ćwoku!

Hedys nie miał pojęcia o co mogli się kłócić, ale wersja Bunka brzmiała nawet sensownie...

-Sensownie?! To nawet nie jest prawdziwe jego imię!- Odkrzyknęła Shre Pa.

- Zaraz... powiedziałem to na głos? O czym wy mówicie?

-O PRZEDWIECZNYM CTHULHU!- krzykneli obaj na raz.

-Ok... chyba odwiedzam ten wymiar zbyt rzadko... Co mnie ominęło?

-Czysty rozpierdol, apokalipsa.... Przeczytaj poprzednia książkę Cthulu, powrót przedwiecznego i nie zadawaj tylu pytań.... To co, Shre Pa... juz wiesz. Znasz szerszy kąt. Wiesz cz3mu musialem zrobić tak a nie inaczej, więc może teraz przejdziemy do...

-Nic nie musiałeś i nigdzie nie idziemy!- Złość na jej twarzy była bardzo mocno odmalowana dalej, choć jakby już słabiej, znając przyczyny i skutki...

Nagle, to do niej dotarło... Cały ten czas spędzony na planach zemsty, cała ta emocjonalna rozpacz... Zarzekanie się bogom, że pomści śmierć siostry... Wszystko sypało się jak domek z kart... po wypowiedzeniu paru magicznych, logicznych zdań które wyplynęły z jego ust, niczym czarodziejskie zaklęcie co zmieniło całą rzeczywistość.
A więc to tak...

On ma racje... i to było najgorsze, a ja, ja byłam tak zaślepiona nienawiścią, że nie potrafiłam tego zauważyć, tego całego...wyższego....planu....
Shre Pa!
I zemdlała...

niedziela, 10 maja 2020

Czas psychozy-rozdział 3 Mumia

Czas psychozy-rozdział 3 Mumia

Ponoć potrafimy z grubsza spostrzec 5 % rzeczywistości, pozostałość zostaje nieodkryta, bynajmniej, ale przez większość.

Nigdy nie będziesz w stanie zrozumieć jak to wygląda, dopóki tego nie doświadczysz.
Eee.. są sposoby aby to zrobić i zajrzeć za kurtynę rzeczywistości, lecz najlepiej robić to naturalnie, bądź w ogóle bez żadnych środków i będzie najefektywniej. Tak.

No więc... Czy zdarzyło się widzieć w twoim życiu jak niepostrzegalne staje się spostrzegalne, a wymiary nakładają się na siebie?
Cóż...
Nie mogę bagatelizować tego, że ja tak. Widziałem istoty i wymiary nie z tego świata... Czasem materializowały mi się przed oczami, czasem spotykałem ich poza ciałem.

I tak, tak... możemy mówić: "to tylko zwidy po dragach", lecz czym są owe wizje? Czy ktoś to kiedyś zbadał?

Może przyjmując określoną substancję, przestawiamy pracę fal naszego mózgu na inne częstotliwości? Tym samym przenosimy naszą świadomość na inne płaszczyzny, jednak ciałem fizycznym pozostając w tej samej pozycji.

Podobnie jak podczas gdy śpimy, nasz mózg skacze pomiędzy różnymi fazami, pracując na innych falach i jak się okazuje uwalniając psychedeliczne DMT, daje nam "trip" snu.
Myślę że podczas medytacji również mózg wskakuje na inne obroty.

To tyle na sucho, przeżycia są o wiele ciekawsze.
Czy ja śnię? Nie. A jednak.
Nade mną unosi się falującym ruchem płaszczka zbudowana ze złocisto-świetlistego kurzu.
Skąd przybyłaś, o nieznana? Z jakiego wymiaru istot?
Gdy wyciągnąłem rękę by tego dotknąć, rozpłynęło się w powietrzu.

Zamknąłem oczy.
Otworzyłem oczy.
Inne.
Unosilem się na podwórku za jakimś domem.
Podpłynę bliżej...
Kto to jest?
To mumia, owinięta cała szczelnie we fioletowe bandaże, siedzi, gestykulując coś żywo obandażowanymi dłońmi, kiwając przy tym głową.
Chyba wydaje się jej że coś mówi, ale prawda jest inna...

sobota, 9 maja 2020

Czas psychozy-rozdział 2-Czas

Czas psychozy-rozdział 2-Czas

Potrzebuje dobrej muzyki, jestem w dobrej czasoprzestrzeni. Carbony? Może być.
Nie ma to jak iść na przystanek nabuzowanym w pełni serotoniną, która aż wylewa się ścieżkami neuronowymi niczym ludzie z autobusu na który zaraz się spóźnię.

Ale to nie szkodzi.
Mimo że zaraz wypluję płuca w tym szaleńczym biegu, wiedziałem że zdążę.
Chociaż gdyby kierowca nie poczekał, pewnie nie miałbym na tyle szczęścia.
Dzięki.

Za to lubię dexa. Daje mi szczęście. I to na tyle go dużo, że nawet światło na każdym przejściu mam zielone. Niczym Felix felicis.

Fale elektromagnetyczne na których działa mój mózg są przełączone, woow cóż to za częstotliwość? Odbieram rzeczywistość zupełnie inaczej.

Gadający ludzie.Ktoś podobnie jak ja słucha muzyki. Jeszcze inny żuje gume. Śmiechy, tupoty, popychania, szturchoty. Droga do szkoły. Dzisiaj jadę sam pośród tłumu i dobrze... nie mam dziś głowy na dialogi. Tylko monologi wewnętrzne w głowie mojej... Potrzebuję wyciszenia, umysł to klatka, a ja za mało medytuje.

Za dużo dragów biorę.

I jedno i drugie.

Patrzę przez szybę na przemijający obraz za onem, znikający by odnaleźć nowy pejzaż, uciekający jak ten moment...
Ile bym dał za pilot którym mógłbym go kontrolować, przewijać, cofać... Zatrzymać.
Siebie.
Umysł.
Równa się zatrzymać czas? Może.
Nie wiem, nie znam się.

Dziwna sprawa... ten czas.

I tak rozmyślając czas mi mijał, aż w końcu dojechałem do celu.
Hop.
Jestem na chodniku.

Wylądowałem na pętli autobusowej.
Co dalej? Jechać tramwajem, czy iść gdzieś z buta?
Trzeba dexa zakupić więcej i iść coś zjeść.
Dobra... to tramwaj, tylko sobie zajaram.

Uff...
Hehe, kto by pomyślał że te dopki będą kopać. I to jeszcze na legalu spod lady... dziwne... Kokolino by sie przydało...

I tak zatracając się w myślach i wspomnieniach czasoprzestrzeni roku 2008, ściągałem szybko buchy z lufy. Tramwaj zaraz startuje kierowca już idzie.
Spaliłem wszystko, jedziemy.

Ale się faza wkręca. Jestem kompletnie zjarany... Jeszcze dex wszystko podbija. Moje oczy czerwone jak kapsko pawiana.

Dobra, idę do apty, zobaczymy czy sprzeda.
Bywało że odmawiały sprzedawania leku, gdy farmaceutki widzialy jak młody gówniarz prosi o 3 paki. Tym bardziej że wiedziały doskonale po co mi to.

Taaa... tani lek, ktorym dzieciaki się odurzają, taki trend. Ale wielu się nie spodobało..
Hehe, niewtajemniczeni.
Nie wiedzą, że z czasem uboki znikają i że trzeba przyjmować to w odpowiedni sposób z odpowiednim przygotowaniem i jedzeniem i w odpowiednich warunkach.

Nie wiedzą tego...
Nie czytają za dużo.

Heh, wyjątkowy specyfik. Pokazuje coś innego z każdym tripem.
Mi tam się nigdy nie nudził, ani nie odstraszał.

No to jestem.
Za każdym razem gdy kupuję dexa, mam nieprzyjemne uczucie, bo obiecałem Bogu, że już więcej nie wezmę.
Nie wiem dlaczego to zrobiłem, byłem na dexie. Aczkolwiek to się stało.
Nie bądź zły na mnie proszę.

Ciągle zadaję sobie pytanie, czemu? Po co ? Na co? Ale sie stało. Może taka była wola Wyższa?
Bo jak mówi Słowo:
"Dana obietnicę Najwyższemu dotrzymasz".

Taka wyjątkowa substancja, co podłącza pod inne wymiary, a ja ją sobie zrujnowałem.Najlepsza.
Debil.



piątek, 8 maja 2020

Statek miłości Rozdział 16 Tunel ostrzy

KUNDHALINI 
Rozdział 16
Tunel ostrzy

Wiatr huczał przeraźliwie dookoła niego.
Podniósł się na łokciach. Czuł się jakby właśnie spłonął żywcem. Mimo to szybko wrócił do siebie. Tutaj po zadanych torturach, ciało wraca do swojej pierwotnej formy. Nie ważne jakby poturbowane było i wszystkie męki od nowa. A wytchnienia potępiona dusza nie znajduje ni we dnie, ni w nocy.

Pooddychał głęboko pare razy.
-Bez kitu, płonięcie żywcem jest okropne ..- pomyślał.

Zakasłał i usiłował się podnieść. Był strasznie osłabiony, ale siły szybko wracały.
Ale wieje... uff.
Szedł przez tunel, w którym wiał niesamowicie silny huragan. Lecz im dalej szedł, tym zaczął odczuwać ten wiatr jakby bardziej namacalnie...

Co to jest?

Na skórze zaczął odczuwać małe nacięcia.
Ał...
Im dalej szedł, tym nacięcia robiły się głębsze i większe.

Co jest grane?

Przyjrzał się wiatrowi, który niósł ze sobą małe pyłki. Tyle że to nie były żadne pyłki, tylko małe drobinki mega ostrych, szklano-metalowych ostrzy, które pod wielkim ciśnieniem huraganowej zawieji cięły wszystko co napotkały na swej drodze...

Z tego co mógł dostrzec, im bardziej w głąb, tym ciche brzęczenie szkiełek stawało się gęstsze i bardziej dokuczliwe.

Nie ma wyboru, źle skończy jak tak dalej pójdzie. Musi działać. Rozwinął skrzydła i podobnie jak poprzednim razem wystrzelił jak rakieta wgłąb tunelu.

W tym tempie intensywność cięć i wielkości ostrzy rosła horrendalnie. Zaczął tracić palce, dłonie, wkrótce całe kończyny, aż sam nie skończył szybciutko na glebie w kawałkach.

Następnym co pamiętał było jedynie to, że stoi cały na skraju wejścia do tego samego tunelu co przed chwilą.

Stał tak oniemiały.

Co teraz...
Jak mam to niby przejść?

Nie miał ochoty doświadczać tego znów.
Co to w ogóle jest??
Skoro tak ciężko to pokonać, to musi znaczyć, że po drugiej stronie znajdę coś cennego. Albo żadnej drugiej strony tam nie ma i po prostu to ślepa uliczka jest.
Kurde, co robić...?

Musi znaleźć inne wyjście. Obejście. Cokolwiek.
Nieskończona otchłań rosnacych w tempie wykładniczym cięć, wydawała się nie do przedarcia.

Zaczął kroczyć więc w głąb, nieznaną ścieżką, nie mając pojęcia gdzie go pokieruje...

Zrobiło się ciemno, lecz w niedalekiej odległości ujrzał niewyraźne światło, które powiekszało się z każdą chwilą coraz bardziej.

W końcu wszedł w kolejną komnatę. Ale to było te samo miejsce w którym był jeszcze przed momentem.
Jak to możliwe??

Ta sama ściana ognia za plecami. Ten sam tunel ostrzy...
Sytuacja przedstawiała się bardzo, bardzo źle...




czwartek, 7 maja 2020

Czas Psychozy Rozdział 1 Jestem sobą... chyba.

Czas Psychozy
Rozdział 1
Jestem sobą... chyba.

Nie idę dzisiaj do szkoły.
Pierdole.
Albo może pójdę?
Może lepiej się wyspać, po co się męczyć?
Kurde... Nie mogę zostać w domu, rodzice na chacie, będzie przypał.

I gdzie pójdę na osiem godzin? Będę się tułał po mieście... Dobra.
Zajaram se tylko przed wyjściem i idę...
Szybko, autobus!

Kurde, nie zdążę!

Szybkim krokiem, osunął się bokiem. Wybiegł z pokoju wręcz.
Jest!

Wszystko sie układa, uwielbiam to, to może być dobry dzień. Każdy dzień w którym poszukuje się szczęścia i je znajduje, jest dniem dobrym. Tak. Szkoda zaczyna się dziać, gdy szczęście zaczyna być towarem.
Wtedy zaczynasz układać różne jego formy i kompilacje, niczym towar na półkach w sklepach. Taa.
I Wyceniasz.

Porcjonujesz. A wiesz co jest najlepsze?
Potem to sprzedajesz, ale to co sprzedajesz, nie jest już tym prawdziwym, pełnym szczęściem, tylko sztucznym, pociętym na kawałki cieniem tego co było.

Łatwo to zauważyć można w świecie.

Potem wsypujesz to do worka.
Albo robisz z tego tabletki.

Taaa, wiesz o czym mówię?
Po tym czymś, twoje hormony szczęścia buzują.

I to tyle. Żeby być szczęśliwymmc.

W sumie nie tyle. Żeby być prawdomównym, dzieje się o wiele więcej.

Zależy jakiego rodzaju doznań szukasz.
I grunt, to nie dać się uzależnić.

"Ja tylko raz!"

I tak, tak znamy tę gadkę, ja też tam byłem i kto tam nie zna?
Ale hej, wiesz co jest śmieszne?
Chyba jedyne uzależnienie, czułem tak na prawdę tylko od zioła. Haha!
Farciarz, co?

No, to muszę ci powiedzieć że chyba Bóg ma mnie w swojej opiece, bo zwiedziłem wiele krain, z tego i owego świata i póki co, wyszedłem bez szwanku... chyba.
Ciężko tak na prawdę raczej stwierdzić, tak? Bo któż mógłby wiedzieć kim bym był gdyby nie ten cały... bałagan.

Eee... Zdaje mi się, że ewentualnie jestem sobą.
Chyba.
Więc jedziemy dalej.

Właśnie jestem po srogiej dawce dxmu, nieprzespana noc po tripie, w którym znów dotknelem sedna prawdy po 900 mg' ach i mach do tego jakichś dziwnie ponazywanych kannabinoidów, sprawiły, że matrixowa rzeczywistość znowu się na mnie uwzięła. Ale na szczęście pozytywne wibracje dxmu, podniosą moją upadłą pozycję mentalną.

Jak odnaleźć siebie? Po dysocjantach? Z wypranym mózgiem od przećpanych idoli? Czy era buntu i LSD na woodstocku odchodzi do lamusa?
Jeszcze nie.
Póki chodzę do technikum i mam Kostrzyn obok siebie i plecak i saszetkę z psychodelikami i gbl'em, będę żył!
I dużo palenia.
Koniecznie dużo palenia.

Ide do apty po więcej DXM. Dzisiaj kontynuujemu ciąg, tak... Ciekawe w jakiej lokacji wymiarowej znajdę się dziś. Zapewne jeśli wchłonę grejpa, bedzie to o wiele dalej niż wczoraj...

piątek, 24 kwietnia 2020

Cthulhu XLIII

XLIII
    Rich otrzymał mocny cios w brzuch, który wgniótł go głębiej w skałę.
-Khhhyyy!!!- Kaszlnął krwią, która wydobyła się z jego ust. 
Wymęczona twarz wyrażała bezsilność. Cthulhu go pogromił. Był gotowy na śmierć, śmierć z rąk samego Posejdona - zbuntowanego brata, który nie mógł znieść kompleksu niższości nad wielkim Panem.
Zaśmiał się.
Żebro bolało i choć ledwo widział na oczy, jak przez mgłę, przemówił:
-Żal mi ciebie... Tak bardzo pożarła ciebie pycha, że nie widzisz, co robisz. Oślepia cię nienawiść i to ciebie zgubi...
Otrzymał kolejny cios. Ten połamał mu już chyba wszystkie kości.
-GHHAAA!!!- Krew wręcz wylała się kałużą z jego ust. Ale mimo tego, kąciki jego ust uśmiechnęły  się. -Kompleks niższości.... khy, khy- Odkaszlnął. - Dotyka nawet was? Bogów? To zabawne, jak bardzo nas przypominacie...

To były ostatnie słowa, które wypowiedział. Z pyska Cthulhu wystrzelił pod mocnym ciśnieniem płomień o wartości paru tysięcy stopni celsjusza.
Richard spłonął w przeciągu paru sekund, nie pozostało po nim nic...
Jego nić życia została przecięta.
Tak zakończyła się egzystencja naszego bohatera...


                           

sobota, 18 kwietnia 2020

STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 15 Crash test

 KUNDHALINI STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 15
Crash test

No jak to na Amazonki przystało, przystają w Amazonii, a dokładniej, w jej puszczy.

To faktycznie będzie kawałek drogi. Jak się tam dostaniemy?

Powietrzem.
-Bunk wskazał palcem niebo.
Poczekaj, powinienem gdzieś je mieć... a, tutaj. Mam!

Hedys obserwował uważnie każdy jego ruch.
Wyjął małe pudełko, a w nim były równymi rzędami ułożone, błyszczące, małe, szklane jakby się zdawało elipsy, każda z przyciskiem u góry.
Wyjął jedną z nich, nacisnął przycisk i odrzucił daleko od siebie.

W miejscu gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się mała fasolka, teraz stał przed nimi najprawdziwszy szybowiec.

Hedys nie mógł się nadziwić.
-Ee, dużo się zmieniło, od kiedy tu ostatni raz bylem..

Technika posuwa się do przodu w zawrotnym tempie, z resztą, to tylko prototyp. Dany nielicznym.
Całkiem spoko, co?

Na pewno oszczędzi nam dużo czasu.
Choć tutaj dziwnie jakoś płynie.
Mniej przyjemnie...

To tylko Mildgard. Nic specjalnego.

Mów za siebie.

Może i są powody, aby nie lubić tego miejsca, ale ma swoje uroki.

Zależy w jakim czasie wpadniesz w ten kocioł.

Cóż, my musimy się skupić na jego opuszczeniu, i to w miejsce gorsze, ale z naszym przewodnikiem nie powinno nam nic zagrażać. Wsiadamy?

I tak polecieli. I lecieli.
Aż dolecieli.

Ta droga miała być długa. - Narzekał Hedys.

No była, ale tym cackiem szybko ją pokonaliśmy.

I pełna przygód!

Bunk odwrócił się w jego stronę zza sterów.
-Nie narzekaj, przynajmniej dolatujem..

Uważaj, drzewo!

Nawet nie zdążył się obrócić i już samolot rozbił się o pień najwyższej sosny w wielkiej puszczy .

Płonące resztki wraku szybowca zwaliły się na ziemię.

Nieprzytomny Bunk zwisał bezwładnie. Oto za kołnierz trzymał go Hedys, stojący na gałęzi pobliskiego drzewa.

Mało brakowało...
Musi uważać co mówi.
Niektóre słowa są jak zaklęcia.
Możesz coś wykrakać i kupa.

Trzeba zejść na dół.

-------------

Bunk w końcu odzyskał świadomość.
Patrzył na nocne niebo usiane pięknymi gwiazdami, które częściowo zasłaniały konary wielkiego drzewa.

Co ja tu robię?
Spytał sam siebie.

Gówno, leżysz.
Odezwał się kompan.

Ou,
Podniósł się.
To wiem, ale gdzie...
Spojrzał krzywo.
O niee... To nie był sen...
Położył się gwałtownie z powrotem, z kwaśną miną na ziemię.
Nieeee!
Jak to możliwe? Jak to się mogło stać?
To się nie stało... nieee...

Uspokój się Bunk, może tak miało być...

Zamknij się!

Ok..

-Po chwili ciszy jednak, Hedys zagadnął:
I co teraz?

Musimy iść. W tej gęstwinie żaden pojazd nie ma sensu... Dokroćset!
Gps uległ zniszczeniu... I w ogóle wszystkie inne urządzenia nawigacyjne też.
Komórka! No tak... brak zasięgu i 20 % baterii. I love you babe. Co dalej? Nasze położenie jest tragiczne. Nie wiemy gdzie jesteśmy, nie wiemy w którą stronę iść i ile drogi w ogóle przed nami.
Nic nie wiemy Hedys, nic...

-Bunkowi chyba zbierało się na płacz.

I to się chyba nazywa początek przygody...

Zamknij się! To twoja wina, to ty mnie zagadałeś! I te twoje krakanie też!

-Bunk wziął zamach, aby rzucić w niego przedmiotem, który złapał odruchowo w rękę. Gdy już miał rzucać, zatrzymał się na moment i spojrzał na to, co trzymał w dłoni.
To był kompas.

Haha! Uratowani! Uratowani! Tak jest!

-Jego zmiany nastrojów były nieco konfudujące.

I jesteś pewien że ten ..eee... kompas nam wystarcza?

Tak, i to bardzo! Dzięki temu wiemy już wszystko, czyli znamy kierunek w którym musimy się poruszać. To wiecej niż wystarczająco.

Wiec skoro tak, musimy rozbić obóz Bunk, późno już.

Racja, odpocznijmy. Czeka nas nieprzewidywalna wyprawa...








czwartek, 16 kwietnia 2020

XLI
   
    Cthulhu, w całej swojej okazałości zamachnął swoimi wielkimi, czarnymi skrzydłami i rozprostował je. Był ogromny.
Stali tak, patrząc. Na przeciw nich, silne fale zakryły ląd, niebo stało się ciemne, a z chmur zaczęły donośnie bić świetliste, białe pioruny, uderzając w ziemię.
Apokalipsa.
Czarne chmury przykryły wszystkie światła.

Wokół nich rozpętał się cyklon. Tornada wody roztrzaskiwały się o skały, wyładowania elektryczne zżerały chmury od środka.
Chaos.
Kompletny Ragnarock.
Niebo zakryte było materacem chmur.

Rozgniewany Cthulhu zawył, ziemia rozeszła się z miejsc. Krajobraz zaczął przypominać rozpadającą się planetę.
Skały pękały, topiąc się w otchłani wirującego cyklonu.
Jego ryk wydobywał się z najgłębszych miejsc strun głosowych.

To był ten moment, gdy stali naprzeciw siebie. Ziemia ciągle była w ruchu. Trzęsienia były niesamowite. Dookoła nich tylko widok szalejącego sztormu na rozdzielonej ziemi.
Richardowi brakło tchu w płucach., gdy ujrzał rozlegający się wszędzie czarny pył.

Nagle, Black odsunął zamaszyście płachtę swojego płaszcza i wyjął zza paska, ów krótką broń i przyłożył Sarze do skroni.
Nacisnął spust.
Nabój przebił czaszkę na wylot.

Czas stanął w miejscu.
W oczach Richarda, klatka po klatce widniał obraz osuwającej się powoli Sary.

Wszystko się zatrzymało. Oczy Richarda wyrażały jedynie niedowierzanie. Sara upadła na ziemię martwa, z przestrzeloną głową.
Rich nie mógł uwierzyć w to, co widzi.

-SARA!!! - Krzyknął zrozpaczony, ile sił w płucach i uklęknąl przy niej. - NIE!!!

Lufa zbliżyła się powoli do jego spoconego czoła. Ale Black upuścił pistolet.
-Nie mogłem pozwolić ci tego spieprzyć. - Powiedział Black.
-C-co? - " Co on wygaduje?"- Spytał siebie w myślach. - "Co tutaj się dzieje?"

Wielka łapa Cthulhu wbiła się właśnie w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stali.
Nie tracił czasu.
Rich się przewrócił. Zew potwora obudził do życia nawet te macki na brodzie, o których istnieniu już dawno temu zapomniał.
Czy można zapomnieć o swojej części ciała?

Lawa żywego ognia zaczęła wyciekać na wierzch, szukając swojego ujścia na zewnątrz pękającej skorupy.

Zabił ją? Ale jak to?
Richard miał teraz mętlik w głowie
Błysk.
Nagle, cztery osoby znalazły się przed nimi. Wszyscy w obcisłych strojach, jakby do nurkowania.
-Szybciej!- Powiedział jeden z nich do Blacka.
Ktoś rzucił mu jakąś pigułkę, ten pochwycił ją i natychmiast połknął. Reszta załogi zrobiła to samo.
-Do zobaczenia Rich! - Rzucił Black.
Richardowi szczęka nie mogła przestać opadać, gdy nagle cała piątka rozpikselowała się na wszystkie strony świata przed jego oczami.

Co to miało znaczyć?
Został on sam.
Tylko on, ciało Sary i horda potworów, gotowych rozszarpać go na strzępy w każdym momencie. W moment.

Podniósł się na nogi, spojrzał w górę, na czarne niebo. Pioruny nie ustawały ani na moment. Huczały dziko, roztrzaskując się  o wysoko stojace skały.

Czy to właśnie koniec?
Czy to właśnie tak ma się skończyć?

Skoro więc ma dziś umrzeć, umrze w walce.
Otarł rękawem pot i brud z twarzy.
Podszedł do Sary i wziął jej bezwładne ciało na ręce. Była śliczna. Wylądała tak spokojnie, jakby spała. Richardowi napłynęły łzy do oczu.

Gruby, demoniczny głos zabrzmiał kpiąco w środku jego głowy: "Co jest mały? Czyżby ktoś cię tu wystawił?"
Wpatrywał się w jej zakrwawioną twarz.
Była taka piękna. A teraz już jej nie ma...

Ciemne chmury nie wróżyły zbyt dobrze.
Jak mógł mu zaufać? Bo wydawał się taki prawdziwy... Teraz Sara nie żyje... Jak okropnie... Jak głupio...
Serce mu pękło. Czuł się jak worek gówna.

-SZLAAAG!!!- Upadł z powrotem na kolana, upuszczając ukochaną i uderzył pięścią w piach.
Czuł wściekłość. Niesamowity gniew, który przeszywał go od wewnątrz na wskroś.
Poczuł, że powinien dać się ponieść temu ognistemu uczuciu. 
Poddał się więc, a jego oczy zapłonęły czerwonym blaskiem.
Bezsilność i jeden cel - zniszczyć te demony i odnaleźć Blacka. Tylko to się teraz liczyło.

Otoczyła go czerwona aura energii, rozdmuchując wszystko wokół. Poziom jego mocy rósł z sekundy na sekundę.
Gniew oślepił go na całego. Włosy zmieniły mu kolor na czerwony, przybierając kształt dorodnej grzywy lwa, która zaczęła sztywnieć, jakby ktoś nasmarował ją super-mocnym żelem.
Podczas gdy jego moc stale rosła, aura i włosy zaczęły przybierać kolor zielony. Ziemia wokół niego trzęsła się coraz bardziej, grunt pękał pod jego stopami. Natężenie energii było ogromne, szafirowe błyskawice szalały jak na niebie, tak i wokoło naszego bohatera.
Cóż za fenomenalna moc!
Nawet moc DaVila w starciu z Mancrucifixem nie dorastała mu do pięt.
Tym razem jego oczy zdobiły piękne, błyszczące, zielone teczówki. Połyskująca, sztywna grzywa lwa robiła wrażenie.
Wokół jego zielono-ognistej aury błyszczały, niczym diamentowy pył, świetliste punkciki w akopaniamencie potężnych, zielonych wyładowań elektrycznych. Muskulatura zwiększyła swoją objętość.

AAAAAAAAAAAAAARGHHHH!!
Potężny krzyk wypełnił całą okolicę.

Takiego powera nie czuł jeszcze nigdy w swoim życiu. Od teraz był kimś innym. Zacisnął pięści i uśmiechnął się, wznosząc je do nieba.
-Tak! Teraz mogę wszystko!
Uśmiech nie znikał z jego twarzy, gdy spoglądnął na monstra.
"Hm... Który pierwszy?"- Spytał siebie w myślach.

Odbił się mocnym podmuchem od ziemi i poszybował w stronę wodnego jaszczura.
Przestrzeń wokół niego, pod wpływem niesamowitej szybkości zaczęła wibrować i deformować.
Potwór zauważył go, podnosząc swój gadzi łeb sponad wody.
Śliski jaszczuro-krokodyl był olbrzymich rozmiarów. Ruszył w stronę skał, na które mógłby się wślizgnąć. Pomimo rozmiarów i masy był bardzo szybki i zwinny.
BAM! Rich wbił się nogą prosto w środek kręgosłupa. Usłyszał chrupnięcie łamanych kości. Bestia zajęczała z bólu. Richard kopnął stwora mocno przed siebie, aż zniknął za horyzontem.
Cthulhu rozpłynął się w powietrzu i teleportował się przed lecacego jaszczura, złapał go wielką dłonią i zmiażdżył, jak zgniatarka każdą kość, które zostały skruszone na miazgę, następnie wrzucił to co pozostało z potwora, do szalejących fal morskiej otchłani.
Rich był zdumiony. Ta kreatura nie miała skrupułów nawet dla swoich pobratymców.
Cthulhu przybliżył się z prędkością światła i przeszył Richarda swoimi szkarłatnymi oczami. Rich dostrzegł w nich złowieszczy blask.
Przedwieczny machnął swoimi wielkimi skrzydłami, co poskutkowało wytworzeniem się fali tsunami o wysokości wielkiej góry, którą posłał w stronę naszego bohatera.
Nie miał pojęcia co zrobić, wielka fala przykryła go, po czym tafla wody uspokoiła się.
Richard wyskoczył spod niej i podleciał w górę.
-Myślałeś, że takie coś zrobi na mnie wrażenie? - Splunął.
W jego stronę ruszył, na skinienie Cthulhu, stwór o wyglądzie żaby pomieszanej z jeżem. Kolce z jej grzbietu wystrzeliły w stronę Richa, ten miał czas tylko na to, aby zasłonić gardą twarz. Wielkie igły poraniły go boleśnie. Kilka wbiło mu się w ramiona, te natychmiast zzieleniały i obwisły bezwładnie. Były zatrute, ponadto nie mógł poruszyć żadną z nich, co uniemożliwiało mu wyjecie kolców. Żaba plasnęła go ogonem w twarz, posyłając z powrotem w morskie odmęty.
Rich ponownie wybił się z pluskiem i wbił nogę prosto w mózg żabo- jeża. Czaszka stwora roztrzaskała się. Wyjął nogę, a potwór osunął się, wpadając do oceanu.
Wielki Posejdon ruszył w jego stronę. Siedemnastometrowy potwór. Przy nim Richard wyglądał jak mały szczur.
Cthulhu dmuchnął. Jego podmuch był tak silny, że Richarda odsunął na pareset metrów.
Był osłabiony, trucizna zaczęła się rozprzestrzeniać, jego czoło pokrywał zimny pot. Splamiony krwią swojej ukochanej, kalkulował. "Co zrobić? Jaką obrać strategię? Czy po prostu improwizować?" Bezwładne ręce też nie ułatwiały sprawy, był zdany tylko na swoje  nog...-
Pięść Przedwiecznego uderzyła go znienacka, posyłając go prosto w stronę pęknietej skały, z której wylewała się lawa. W ostatniej chwili udało mu się wyhamować w powietrzu. Był cały poobijany, chyba jedno z żeber było połamane. Ból mu dokuczał, zasięg jego ruchów nie był już tak swobodny, w oczach ciemniało. "Silny skurczybyk!"- Pomyślał.
Podleciał, by się odkuć, ale zanim zdążył podlecieć blisko potwora, ten machnął ręką, uderzając go zewnętrzną stroną dłoni, posyłając go w górę skalną, w którą się wbił.
Lawa spływała leniwie obok jego twarzy.
Tego się nie spodziewał.
Te monstrum to była zupełnie inna liga, niż te jego sługusy.
-Tfu!- Splunął krwią. Ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Nie mógł się poruszyć. Igły wciąż tkwiły w jego rękach, które już zaczęły przybierać fioletowy kolor. -Cholera!- Syknął z bólu.
Wiedział, że jego koniec nadchodzi... Był bezradny.
Wielka twarz Cthulhu ukazała się tuż przed jego oczami.
Spoglądał prosto w płonący czerwienią, przeszywający wzrok, który budził grozę aż do szpiku kości.
Nie mógł nawet uciec. Nie mógł zrobić nic.
Cthulhu grzmiącym głosem przemówił do niego:
-Twój cykl zakończył się tutaj...

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

KUNDHALINI STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 14
Pierścień ognia.

Droga trwała wieki.
Tyle że pojęcie czasu znaczy tu co innego.

O! Widzę jakieś światło!
Jest!
W końcu!
Haha!
Ja pierdolę, tak!

Jego radości nie było końca.
Ale czyżby i ona nie trwała krótko?

Co prawda robiło się goręcej, ale to już lekka przesada..

Kurwa...
Tego się nie spodziewałem..

Odruchowo przetarł ręką czoło, ale wcale się nie pocił.
Co teraz?
Ściana gorąca wydawała się nie do przejścia.
Te lato, które zostawił daleko za sobą, to był pryszcz w porównaniu do tego.

Cholera, co jeszcze?!

Zdecydował się działać.

Nie ma mowy o powrocie, muszę przeć do przodu.

Postawił więc skrzydła w ogniu i wleciał z wielką prędkością w rozżarzone światło.

AAAAAAAAHHHHH

Co za uczucie!
Ta nadprzyrodzona lawa wciągała go sama. Nie było mowy o powrocie. Przesuwał się przez ten ból nie do zniesienia z ogromną prędkością, która zwiększała się z każdą sekundą.
Ale to i tak było na nic, podczas gdy czuł jak zaczyna się rozpuszczać.

To mój koniec... Popełniłem błąd...

Ostatkami świadomości uśmiechnął się do siebie, rad że podjął tę walkę, choć jednocześnie głęboko w duszy żałował, bo nie tak chciał, aby się to skończyło.

Nagle, rozżarzony pierścień wypluł go na drugą stronę.
Leżąc i oddychając ciężko, starał wrócić się do siebie. Był przekonany że to jego koniec. Jednak nie..
Sam nie wiedział, czy to dobrze, czy nie.
Jedno wiedział na pewno .
Dla nikogo dobrze się to nie skończy i on dopilnuje, by tak się stało... Za wszelką cenę.



niedziela, 12 kwietnia 2020

XL
    Miał zamiar to wszystko zakończyć. I z tym wybrankiem bogów też.
Tylko on mógł mu teraz zagrozić.
Najadł się, ale nie był syty do końca...
Przyszedł czas na deser.
Wydostał się wprost na szczyt swojego nowego olimpu, zatoczył koło i ruszył w drogę. Wiejący wiatr rozwiewał jego oślizgłe macki. Kierował się prosto w stronę Niemiec. Prosto do.... Richarda.


Przy stole siedzieli już wszyscy we czworo jedząc śniadanie w radosnej atmosferze. Gdy Black podniósł łyżkę do ust, nagle go tknęło.
Łyżka z brzękiem wylądowała na talerzu, oczy stanęły mu w słup.
-Coś się stało?- Spytała poruszona Padme.
-Też to poczułeś?- Rich był równie sparaliżowany co on.
-Nie możemy tutaj zostać i jej narażać. - Stwierdził Black. - Padme, schowaj się! Saro... Już czas, Cthulhu tu leci...
Sarze oczy się rozszerzyły ze strachu.
Black zerwał się na równe nogi.
-Ruszamy do kapsuł i wynosimy się stąd! Kierunek na wyspy brytyjskie, Stonehenge! Tam się wszystko roztrzygnie, ruchy!- Zakomunikował w biegu.
Wyszli na zewnątrz.
Padme pomachała im stojąc na progu, na do widzenia.
-Szybko!
I odlecieli.

-Musimy wracać do Polski! W kryjówce zostało trochę broni, która może się nam przydać! Odbijamy! - Zapowiedział Black przez radio.

Szybko znaleźli się w znajomym lesie i wylądowali.
Wybiegli za Blackiem od razu na strych i zjechali windą w dół.
Dostali się na koniec pomieszczenia z ustawionymi szafkami, aż dotarli do przeciwległej ściany.
Black zaczął wykonywać na niej jakieś dziwne ruchy i ściana zniknęła, a w jej miejscu pojawił się cały arsenał.
Karabiny, granaty, wyrzutnie rakiet, jakieś małe pistoleciki i inne, dziwne przyrządy, których Richard jeszcze nigdy wcześniej nie widział.
Większość prawdopodobnie na plazmę.
Black wziął pare jakichś małych pudełeczek i pistolecików, jednego z nich rzucił Sarze.
-Ok, to wystarczy, reszta nam się nie przyda, nie na takiego przeciwnika, mamy wszystko czego nam potrzeba.
Richard nie otrzymał niczego.
-A ja?- Spytał.
-Ty tego nie potrzebujesz, zaufaj mi.
Popatrzał na niego trochę skonfudowany.
-Eee... ok.
-Idziemy, musimy się spieszyć, już wie, że tu jesteśmy.
Szybko wybiegli. Wjechali windą na górę i zbiegli na dół.
Wsiedli do kapsuł i ruszyli.
-Kierunek: Stonehenge. - Zakomunikował ponownie Black przez radio. - Bez odbioru.
Sam zaczął rozmyślać nad tym, co zaplanował i nad tym, co powiedział mu ten tajemniczy Michał. Ale nie widział innego wyjścia...

Niestety, musiał postawić wszystko na jedną kartę.
A to co?

Zobaczył na radarze parę punktów, lecących za nimi.
-Cthulhu! Już tu jest! I leci za nami! - Zakomunikował.
-Widzę! Co teraz?? - Ryknęła Sara
-Włączyć dopalacze! Musimy się tam dostać!
Serce Richarda mało nie wyskoczyło z klatki piersiowej. "Czemu akurat tam?"

Leciał za nimi i to nie sam.
Pradawny zwołał po drodze zgraję swoich wiernych sług, które przyłączyły się do niego w locie.
Mieszanka najpotworniejszych, najobrzydliwszych i najokrutniejszych stworzeń we wszechświecie. Głodni krwi, pragnęli tylko jednego: dopaść ich i rozszarpać na strzępy. Demony, diabły, tytani i wszelkie czarne szumowiny.

Sara poczuła wstrząs. Jeden z tytanów, machnął wielką łapą, uderzając w jej kapsułę wielkimi pazurami, wyłamując jej sporą część. Popatrzała w górę, twarzą w twarz z potworem, który kopnął pojazd jak piłkę, wysyłając ją w stronę ziemi z wysokości paru ładnych kilometrów, z wielką szybkością.
-Aaaa!
-Sara! - Czas w oczach Richarda zwolnił.
Skierował się w dół i otworzył swój pojazd, ustawiając się pod nią.
-Skacz!- Krzyknął do niej przez radio.- Jestem tuż pod tobą!
Jej kapsuła zaczęła płonąć. Wychyliła się i spojrzała w dół.
Nie wyglądało to za dobrze. Wahała się.
-Dalej!- Ponaglał ją Rich.
Nie miała wyboru. Zamknęła oczy i :
-Szlaaag!- Odbiła się i poleciała w dół.
Rich poderwał maszynę do góry i złapał ją zręcznie w locie, prosto w otwartą lukę, którą szybko zamknął.
-Mam cię! I jak się leciało?- Zapytał, zadowolony z siebie.
-Nigdy więcej... Zaraz zwymiotuję... - Poszarzała na twarzy. - Leć!

Powoli dolatywali do celu
Kule ognia leciały w ich stronę. Black unikał ich jak mógł, Richard bujał się kapsułą na boki.
-Wytrwajcie, za parę sekund lądujemy! - Zapowiedział Black.

Ale każda sekunda była na wagę złota. I każda sekunda mogła zmienić wszystko...
Sara obijała się o ściany kabiny bezwładnie.
-Ej! Uważaj! Ał! Moja głowa...- Potarła się o jej czubek.

Wielki potwór, o kształcie żaby, z wielkimi szponami i zębiskami, wysunął nagle swój język w stronę jednej z kapsuł, pragnąc go pochwycić.
-Skąd ta żaba?!- Zdziwił się Rich.
-I co jeszcze? Może jaszczurka do kolekcji??- Spytała drwiąco Sara.

Byli już na miejscu.
Nagle, wielki, wodny jaszczur tąpnął w ich kapsułę, zsyłając ją brutalnie na ziemię.
Sara zacisnęła zęby.
-Że co!?- wycedziła.
Uderzyli mocno w jeden z wielkich kamieni, rozbijając się. Black wylądował zaraz obok nich, wyskoczył szybko z pojazdu i podbiegł do nich.
Kapsuła, mimo twardego pancerza, po takim upadku była kompletnie zniszczona.
Obydwoje jakoś się z niej wygrzebali.
-Wszystko w porządku? - Spytał ich.
Ale ledwo zdążył zadać to pytanie, gdy nagle rozległo się silne tąpnięcie i wstrząs.
Cthulhu i reszta, wylądowali. Za chwilę miała rozegrać się bitwa ostateczna...

 KUNDHALINI STATEK MIŁOŚCI
Rozdział 13
Baldir

Nie stracił świadomości, tylko tak mu się zdawało. Nie mógł.
Choćby nie wiem na jakie warunki byłby wystawiony, tu świadomości się nie traci...
To piekło... tu cierpienie może tylko narastać i nigdy nie maleje.
Utrata świadomości podczas warunków nie do zniesienia to przywilej świata cielesności.

Tu i teraz są warunki nie do zniesienia... A ja muszę iść. Nie mogę... się... nawet ruszyć. Ocipieje jak stąd szybko się nie wydostanę... Nie mogę nawet myśleć...

Kolejne mroczki przed oczami....

Kurwa... co się dzieje?
Przetarł oczy.
Muszę iść...

Pieprzony, stary cap.
Jak On tak mógł... Mnie?
Złamałeś nasze przymierze Krwi!
Nic tylko ten Baldir, Baldir i Baldir.
Baldirku, jak Ci mija dzień?
Oh, to jest mój synek, Baldir, patrzcie jaki zajebisty!
No nie zesraj się...

Nienawidzę Go...

Przysięgam...ufff... zniszczę Cię.
Zapamiętasz mnie.
Zrobię wszystko, abyś cierpiał. Ty i te twoje gliniane gówna też.
Popamiętacie mnie, wszyscy!

Te wszystkie nasze przeżycia, widzę masz sobie za nic... Wyrzuciłeś mnie na śmietnik, jak zepsutą zabawkę.
Dlaczego Go tak faworyzujesz?

Teraz to i tak już nie ważne...
Liczy się tylko zemsta...

środa, 8 kwietnia 2020

KUNDHALINI STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 12
Uroboros

Wszystko było zniszczone i historia znów zatoczyła koło. Pełen obrót.

Wszystko trzeba będzie naprawić..
Schemat będzie ten sam, ale szczegóły się zmienią. Z resztą, zmieniają się cały czas, aby dołożyć coś do pełnego garnka, z pod spodu, coś najstarszego i najbardziej bezużytecznego musi wypłynąć.

To trochę jak z umysłem, pamięcią.
Taak. Niektóre rzeczy z nich po prostu muszą zniknąć i innej opcji nie ma.

Szczególnie coś zepsutego na tyle, że zaraża inne owoce.
Grzyby, pleśń i ohydne robactwo.
Nie ma na to miejsca na smacznych i zdrowych owocach.

Taaa...

Teraz rozumiesz Synu?

Tak.
Uświadamiaj proszę jak najwięcej.

Tymczasem, gdzieś na innym biegunie, ktoś właśnie uświadamiał sobie coraz bardziej jak trudne ma zadanie.

Lecąc gdzieś ponad niekończącym jak sie zdawało płonącym oceanem, nagle zaczęło robić się coraz zimniej.
I to nie stopniowo, ale krytycznie. Jakby temperatura spadła do co najmniej -300 stopni.

Co jest?

Luciel nieomal stracił świadomość i zaczął spadać w dół.

Runął z łoskotem twarzą prosto w twardą skałę lodu.

Ile jeszcze tych upadków do kurwy?
Gdzie ja jestem... Czy to dalej piekło?
Wygląda na jakiś inny rewir.
Moje skrzydła... nie mogę latać, przez tą temperaturę nie mogę nawet ich odpalić...
Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak podróż z buta...

"Podróż z buta" stawała się coraz gorszą opcją. Nie dość że droga zajmie dłużej, to jeszcze te warunki... ufff... czy podczas Ragnarock'u zima będzie wyglądać tak samo?
Chyba nie...
Sekundy by nie wytrwali...

Świadomość z sekundy na sekundę coraz ciężej było utrzymywać. Straty energii były potężne.

Przy takich warunkach nie utrzymam się dłużej... Muszę szybko coś wymyślić...

-Gdzieś indziej:

No ale co, jak tam będziemy, fizycznie?

Niee, duchowo.

No to po co ciachać kogokolwiek, jak nam nic tam nie zagraża... hehe. -Zaśmiał się Hedys. -Co nie? Nie...? -Spojrzał na minę Bunka i trochę stracił śmiałość w głosie.

To nie takie proste.
ShrePa nawet jako Valkiria będzie się musiała wykazać. A i zanim dojdziemy, to jako Amazonka będzie musiała być gotowa na wszystko i my też.

Czyli nawet na rzeź?

I nawet to opcją jest.
Nie rozmawiajmy o tym.
Musimy skupić się na innych rzeczach.
Czyli ustalić plan działania.
Co robimy, jaką drogą najlepiej będzie podążać i czym możemy się poruszać.
Reszta sama przyjdzie.

Genialnie.
Daleko jeszcze do tej Szro Ty?

Shre Py.

Przepraszam.
Dziwne imię.

Dziwne istoty.

Czemu?

Zobaczysz sam.
Co bede ci gadał. Nic z mojego gadania. W końcu schodzimy z tej przeklętej góry. Też żeś sobie miejsce na wypad wybrał. Heh.

To nie ja, to Duch...

Aha, ciekawe jak to działa, zawsze chciałem zobaczyć jak ten wasz Duch pokazuje wam te rzeczy. Skąd wy to wiecie?

To coś jakby receptor sigma ci sie otworzył na maksa. Tylko że inaczej. Eee... Można porównać do intuicji, tak super podkręconej, ale to też nie będzie to...
Ciężko opisać w sumie...
Trzeba doświadczyć żeby wiedzieć i zrozumieć.










XXXIX
   
    Cthulhu zareagował na ruch Lucyfera szybciej niż światło i już wielkie cielsko diabła wylądowało z powrotem na tronie, z tym że, jego szyję na wylot przebił trójząb wbity w oparcie. Lucyfer dogorywał powoli, starając się wyrwać ostrze z szyi. Posejdon podszedł i nacisnął z góry na rękojeść, wyjął go z kamiennego oparcia tronu i podniósł trójząb z przebitym władcą piekła do góry i zaczął ruszać boskimi widłami z góry do dołu, z dołu do góry i tak kilka razy. Szyja Lucyfera była już w strzępach. Pradawny machnął bronią od niechcenia i osmalone cielsko wylądowało pod tronem z tętnicami na wierzchu.
- I tutaj jest twoje miejsce. - Powiedział, zajmując miejsce na siedzisku. - Pod moimi stopami. - Dodał, kładąc mu jedną z nich na twarz, a drugą na brzuch.
Straż przyboczna była w szoku pod wpływem tego, co się właśnie przed chwilą wydarzyło. Pan piekieł spojrzał na jednego z nich umierającym, zamglonym okiem, aż w końcu jego wzrok zgasł i całkowicie stracił świadomość.


    W tym samym czasie, trójka bohaterów dotarła w końcu na miejsce, zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
- W razie potrzeby wrócimy tam.
Opustoszałe ulice nie wróżyły za dobrze.
Weszli w mały blok i Black zapukał do drzwi.
Usłyszeli szybkie kroki. Drzwi otworzyły się zamaszyście.
- Dom... - Popatrzała na nich pełna szybko gasnącej nadziei, drobna dziewczyna średniego wzrostu. Miała czerwone włosy i typowo żydowski nos. Była strasznie wychudzona.
-Siemasz Padlinko!- Powitał ją Black.
Spojrzała na niego z obrzydzeniem.
-O nie! - I zamknęła im drzwi przed nosami.
-Oh, daj spokój! 
Black załomotał w nie jeszcze raz.
-Nie przestanę, póki nie otworzysz kochana!
-Idź stąd!- Dało się słyszeć przytłumiony głos ze środka.
Black nie odpuszczał.
-Słuchaj, może wracajmy...- Zaczęła Sara, kładąc mu ręke na ramieniu. Ale drzwi otworzyły się, a owa Padlina wyskoczyła na niego z nożem, wymachując dziko i próbując go trafić.
-Padme! No co ty!- Zaśmiał się. - Wyluzuj!
-Precz!
Złapał ją za nadgarstki.
-Słuchaj, wiem że jesteś sfrustrowana tym że nie wrócił i... i mną, ale pozwól nam wejść. Porozmawiajmy. Ze względu na okoliczności...
Rich zauważył, że Sarze wyraźnie się ten pomysł nie spodobał. Chyba się nie polubią...
W końcu, po długich namowach dziewczyna ich wpuściła.
Mieszkanko było dosyć małe. Łazienka po prawo, kuchnia za przedpokojem, a po lewo dwa pokoje obok siebie, z czego jeden pełnił rolę salonu a drugi sypialni.Sara spojrzała z uśmiechem na kajdanki zawieszone na łóżku.
-Co tam gotujesz dobrego? - Spytał Black, podnosząc pokrywkę od garnka.
Padme szybko podeszła, przykrywając go z hukiem i syknęła:
-Opium.
-Ou, dalej się w to bawisz?
-Nie twój interes.
-Widać nie służy ci. Wyglądasz jak wieszak kochanie, co się z tobą stało?
-Uschnęłam z tęsknoty, oto co się stało. Z resztą, co cię to obchodzi...
- I wierzysz że wróci?
-Tak...
-No proszę, jaka miłość potrafi być niszcząca... I ślepa! - Stwierdził.
-O, masz konsolę! - Zawołała uradowana Sara. - Super, ciekawe w co grywasz... - Zaczęła przeglądać płyty na półce.
Padme spojrzała na nią obojętnie, po czym przeniosła swój wzrok na Blacka.
-Czego tu szukacie?
-Tymczasowego schronienia.- Odprał. - Nie będziemy ci przeszkadzać, zostaniemy za ścianą, mamy swoje zapasy.
-Za ścianą?-Zdziwił się Richard.
Za ich plecami Sara grzmociła beznamiętnie w nowego Tekkena, nie zwracając na nich uwagi.
Padme wysypała jakiś proszek na stole, ułożyła sobie elegancką kreskę i wciągnęła, krzywiąc twarz.
-Przypomina mi się liceum. - Uśmiechnął się Black.
-Chcesz? - Podała mu rurkę.
-Chyba oszalałaś, świat się kończy, nie takie rzeczy mi w głowie.
Spojrzała na Richa pytająco, pokazując mu worek.
-Nie, dzięki, ja też spasuję.
-A więc! Moja droga Padlinko.... Co tam słychać? Powiedz mi, jakżeś się uchowała tak długo?
Dobiegały ich dźwięki mordobicia z telewizora w tle.
-A skąd mam wiedzieć? Nawet się nie chowam, siedzę tu po prostu, nic prawie nie jem. Gdy łaziły zombiaki, po prostu schowała się za ścianą... Gdy jestem głodna idę do supermarketu obok.... Tu już nikogo nie ma. Wiesz jakie fajne są przejażdżki luksusowymi samochodami po mieście duchów?
-Zapewne.
Zbliżał się wieczór.
-Jak tam potwory? Ubiliście jakieś?
-Ten tutaj, mój kompan - Poklepał Richarda po ramieniu. - ubije jeszcze niejednego. Nawet nie wiesz ile przeszliśmy, oj nie wiesz...
-Zostawię was na chwilę samych, pogadajcie sobie. - Powiedział Richard, po czym podszedł do Sary.
-Łap za pada i pokaż co potrafisz. - Powiedziała, rzucając mu kontrolerem w twarz.
-Eee... Ok.
Jak przewidywał, dostawał od niej niezłe wciry. To co robili w tym momencie było takie fajne, takie zwykłe, takie codzienne. Jakby Sfora potworów ze zbuntowanym bogiem na czele wcale nie zagrażały światu. Takie zwykłe chwile czynią właśnie życie tak pięknym....
-Cienias.
-Powiedz mi Saro... Tak właściwie, to jak ty i Black się poznaliście?
-Czekaj... Bum! Tak! Tak jest! Fatality, bitch!
-Saro, opamiętaj się..
-A tak, tak! - Wcisnęła pauzę i spojrzała na niego. - Black? Cóż, znam go od dziecka, gdy byłam mała, moi rodzice zginęłi, zabici przez jakichś bandziorów. Gdy mieszkanie spłonęło, wylądowałam na ulicy. Włócząc się po niej nocą jako dzieciak, wpadłam przypadkiem na niego i mnie przygarnął, nauczył wszystkiego. To tak w skrócie. Była dla mnie jak ojciec.
-Ou... - Żałował że spytał. Nie chciał być tym, który wyciąga bolesne wspomnienia. Nic dziwnego, że była taka harda i rezolutna.
-Samo życie, nie? A teraz łap pada i ratuj swoją upadłą dumę.
 I tak spędzili wieczór, na graniu razem w różne gry, podczas gdy Black z Padmą wspominali stare czasy.
W końcu, Padme rzekła dziwnie przymilnym tonem:
-Słuchajcie, nie musicie się kryć w magazynie za ścianą. Jeśli chcecie, możecie rozłożyć sobie łóżko tutaj.
-Słodko.- Stwierdziła Sara.
-Ja i Black zajmiemy tamte łóżko, musimy pogadać o starych czasach, chodź. - Powiedziała, ciągnąc go do sypialni.
Black spojrzał na nich wymownie, po czym wzruszył ramionami.
Rich pomyślał, że musi być strasznie dziwna. Najpierw chce go pociachać, potem ciągnie go do łóżka. Może to efekt narkotyku? Nieważne....
-Chodźmy też się położyć, oczy mnie już bolą. - Stwierdził.
-Idź, idź. Ja jeszcze trochę tu pokatuję.
-Ok. - Wstał i rozłożył łóżko. Położył się i zaczął podziwiać obrazy wiszące na ścianie. Ta cała Padme miała niesamowity talent malarski. Jej prace predstawiały głównie jakieś surrealistyczne wizje i autoportrety.
Nie czekając na Sarę, usnął szybko.
W jego snach, przewijały się obrazy Padme w psychodelicznym tle i jakieś niewyraźne zdarzenia, których nie pamiętał.

Wstał wcześnie rano.
Szykując sobie śniadanie, zauważył, że za oknem panowała niezwykle gęsta i nieprzenikniona mgła.
Nigdy czegoś takiego nie widział.
Usiadł i włączył telewizję.
No tak.
Na żadnym kanale nie było obrazu. Tylko szum i telewizyjny śnieg. Wszystkie kanały szlag trafił, nikt już tam nie pracuje.
Drzwi od pokoju otworzyły się i wyszła zza nich Padme.
-Dzień dobry, młody. - Powitała go zaspana.
Młody? Rich nie był pewien, czy ona w ogóle jest chociaż w jego wieku.
-Cześć. Jak się spało? - Spytał.
-Jak nigdy, dziś cudem przespałam noc. Zazwyczaj pozwalają mi na to tylko alkohol i benzodiazepiny.
-Eee... - Nie miał pojęcia co na to ma odpowiedzieć. Na pewno nie chciał nikogo moralizować.
-Nie przejmuj się, jestem niezniszczalna. - Powiedziała, wyciągając pudełko płatków z szafki.
Usiadła na przeciw niego i zaczęli jeść śniadanie.



    Cthulhu przywołał w myślach jednego ze swoich demonów.
Przed nim pojawił się potężny stwór, posiadający skrzela. Na szczycie jego głowy, zamiast uszu, znajdowało się coś na kształt płetwiastych błon, które posiadał również pomiędzy palcami.
Jego skórę pokrywały błyszczące, zielone łuski. Usta i twarz miał typowo rybie, tylko oczy takie jakieś drapieżne, gadzie, jaszczurze.
-Wzywałeś, panie?
-Sarinafixie, od dziś, te podziemne królestwo będzie twoim domem. Oddaję ci je pod opiekę i władzę. Będziesz tutaj rządził, a wy....- Zwrócił się do diabłów, którzy ciągle stali sparaliżowani strachem.- Macie się go bezwzględnie słuchać. Każdy mieszkaniec tej piekelnej otchłani, od dziś jest posłuszny Sarinafixowi! Na kolana!- Rozkazał, grzmiącym basem.
Padli posłusznie, oddając mu hołd.
-A teraz, rozgość się.- Wskazał mu tron.- Ja mam jeszcze pare spraw do załatwienia...
-Tak jest o, najwyższy!- Skwitował, po czym usiadł na tronie. - RYJEM DO GLEBY I ANI MI NIE PISNĄĆ! - Wydał swoje pierwsze polecenie, ów Sarinafix...
Cthulhu uśmiechnął się - "Nieźle mu idzie" - Pomyślał, po czym ulotnił się z miejsca.
Diabły, z demonami nie mają lekko...

sobota, 4 kwietnia 2020

KUNDHALINI: STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 11
Valkiria

Zaczyna robić się geściej, a im głębiej w las tym drzew tam więcej czeka nas.

Przestań rymować.

Przepraszam, nie mogę się powstrzymać.

To w... nerwia.

Wiem, wiem.
Nic nie poradzę.

Ale one to lubią, wiesz.
Wiersze, rymowanki, pieśni.
No i dużo walki.
Dziwne istoty...

Czyli chcesz mi powiedzieć, że te słynne Amazonki, to tak na prawdę inkarnacje duchowych Valkirii tu, na ziemi?
Zabawne, czego człowiek może się dowiedzieć.
Super.
Teraz ja chcę wiedzieć, gdzie one są?

Eee, czeka nas trochę długa droga stary.
Wiesz, pełna przeciwności...
Jak to w przygodach, nie.

...
A ten drugi?

To akurat w drodze do podziemia, nie pytaj na razie o niego, lepiej nawet na razie nie myśl. Po prostu skupmy się na pierwszej. Otóż Shre Pa, to szczególna z nich. Ma e.. pewne umiejętności które nam się przydadzą.

To jest?

Ee... no na przykład, jedna z nich, to jak jej przydomek wskazuje, zanim przeciwnik zdąży zobaczyć co się stanie, już jest przez nią rozszarpany i pociety na kawałki. Wiec SZREpie zanim PAczysz.
Ale ogólnie jest bardzo sympatyczna.
Czasem.

Brzmi zachęcająco.

Nie mamy innego wyjścia. Nie jest niebezpieczna, ale jest. Ale nie dla nas.
Chyba.

Chyba?

To zależy.

Zależy??

Co się stanie.
One są dziwne, nie dociekaj.
Zaufaj mi. Jest niezbędna.

Niezbędna? Skoro taki ktoś jest niezbędny, to po co ja tam do cholery ? Ja tak nie umiem!

Bystry umysł też jest tam niezbędny. Ktoś kto zna drogę .

To może weź mapę?

Nie są sympatyczne. A ja lubię mieć kogoś sympatycznego obok.

Uśmiechnął się.



czwartek, 2 kwietnia 2020

XXXVIII
    Black wysunął ręce ze zgiętymi palcami przed siebie, a przestrzeń pomiędzy jego oczami zaświeciła się na czerwono. Z jego dłoni zaczął sączyć się powoli czerwony pył, który mienił się świecącymi, lśniącymi punkcikami. Owy magiczny kurz stworzył ochronną barierę wokoło nich. Niczym kopuła nie do przebicia.
-Zna podstawy magii. - Szepnęła Richardowi do ucha Sara. Nawet nie zauważył kiedy wróciła. - A przy tym dobrze walczy. Całkiem cool, nie?
Nie wiedział, czy to dobrze, czy źle biorąc pod uwagę zdarzenie z tej nocy, które mu się przytrafiło.
Ich oczom ukazało się w końcu dwóch, wielkich, obleśnych tytanów. Mierzyli co najmniej dziesięć metrów wysokości. Oboje byli cyklopami. Jeden z nich był dosyć przychudy, za to z drugiego zwisały okropne zwały tłuszczu, ten ryknął w ich stronę.
-Fiuuu- Sara pomachała sobie ręką przed twarzą. - Stary, zacznij jeść miętówki, albo coś w tym stylu bo na prawdę ci tego potrzeba. - Skomentowała jego nie pierwszej świeżości oddech, co tylko jeszcze bardziej go rozwścieczyło.
Olbrzym uderzył w kopułę, ale jego wielka pięść nie zdołała przebić się przez mocną barierę.
-Atakujcie... Szybko, długo tak nie wytrzymam. - Ponaglił ich spocony Black.
-A, tak, no tak. - Odpowiedziała Sara, mierząc w oko tłuściocha z plazma gun'u.
Wiązka lasera trafiła dokładnie tam, gdzie miała trafić, prosto w oko, przebijając się na wylot przez głowę. Wielki tytan upadł na kopułę ochronną, odbił się, po czym wylądował z łoskotem na ziemi.
Sara nie tracąc czasu, wystrzeliła w drugiego, ale ten był sprytniejszy i cholernie szybki.
-Jasny gwint! - Strzelała seriami ale żaden pocisk nie trafił. - Co z nim jest?.
"Cholernie szybki", to jednak za mało powiedziane. Broń Sary nie robiła na nim żadnego wrażenia, unikał plazmowych laserów z dziecinną łatwością. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziała.
Chudy tytan uderzył dwiema pięściami w ziemię. Siła wstrząsu aż podrzuciła ich do góry.
Richard stał jak zahipnotyzowany obserwując całą akcję.
-Rich cholera, zróbże coś!- Upomniała go.
Ocknął się.
-Aaa... Tak, jasne!- Zreflektował się i już cały wystrzelił dookoła świetlistą aurą. Włosy zapłonęły na bladozłoty kolor.
Olbrzymi chuderlak wydawał się zaskoczony. Krzyk Richarda wypełnił jego uszy. Odbił się od ziemi i szybko podleciał pod twarz tytana, zadając mu silny cios w szczęke, ale przeciwnik nie pozostawał mu dłużny i machnięciem olbrzymiej dłoni zbił go z widoku niczym natrętną muchę.
Rich wbił się w ścianę ich kryjówki i wpadł na strych, prosto w połamany wózek.
Trochę go otępiło.
-Cholera! - Krzyknął, ocierając policzek. - Niech cię szlag! - Zawołał, lecąc do niego z powrotem.
Tym razem uderzył go z całej siły, wbijając się nogą w jego brzuch. Tym razem, potwór to odczuł.
Zadowolony udanym ciosem, wykonał salto w tył i wylądował na ziemi. Jego przeciwnik zgiął się na chwilę, ale szybko odzyskał sprawność i ruchem młotkowym próbował rozgnieść Richarda pięścią na miazgę. Ten podskoczył i uderzył go łokciem w przedramię. Słychać było tylko donośny trzask złamanej kości, tytan zawył z bólu, łapiąc się za rękę.
-To koniec... - Pomyślał, koncentrując świetlistą kulę w dłoni i cisnął ją prosto w monstrum. 
Tytan spojrzał z głupią miną na lecący w jego stronę pocisk, który eksplodował mu na twarzy, rozrywając głowę na kawałki.
-Bułka z masłem....- Powiedział sobie w duchu.
-Black!
Usłyszał krzyk Sary.
Black padł na ziemię z wycieńczenia, o mało nie mdlejąc. Oddychał ciężko.
-Wszystko w porządku. - Wysapał w końcu. - Musimy... Musimy <khy, khy> udać się gdzieś indziej. Nie możemy tu zostać.
-Ale gdzie? - Spytał Rich.
-Niemcy. Mam tam pewien kontakt. Do kapsuł...


XXXVII

    Królestwo władcy wód szybko zostało ukończone. Poruszył on glebę z miejsca, a dookoła miasta pękły granice, aby budowla zaczęła piąć się ku górze. Pierwsze czubki strzelistych, pozłacanych kolumn wychynęło się ponad taflę wody. Wielka góra wznisła się ze środka oceanu, aż po same chmury. Potężna i skalista. Nie sposób było dojrzeć jej szczytu, na którym szalała wieczna burza z piorunami, grzmiąca groźnie. 
Efekt był imponujący. 
Wieczny sztorm nie dopuści żadnego statku w jej pobliże, ponieważ piętrzące się fale zaraz go zatopią. Każdy samolot zostałby roztrzaskany na pół, przez elektryczne błyskawice o imponującej mocy. A człowiek, nawet przy użyciu najlepszego sprzetu wspinaczkowego, nigdy by się tam nie dostał, bo zaraz zaczęłyby zlatywać na niego wielkie głazy, posyłając nieszczęśnika na samo dno.
Przedwieczny Cthulhu, bezlitosne monstrum, stał teraz na szczycie świata. Ogromny, z tysiącem macek zamiast brody, z głową ośmiornicy i trójzębem w dłoniach. Stał dumnie, stał.... ucieszony.
Jego dzień w końcu nadszedł. Pierwszy etap przeszedł idealnie zgodnie z planem...
Pod jego stopami, ukazała się nagle wielka dziura. Spojrzał w dół, przez otwór, gdzie zobaczył ogniste kręgi. Im dalej w dół, tym wścieklej płonęły. Wkroczył do środka i poszybował prosto, w samo jądro ziemi, gdzie znajdował się najniższy krąg piekieł....
Do skał, były przybite tam różne stworzenia. Od kreatur z innych planet, różnej maści, wzrostu i kształcie, po najokrutniejszych ludzi. Dwóch z nich, jeden z przyciętym, wąskim wąsem, drugi za to, z wąsami okazałymi, tkwią tam do dziś.... Znacie ich?
Właśnie otrzymali kolejną dawkę cierpienia, które narastało. Ból tam, który dotykał odbywających swoją karę, był nieustępujący i wciąż narastający... 
Nigdy nie słabł.
Najgorsze doświadczenia i traumy ziemskie przy tym, to śmiech na sali...
Katusze były niewyobrażalne. Palący płomień, przemieszany z uczuciem wbijanych i powoli przekręcanych w środku ciała sztyletów, rozżarzonych do białości... Zmuszano ofiary diabłów do picia goracej lawy, smagano rozgrzanym batorgiem, spuszczano groźne psy, które rozszarpywały niewolników na strzępy, kąpano ich w kotłach siarki, zdzierano skórę, poddawano na bycie pożartym przez robaki żywcem, przepuszczano przez ciało tysiące voltów prądu, rany zasypywano octem i solą... i wiele innych wymyślnych tortur. A ciało tam, było bardziej fizyczne i gęstsze niż tu, na ziemi, ból odczuwano głębiej i mocniej, a gdy było tak zniszczone mękami, że już nic prawie z niego nie zostawało, natychmiast odradzało się na nowo, by przyjąć kolejną dawkę niewyobrażalnych tortur... To i tak zbyt mało, aby opisać tę agonię....
I tak po kres czasów....
Żaden człowiek w tym świecie czegoś takiego jeszcze nie doznał...
(Zastanówcie się więc nad swoimi czynami moi kochani od dziś, bo na prawdę, nie warto być złym człowiekiem./ Autor.)
Diabły czerpały sadystyczną przyjemność z zadawanych fal, wiecznych tortur. To był najniższy krąg. Dla nich? Istny lunapark.
Sam Belzebub, jeden z generałów Lucyfera bał się gorąca i klimatu jaki tam panował. Wolał strzec bramy, tkwiąc przy wejściu.
To było królestwo szefa wszystkich diabłów i demonów. Tu, znajdował się jego tron.
Przedwieczny ruszył pewnym krokiem na przód, poprzez morze szalejącej siarki i wszedł w ocean płomieni z taką łatwością, jakby była to dla niego przechadzka po parku.
Zanurkował na samo dno i wychynął nagle przed tronem samego Lucyfera. Ten, zdumiał się niesamowicie na jego widok.
Skórę miał koloru ciemnoczerwonego, był jakby umorusany węglem i sadzą. Śmierdział dymem z siarki, jego rogi były wielkie i kręcone, jak u kozła. Twarz pociągła i brzydka. Wielki, muskularny, posiadał rozłożyste, czarne skrzydła, a nogi jego były jak u tura, potężne z czarnym futrem i kopytami. Z dołu jego pleców wyrastał długi, małpi ogon.
Mierzył co najmniej sześć metrów wysokości.
-A ty tu czego?!- Spytał, dudniącym, demonicznym basem, sam król piekieł.
-Widzę, że nieźle się tutaj urządziłeś, mój drogi.- Odpowiedział spokojnie Cthulhu, wbijając donośnie trójząb w wypaloną skałę pod swoimi stopami.
-Nic tobie do tego, odejdź stąd!- Warknął, wstając.
-Wręcz przeciwnie, podoba mi się tu.
Lucyfer zrobił krok do przodu.
Cthulhu rzekł:
-Lepiej wracaj do swojego tatusia tam - Podniósł palec do góry. - na górze, może mu się przydasz. Korzystaj, pókim łaskaw.
-AHAHAHAH!!! - Roześmiał się okrutnie. - Chyba nażarłeś się za dużo jakichś dziwnych glonów, mój przyjacielu. - Wokół diabła, pojawiła się czerwona aura.
-Oh, już zbierasz energię? - Spytał kpiąco.- I na prawdę myślisz, że dasz mi radę?
Diabeł wykonał ruch i zamachnął się.



   

środa, 1 kwietnia 2020

KUNDHALINI: STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 10

Zły plan

To było złe posunięcie.
Wiedział tym od początku.
Ale gdy nieprawości udało wedrzeć się pierwszy raz do jego serca, od tego razu nie było końca.

Pętla ciemności rozszarpywała wnętrzności. Spirala zła i ciemności powoli pochłaniała byt, który z czasu przestał być nawet do końca sobą.

To zaszło zbyt daleko...
Nie mam już odwrotu.
Będę cisnął w takim razie dalej i nie cofnę się przed niczym póki żyję, przysięgam.

Teraz jestem tu, hę?
Dobrze więc .
Wszędzie gdzie Go nie ma, jest moje królestwo i tam będę panować!

Ale pycha, to zły doradca...

Jedynym co mogli dostrzec, była spalona przestrzeń, która przestać płonąć żywym ogniem nie ma wcale zamiaru.

Trochę tu gorąco...
I duszno....

Cholera jasna, kurwa mać, co to jest za miejsce? Gdzie On mnie posadził? Gdzie ja jestem?

No tak, kurwasz mać, kto by się spodziewał że mnie tu nie wyśle.
Jestem w piekle.
I chuj.

AAAAAAAAAA!!!!!!!
NIEEEEEEE!!!!!
KURWAAAAAAAA!!!!
TY GNIDDOOOOOOO!!!!

I tak wołali z wściekłością do Nieba.
Ale odpowiedzi już nie uzyskali.

Nie!
Powiedziałem Mu że wyjdę, to znaczy że tak będzie!

Uderzył pięścią w rozżarzoną glebę.
Ale nawet nie spostrzegł jak szybko zaczął bluźnić coraz bardziej. Co zaczęło mu przychodzić coraz łatwiej, a było dopiero początkiem gorszych rzeczy...

Nie mogę w to uwierzyć!
Jak On mógł mnie tak załatwić?
Kurwa!

Ponowne uderzenie.

Co teraz? Co robić?
Muszę przeszukać wszystko, każdy kamień.

Kto szuka, ten znajdzie...

Jak widać dla chcącego, nawet wyjście z piekła na chwilę ówczesną jest możliwe.
Możliwe?
Czekaj chwilę.
A może to było coś zaplanowanego?
Bo jak sie dzieje i dziać ma, to i tak Wola Najwyższego.

Ale jak to jest możliwe...
Czyżby z góry przewidział nasze wybory?
Czy są ustalone?
Jak to jest możliwe?

Kurwa nie wiem...

Może to zapętlony schemat po prostu jeden.




wtorek, 31 marca 2020

XXXVI
   
Richard myślał o tym co mu powiedział brat. O swoim pochodzeniu. O swojej przeszłości...    O Blacku...
 Przesunęła mu dłoń po policzku.
- A więc, mówisz że nie daje ci spokoju?
-Tak, powrócił....- Westchnął Richard.
-Czyli cały ten.... Cyrk u tej..... Jak jej tam było?
-Batylda.
-Batylda....- Pogładziła mu włosy.- To wszystko na marne, tak?
-Na to wygląda.... Nie chce się ode mnie odczepić.
-I co teraz? Może poradź się Blacka? Może on będzie wiedział co zrobić?
Na dźwięk jego imienia, Richardowi na chwilę stanęło serce i drgnęła powieka.
-Coś nie tak?- Spytała.
Pamiętał wszystko. Nie był pewien, czy chce się teraz tym dzielić z Sarą... Może lepiej jeszcze poczekać? Po co ją bardziej niepokoić? I tak już jest dosyć zatroskana. Równie dobrze to mógł być zwykły sen... Chyba sam w to nie wierzył..... Nie, jeszcze poczeka, zrobi niepotrzebny szum i co wtedy? Może to była tylko imaginacja? 
DaVil tam był...
-Rich? 
Sara brutalnie wyrwała go z zamyślenia.
-Nie, nie, wszystko w porządku. Chodźmy już spać, jestem po prostu zmęczony...
-Ok...- Zgasiła lampkę nocną i oboje szybko zasnęłi. Choć ona wiedziała, że coś było nie tak... Czuła to.       

BUM!

Obudził ich potężny wybuch.
-Co jest?!- Rich przetarł oczy.- Sa....- Odwrócił głowę, ale Sara już się ubierała. Za oknem szalał ogień.
-Szybciej, Rich. Chodź!- Ponagliła go.
Wstał, założył spodnie, złapał kurtkę wiszącą na krześle i wybiegł za nią.
Wbiegli przed budynek, Black już tam był.
Richard pierwszy raz widział go w akcji.
-Kurde! Wykryli nas!- Krzyknął do nich, zmagając się z małym, zielonym, skrzydlatym demonem, który pluł w niego ogniem, latając naokoło niczym natrętna mucha. W końcu, złożył palce w kształ trójkąta i trafił w natrętnego potwora, spalając go na miejscu żywcem.
Usłyszeli dudniące odgłosy, gdzieś w oddali. Zbliżało się do nich coś wielkiego.
-Tytani! Uciekamy! Musimy uciekać!- Zarządził Black. - Rich... 
-Nigdzie nie idziemy! - Zaprotestował. - Ja tu zostaję!
-Nie rozumiesz? Musimy się przygotować! Nie damy im teraz rady, potrzebujemy....
Ale Richard mu przerwał.
-Black! Co się z tobą do cholery dzieje?! Nie poznaję ciebie! Gdzie jest ten facet, który nauczył mnie tego wszystkiego? Gdzie on się podział, hę?!
Dudnienie było coraz bliżej, ziemia się trzęsła.
Black zatrzymał wzrok i osłupiał na chwilę. Wyraźnie słowa Richarda dotknęły go i ukłuły czuły punkt. Dotkliwie. Trafił tam, gdzie miał trafić. I miał rację, co on do cholery wygaduje? Uciekać? Po co? Gdzie?
-Saro, jeżeli chcesz się na coś przydać, biegnij do schronu po broń. Rich... Przygotuj się....- Dłoń, którą zacisnął w pięść, zaświeciła się.- Będzie rzeźnia.
Jego przyjaciel uśmiechnął się.
Dwóch tytanów, łamiących po drodze drzewa i wyrywając je razem z korzeniami, zbliżało się do nich coraz bardziej... Obalane pnie padały na ziemię z głośnym łoskotem.
Jeden z nich, dmuchał płomieniem, podpalając wszystko na swojej drodze. Trzask płomieni i łamanych gałęzi, był już zaledwie piędziesiąt metrów od nich...

poniedziałek, 30 marca 2020

XXXV
   
    Cthulhu odszedł od swojej wszystkowidzącej czary, stając do niej plecami i obserwował pracę swoich oddanych sług. Podwodne miasto, które niebawem będzie na ukończeniu, stanie w końcu na nogi i to w postaci wyspy, którą zdecydował wynieść  tak wysoko, aby mógł z niej oglądać cały świat. Jego świat. Będzie wyżej niż najwyższe szczyty, wyższa, niż sam starożytny Olimp. Było mu trochę szkoda, że stracił swojego generała. Nie dlatego, że odczuwał jakiś żal z powodu jego śmierci, o nie. Po prostu Mancrucifix był bardzo mocnym wojownikiem, silną jednostką. Czasem się przydawał... Ale cóż, na pewno poradzi sobie bez niego.
Mocarni tytani pracowali ciężko w morskiej otchłani, dźwigając poptężne, ozdobne bloki kamienne. Stawiali wielkie, strzeliste budynki, złocone niczym w epoce baroku, wykuwając metale pod warstwą wody. W środku ziemi było słychać dźwięczenie młotów i odgłosy ciężkiej maszynerii, której drżenie Pradawny odczuwał pod swoimi stopami.
Wszystko szło świetnie.


Richard znalazł się w pokoju szpitalnym, przypięty pasami do łóżka.
Poczuł się zdezorientowany.
Szarpał rękami i nogami, próbując się wydostać.
-Cholera, gdzie ja jestem? Co się dzieje?
Udało mu się uwolnić lewą ręke.
-Jest!
Trochę się poszarpał z drugą, ale w końcu ją też wyrwał z mocnego ucisku pasa. Potarł nadgarstki i rozejrzał się po pomieszczeniu. Przed łóżkiem stało biurko, za nim znajdowały się białe, przeszklone drzwi i kolejne po jego prawej stronie, które nagle się otworzyły i weszła przez nie młoda pielęgniarka.
-Spokojnie! Proszę się położyć!- Spojrzała na zwisające luźno pasy. - Jak panu się udało wydostać?
Richard spojrzał na nią ze zdziwieniem.
-Co ja tutaj robię, do cholery?- Spytał.
-Pan... Richard Michalsky, tak?
Rich zajął się uwalnianiem nóg.
-Proszę to zostawić w spokoju!
-Pani nie rozumie! Muszę się jak najszybciej stąd wydostać! Światu grozi wielkie niebezp.... Gdzie ja w ogóle jestem?!
-Proszę się nie obawiać, zajmiemy się panem...
Złapała go silnym uściskiem za nadgarstek, który zaczął go parzyć. Spojrzał na jej dłoń, która była rozgrzana do czerwoności.
-Co jest?!- Zaczął się szarpać, ale nie mógł się wyrwać, ból przybierał na sile. - Ała!
Nagle, tajemnicza pielęgniarka przemówiła do niego demonicznym głosem:
-Spokojnie kochanie, nie stęskniłeś się za mną? Wiesz, że jesteśmy sobie przeznaczeni?
-Aaaa! Nie! To znowu ty? Przecież cię zabiłem!
Demon złapał go za drugi nadgarstek.
-Puść mnie!
-Nie tak szybko mój mały, pamiętasz naszą małą umowę? Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo!
Jego głos go przeraził.
Twarz pielęgniarki zmieniła się w pysk bestii, o metrowych kłach, która chciała go połknąć w całości.
-Zostaw mnie!- Uwolnił nogi, jest!
Wyrwał ręce z ucisku i zsunął się z łóżka. Podbiegł do drzwi, które miał za sobą, otworzył je i wbiegł na salę przyjęć. Usłyszał w głowie diaboliczny głos:
-Możesz uciekać, ale mi nie zwiejesz! To mój świat! Hahaha! - Okrutny śmiech odbijał się w jego czaszce echem, niczym jakaś mantra z piekła.
Wybiegł na dwór. Pogoda była szara i mglista, a miasto opustoszałe. Biegł przed siebie ile sił w płuchach, mgła przesłaniała mu widok. Wszędzie było głucho.
-Hyyh! Hyyh!- Dyszał z trudem, ciężkie powietrze przecinało mu boleśnie gardło.
Chciał spytać kogoś o drogę, ale wokół nie było żywej duszy. Słyszał cały czas w głowie tylko nieprzerwany śmiech demona. Demonów? Sam już nie wiedział, brzmiało to jak kaskada wszystkich chórów z piekła naraz.
-ZOSTAW MNIE W SPOKOJU!!!
Na przeciw siebie zauważył w końcu jakiś kościół z ogromnym zegarem, na którym wybiła godzina 12. Wielkie dzwony zaczęły bić donośnie, "BIM-BOM, BIM-BOM!" Pod wielkimi drzwiami wejściowymi do kościoła, majaczyła jakaś postać.
-"Któż to może być?"- Pomyślał.
Niewiele się zastanawiając, ruszył w jej stronę. Zbliżając się, ujrzał jej zarys. Postać machała ręką nerwowo, przywołując go do siebie. Poczuł, że za wszelką cenę musi się do niej dostać.
-Biegnę!
Gdy podbiegł dostatecznie blisko, aby zauważyć więcej szczegółów poprzez nieprzeniknioną mgłę, zaparło mu dech w piersiach. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi...
-D-DaVil? - Nie posiadał się ze szczęścia. - Braciszku! - Chciał podbiec i go objąć, ale ten powiedział tylko:
-Szybko, do środka!
-Ty żyjesz! Co się wtedy sta....
Lecz DaVil szybko mu przerwał.
-Nie ma teraz na to czasu! Właź! 
Otworzył bramę i wcisnął go do środka.
-O co cho...- Zaczął, wepchnięty wpadł na ławę.
-Słuchaj mnie teraz uważnie! Słuchasz? - Rich skinął głową- Dobrze, więc się skup!
Richard uznał, że najlepiej będzie się teraz zamknąć i wysłuchać tego, co ma mu do powiedzenia brat.
-Znajdujesz się teraz w równoległym wymiarze, ja też jestem tutaj tylko na chwilę. Nie mogę być tak blisko.
-Gdzie jestem? Blisko czego?
-We śnie, słuchaj! I zapamiętaj! To bardzo ważne, abyś od teraz zapamiętał każde moje słowo! Gdy wrócisz, zapisz wszystko co tu usłyszałeś. Ok?
- Okej, okej.
-Super, więc, jesteśmy na niskim planie astralnym.
-Planie astralnym...- Powtórzył Richard, jak w transie.
-Tak, mam teraz dla ciebie przekaz. Po śmierci, wszyscy trafiamy tutaj, do niefizycznego świata.
Rich zauważył, że demon zniknął.
-W kościele nie ma do ciebie dostępu.
-Jak...
-Porozumiewamy się tutaj za pomocą myśli, telekinezy, telepatii- jak zwał, tak zwał. Po pierwsze, nie możesz pod żadnym pozorem ufać Blackowi.
-Co? Dlaczego?
-Ma on własny plan, który jest sprzeczny z tym, co ma nastąpić. Masz na niego uważać, szczególnie opiekuj się Sarą i nie daj mu zbliżyć się do niej, gdy będziecie walczyć z Cthulhu.
-Powiesz mi co on knuje?
-Black jest aniołem... Upadłym, aniołem... Demonem, który podobno nawrócił się na dobrą stronę. A my Richard... My nie jesteśmy ludźmi. Ty i ja pochodzimy z innej planety, jesteśmy gatunkiem potężnych istot, które zdominowały ten wszechświat i zostały rozproszone po wszechświecie. Zastosowane zostały wobec nas środki bezpieczeństwa, w postaci totalnej amnezji i skradzionej tożsamości abyśmy już nigdy nie mogli zjednoczyć naszej rasy ponownie, ponieważ jesteśmy zbyt dużym zagrożeniem dla tej rzeczywistości, w której żyjesz... Oto cała prawda.
Richarda coś zaczęło ciągnąć do tyłu, prędkość narastała, obraz zaczął się rozmywać.
-Nieee! Czekaj!- Próbował szamotać rękami do przodu, lecz na nic jego wysiłki.
W mgnieniu oka, znalazł się z powrotem. Ponad swoim ciałem, aż w końcu w nim wylądował.
Otworzył oczy.
Wziął głęboki oddech.
To było szalone. Nie mógł zmrużyć oka, więc widział tylko jedno wyjście.... Lecz wpierw zapisał wszystko posłusznie, jak polecił mu brat.
-Skoro demon wrócił....- Sięgnął do szafki po diazepam, ale tabletek tam nie było....
Zatrzasnął półkę z hukiem. Był rozwścieczony. Jak ktoś, mógł grzebać w jego rzeczach bez pytania? Wstał i odwrócił się na pięcie, aby wyjść z sypialni lecz zauważył, że Sara cały czas go obserwuje.
-Eee... Cześć. Już nie śpisz?- Spytał z głupią miną.
- Przez ciebie, pewnie i do końca nocy.
Uśmiechnął się.
-Masz to jak w banku. - Wsunął się pod kołdrę.
-Chyba jesteś chory!- Zaprotestowała. - Ej! nie tam!- Zachichotała.
 

sobota, 28 marca 2020

XXXIV
    -Gdzie lecimy?- Spytał Rich.
-Zregenerować siły.- Odparł Black.
-A potem?
-Ruszymy do podwodnego królestwa Cthulhu. Zobacz, co dzieje się z planetą. Sprawił już, że gnije.
-Gnije?
Sara spojrzała w dół. No tak, przecież tutaj powinny być łąki, pola, lasy jeziora. A do tej pory nie spostrzegła niczego więcej, jak bagna i rozkład zarośnięty pleśnią. Cuchnęło okrutnie. Na wyspie u Batyldy tego nie było...
-Tak, gnije.- Odpowiedział Black.- Pradawny chce, aby ten proces prrzeszedł jak najszybciej, a jeśli dojdzie do końca... To będzie już za późno, zmiany będą nieodwracalne.
- To nie brzmi za dobrze.- Wtrąciła Sara, ziewając.
-Musimy wypocząć i zebrać siły, pospieszmy się.

Po powrocie, w bazie.

-Rich, chodź ze mna na górę, musimy posortować zapasy.- Rzekł Black, gdy wrócili.
Weszli na kolejne, wyższe piętro.
Spodziewał się ujrzeć coś innego, ot zwykły strych. Jakieś stare zabawki, połamane wózki, polowe łóżko, masa gratów i niepotrzebnych nikomu, ale jednak potrzebnych śmieci i bibelotów.
-Chodź.
Podeszli do metalowych drzwi, stojących na samym końcu pomieszczenia. Black nacisnął guzik, a one rozsunęły się niczym w windzie. Gdy weszli do niej, z boku zauważył przymocowaną tabliczkę. Gdy Black jej dotknął, zapaliła się. Zaczął naciskać skomplikowane kombinacje cyfr i układać wzory, w jakieś dziwne figury geometryczne.
W końcu ruszyli. Winda powoli osuwała się na dół.
-Gdzie jedziemy?
-Do podziemi, zobaczysz.- Odparł.
Z głośników grała spokojna melodyjka.
-Jak w hotelu.- Zauważył Rich.
-Hotelowe spiżarnie, to przy nas pikuś.- Puścił mu oczko.
<DING>
Winda zatrzymała się, drzwi rozsunęły.
-Chodź.- Powtórzył.
Jego oczom ukazało się wielkie, podziemne pomieszczenie, o szarych, betonowych ścianach. Po środku stały rzędy podobnych ścian, ciągnących się bez końca. Każda była wypełniona otwieranymi półkami, niczym jakieś betonowe archiwa.
Black otworzył pierwszą z nich, wyjął baniaki z wodą i postawił. Wszedł na przesuwną drabinę i wyciągnął z górnej półki pare paczek z żywnością.
-Potrzymaj to. -Podał mu jedną z nich.- Jeszcze coś sprawdzę i lecimy.
-Black?- Zaczął Rich, idąc za nim w głąb pomieszczenia.
-Hm?
-Powiedz mi, kim tak właściwie jest ten cały Cthulhu? Jeśli... Mam z nim walczyć, to chyba muszę wiedzieć o nim jak najwięcej się da, nie?
-Czujesz się na siłach?
-A nie powinienem? Mam się go bać?
- To zależy od ciebie. Chodzi mi o to, czy uniesiesz tę wiedzę.
-Eee...- Śmierć DaVila dosyć go przytłoczyła, pragnął odwdzięczyć się temu potworowi tym samym.- DaVil... On... On, zginął z jego polecenia, tak?
-To pewne. Prawdopodobnie wysłał go, aby pozabijał nas wszystkich.
-Kim on do cholery jest? Black!- Złapał go za kołnierz i potrząsnął.- Ja muszę to wiedzieć!
-Ehhh... Usiądź młody.
Richard usiadł naprzeciw niego, w ciemnym pomieszczeniu, na betonie.
-Opowiem ci:
Jedni są zdania, że Cthulhu jest królem demonów. Najpotężniejszym z nich wszystkich, fizycznych, czy też nie. Inni zaś sądzą, że to po prostu morski potwór, który topi statki na trójkącie bermudzkim. Są też tacy i ja do nich należę, którzy zasłyszeli o nim pewną legendę, a jak to z nimi bywa, w każdej tkwi ziarenko prawdy. Są jeszcze ludzie, którzy powiadają, że była to fuzja diabła z demonem, ale to totalna bzdura.
-Dlaczego?
-Ponieważ takiego osobnika miałeś okazję poznać osobiście.
-Kto?- Zapytał zdumiony.
-Nikt inny jak sam Mancrucifix, we własnej kurde, osobie.
-Mancrucifix?!
-No przecież ci mówię, Rich. On był fuzją i to dosyć udaną, cholera.
-Czy taka... fuzja, jest już nie do rozłączenia?
-Tak, mimo że te dranie zyskują masywną potęge, rozdzielić się już nie mogą, ale wróćmy do...
-Czy ludzie tez to potrafią? Fuzjować?
-Scalać się? Nie, przynajmniej nie słyszałem nigdy o takim przypadku, ani o tym aby było to przynajmniej możliwe, czy wykonalne. Ale wróćmy do potwora.
-No tak, tak.
-Więc, przy stworzeniu ziemi majstrowały trzy bóstwa: Jeden stworzył ziemię, skały, drzewa, zwierzęta i rośliny. Drugi zalał świat wodami i stworzył wszelkie życie podwodne. Trzeci ułożył niebiańskie sklepienie i wszelkie ptactwo. Z połączenia ich trzech sił powstał człowiek. Ich kopia.
-Śłyszałem podobną historię! Ale tam był jeden?
-Słuchaj dalej, ten drugi, zwą go Posejdon, Neptun, jak wolisz...
-Posejdon?!
-Tak. Nie zgadzał się on z "Zeusem" (wykonał znak cudzysłowia w powietrzu) i chciał mieć całą ziemię pod władzą, miał dosyć tkwienia w cieniu swego brata. Namówił on więc lud, aby zbudowali wieżę, tak wysoką, żeby mogli spojrzeć w okna królestwa Olimpu. Zeus zezłościł się, zburzył wieżę i pomieszał ludziom języki.
-Babel? TO była wieża Babel?!
-Tak, to ta. No więc, wkurzył się. Bardzo. Postanowił, że wyniesie się z Olimpu, ponieważ ludzie, z powodu swej pychy, nie są godni na przebywanie z nim na jedej planecie.
Jakiś czas później, dowiedział się, że to sprawka Posejdona, więc uwięził go, razem z tytanami na 1000 lat podwodnego więzienia. Dziś Posejdon i jego tytani powrócili i ponownie ukazał swój bunt przeciw bratu, pokazem swojej siły, powodując gnicie naszej ukochanej planety.

Richard wstał z miejsca, z wrażenia.
-Bóg?! Cholera, mam walczyć z cholernym Posejdonem?!
-MY będziemy walczyć, musimy go obalić, inaczej koniec ziemi, zemści się i zniszczy tę planetę!
- CZY CIEBIE DO RESZTY POPIEPRZYŁO?!- Wybuchnął.- Nie mam zamiaru stawać do starcia  Z BOGIEM! Cholera!- Oparł się o ścianę i odsapnął kilka razy. - Przepraszam Black, ja.... ja nie chciałem...
-W porządku, chodź, Sara zaraz umrze z głodu. - Ruszyli się z miejsca.- Słuchaj, wiem że to dla ciebie trochę za dużo na raz, ale nie mamy czasu, a ty chyba wolisz znać prawdę?
-Tak... Chyba tak. Czyli... ten cały, Cthulhu, to tak na prawdę upadły Posejdon, tak?
-Nie inaczej i to w dodatku śmiertelny na ziemi, z połową swojej mocy, także, szanse są duże.
Weszli do windy i wjechali na górę.

piątek, 27 marca 2020

STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 9
Strasznie straszny moment

No, miły prosiak !
Ale jazda!
Tego jeszcze nie było.

Zdarzają się tacy, Hedys. Ale trzeba uważać, bo często udają miłych, mając jakąś podpuchę w zapasie, ale chyba nam to teraz nie grozi...

To przecież urodzone agresory, takie udawanie im wychodzi?
Ja cie kręcę... Co jeszcze na tym świecie mnie zaskoczy? Jeszcze się okaże że Ziemia jest płaska, haha...

O, idzie.

Proszę panów bardzo.
Jeden stek...
I 66 letnie wino marki Royal classic.
Życzę smacznego.

Odwrócił się na pięcie i zniknął z powrotem na zapleczu.

Bunk nalał sobie lampkę i powąchał zawartość.

Jak coś, cyjanek jest bezwonny.

Przymknij się.
I wziął haustem całość na raz, chyba żeby go trochę poddenerwować.

Hedys teatralnym gestem przyłożył dłonie do szyi, udając że się dusi i wywalił język na wierzch.

Nagle, Bunk bezwładnie opadł na stół.

Bunk?
Jedno szturchnięcie.
Ej weź no stary, co ty, nie zgrywaj się.
Drugie szturchnięcie.
No wstawaj co ty, weź.
Trzecie i Hedys lekko spanikował.
Mój Boże...

Aaa!
Bunk nagle się zerwał z krzykiem.

Zdezorientowany Hedys odskoczył jak oparzony.

Ahahahh! Mam cie!

Mlodzieniec natychmiast poczerwieniał ze wstydu i złości.
Kretyn!

Bunk o mało nie posikał się ze śmiechu.
Rzadko takie numery wychodzą.
Zjedz lepiej, bo słaby jesteś widzę na nerwach i ciele przyjacielu.

Dziad.

Po skonsumowanym posiłku i winie, wyruszyli w dalszą drogę.

czwartek, 26 marca 2020

XXXIII
    Black przestał wyczuwać obydwie energie. Batylda zaparzyła jakieś ziółka w metalowym kubku i podsunęła je pod nos Richardowi, który wyczuwając je, zaczął się powoli przebudzać.
-I co? Już po wszystkim?- Spytała Sara, patrząc na Richarda.
Wiedźma przytaknęła jej głową.
Zaczął kaszleć, leżąc na łóżku przykryty kocem.
Black usiadł obok niego i objął go ramieniem.
-Już po wszystkim stary, no chodź, wstawaj... Ubierzemy cię, musimy stąd iść, chodź...
Batylda wyjęła trochę ciuchów z szafy.
-Masz.
-Co się stało?- Zapytał, naciągając dżinsy.
-Udało się.- Wyszczerzył się do niego Black.- Jesteś wolny Rich. Czysty od tego brudu.
-Czyli... Demon... Już we mnie nie siedzi?
-Wypij to do końca.- Podsunęła mu ziółka, których użyła do ocucenia go.
-Chodźmy na zewnątrz.- Black podniósł się, za nim Sara z Richardem.
Batylda podeszła pod klapę, machnęła ręką i otworzyła ją.
Ich nozdrza wypełnił zapach spalenizny. Gdy  wyszli na zewnątrz, widok którego doświadczyli był przerażający.

Z chatki, ani lasu, ani nawet klifu, który został kompletnie sprasowany, nie zostało kompletnie nic. 
Wielki ślad wybuchu na białej, gołej skale, gdzie jeszcze niedawno stał DaVil, był jedynym śladem jaki pozostał.
Richard wybałuszył oczy.
-Co tu się do jasnej ciasnej wydarzyło?- Zapytał zdumiony.- Czy to byłem ja?
-Rich...- Zaczęła Sara.- Zaskoczył nas Mancrucifix, i...
-A czego on tutaj szukał? Nas?! Gdzie jest DaVe?- Na jego twarzy pojawił się wyraz szoku i niedowierzania.
-Mój drogi...- Odezwała się tym razem Batylda.- Podczas, gdy ty walczyłeś z demonem wewnątrz, twój brat zmagał się z diabłem tutaj.
-Co z nim?
-Wygrał, ale... za cenę swojego życia.- Zakończyła ze smutną miną.
 Jego twarz zastygła w bezruchu. Ciężko mu było przeanalizować to, co właśnie usłyszał, jakby jego umysł zatrzymał się w miejscu. Nie docierało do niego nic, stał tak chwilę z tępym wyrazem twarzy.
W końcu powiedział:
-DaVil? On... on... Nie żyje?
-Tak.- Odparł Black.- Poświęcił się, aby zlikwidować generała Cthulhu. To wielki wyczyn, który kosztował go wiele wysiłku i odwagi. Jego energia życiowa przestała dawać jakiekolwiek znaki. Zniknął...

Rich upadł na kolana. Poczuł się, jakby właśnie utracił jakąś część siebie, która powoli z niego ulatywała, jak strużka dymu z dopalającego się papierosa....
-Nie zginął na darmo, a ty mu pomogłeś.- Wtrącfiła Batylda.- W chwili, gdy demon opuścił twoje ciało, jakimś cudem transportowało go w pole walki pomiędzy twoim bratem, a Mancrucifixem i jego lico stopiło się w środku serca DaVila, napełniając je dodatkową mocą, która eksplodowała, pozbawiając obydwu życia... Gdyby nie ty, kto wie, czy właśnie nie zabiłby go diabeł, z którym musielibyście się właśnie teraz użerać...
Sara do teraz miała przed oczami obraz okrutnego śmiechu i smrodu toczącego się z jego pyska. O wiele ładniej się prezentuje, gdy go nie ma.- Pomyślała.- Tak, zdecydowanie.
A więc podświadomie... pomógł mu zabić Mancrucifixa, a przy tym i jego. Cudownie... 
Marne to pocieszenie.
Batylda położyła mu dłoń na ramieniu.
-Wstawaj.- Podniósł się.- I idź ratować świat, mój chłopcze, bo to jeszcze nie koniec...
Spojrzał w jej ciemne, nieprzeniknione oczy...
-Ruszamy.- Odrzekł Black.- Batyldo... Dziękujemy za wszystko.- Objął ją i poklepał po plecach.- Poradzisz sobie, tak?
-O mnie się nie martw, kochany....
-Po kapsułach został zaledwie popiół... Lecimy w takim razie bez nich. Richard, złap Sarę. Czas to zakończyć!

STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 8
Knajpa

To świetnie, świetnie. Ruszajmy zatem!

Ale.. Bunk, czy zanim dojdziemy do tych ludzi, czy po drodze możemy coś zjeść?
Nie jadłem nic jeszcze 33 dni... jestem głodny...

Eee... a czy po takim czasie, no wiesz... nie musisz zacząć od jakichś soczków, czy coś?

Nie musze...

Aha, no bo jesteś...

Cicho bądź!

No tak, tak, przepraszam już znowu nie zaczynam. Pewnie, idziemy na jakąś szamę.

I tak zeszli zboczem góry, przeszli troche drogi, a ich oczom ( i trochę niecierpliwym żołądkom) ukazała się jakaś knajpka, urządzona w drewnianej chatce. Weszli więc do środka.

We wnętrzu panowała cisza i grobowa atmosfera.
Kilku klientów pochowana w ciemnych zakamarkach sączyło jakieś napoje.
Spod nakryć głowy, większość twarzy wolała być zasłonięta.

Usiedli przy jednym ze stolików, Hedys na nikogo ani na nic nie zwracał uwagi, po prostu usiadł szybko i zaraz chwycił kartę MENU, natomiast Bunk ukradkowo rozgladał się po pomieszczeniu.

Co za miejsce... Dziwny klimat...

Bunk, siadaj wreszcie, nie mamy czasu.
Trzeba szybko zjeść, szybko ich znaleźć i szybko wejść do podziemi.
Szybko, szybko, szybko!

Ou.
Wstrząsnął się z zamyślenia i zajął wygodnie miejsce.

No! To mamy tak...
Ja biore...
Haaam...
Tak!
A ty co bierzesz??

Ja? Mmm....
Po prostu trochę wina i tyle.

Dobra.
Tylko chyba trzeba do baru podejść, bo kelnera tu ze świecą raczej szukać. Idź Bunk!

Ja? A czemu właśnie ja??

Bo ja sie wstydzę.

Ładna mi wymówka. Idziemy obaj!
Krzyknął szeptem.

Dobra... już dobra. Chodź.

Bar był pusty. Obsługa zdawała się być na zapleczu.
Co zrobić?
Krzyczeć? Wołać?

Hedysowi odechciewało sie chyba powoli jeść.
Jakoś atmosfera była chyba za gęsta...

Wiesz co? Może zjemy gdzieś indziej? Chodź, Mojżesz wytrzymał 40 dni bez żarcia, to ja już przetrzymam te 4 godziny jeszcze więcej.

Co ty? Boisz się?

A jak nas otrują? Nie można im ufać, to wygary...

Przecież ciebie to i tak nie ruszy, jesteś...

No dobra, ale tobie dadzą cyjanek i papa.

Nie mam takich paranoi, poza tym mi by to nie przeszkadzało, dobrze wiesz, że po Drugiej Stronie czułbym się znacznie lepiej. I to lepiej ode mnie chyba nawet.

Wtem, nagle przez małe proporcjonalnie framugi, zza zaplecza wyszedł wielki pół- prosiak, pół-człowiek, z wielkimi kłami w ryju.

Zrobili duże oczy.

Dzień dobry panom, co podać?

P-p- poproszę ...stek.

Oczywiście. Dla szanownego pana?

Ee.. troche wina.

Ależ oczywiście
Prosiako man zapisal wszystko w notesiku.
Za chwilę przyniosę do stołu, proszę się rozgościć i miło spędzić u nas czas.

Usiedli.

Jak żyję, nie widziałem takich rzeczy!
Widziałeś to? Czy ja na prawdę bylem tam tylko 33 dni?
Może lata?

środa, 25 marca 2020

XXXII
    Rich przestał nagle mówić i niestety nagrało się niewiele, poza kilkoma zdaniami. Wszystko ustało, gdy ściany zmieniły się w płynną lawę, która go zatopiła.
Oczy zastygły mu w bezruchu.
-Ucho pomogło?
-Bardziej niż kiedykolwiek, podnieśmy go teraz.
Hyyyp!
Przenieśli go na ołtarzyk w kącie. 
Ściany chaty zatrzęsły się.
-Co tam się dzieje, do cholery?- Spytał Black.
-DaVil...- Szepnęła wiedźma.- Nie odeszli na dziesięć kilometrów! Cholera! Wiedziałam że tak będzie!
-Więc już raczej tego nie powtórzy?
-Oszalałeś?! Chcesz, żeby została zachwiana subtelna równowaga wymiarów?
- Spojrzała na leżącego bezwładnie Richarda i rzekła.- Z nim byłoby trochę gorzej.... Ciało ma swoje granice, do diaska!
Kolejny wstrząs, tym razem jeszcze silniejszy poruszył niebezpiecznie ściany niezbyt wytrzymałej chatki.
Black chciał udać się do lasu, ale kiedy poczuł tę energię uznał, że nie ma sensu się tam pakować. Ale musiał wiedzieć co się dzieje, więc wybiegł przed chatkę. Rozgwieżdżone niebo rozjaśniały jedynie połączone strumienie ognia.

DaVil czuł, że już dłużej nie wytrzyma, to koniec. Mancrucifix też dawał z siebie wszystko, czuł że rezerwy mu się wyczerpują, ale parł dalej twardo.
-Saro! Uciekaj!.- Krzyknął do niej.- Wracaj do chatki!
-Nie!
-Za chwilę wybuchnie potężna eksplozja! Musisz się schować! Batylda was ukryje! Idź!
Popatrzyła na niego przez chwilę, nie odzywając się.
-Teraz! Bez gadania!
-O- ok.- Pobiegła z powrotem drogą, którą przyszli.
Teraz się zabawimy...- Pomyślał DaVil, skupiając wzrok na swoim przeciwniku.
Chaos wokół niego przybierał na sile, wyrywając drzewa. Moc, która go wypełniała ciągle rosła, przekraczając już granice wytrzymałości tkanek. Czuł, jak żywy ogień rozrywa mu powoli wnętrza żył...

Zauważyła w końcu stojącego pod domkiem Blacka.
-Sara?
Upadła na niego zasapana.
W tym samym czasie, z chaty wyszła Batylda.
-Wracać mi tu oboje natychmiast, o ile nie chcecie zginąć!!!
Sara pociągnęła Blacka za sobą i szybko wbiegli do środka.
-Za mną! Weźcie młodego!
Zeszli na dół.
Black podniósł Richarda i położył jego bezwładne ciało na ramieniu. Sara przykryła go kocem.
-Kręciliście nieodpowiednie filmy z nim w roli głównej, czy co? - Spytała.
Ale zanim ktokolwiek zdążył jej odpowiedzieć, w podłodze pojawił się wycięty prostokąt, który zaczął osuwać się powoli w dół.
-Stawajcie!- Rozkazała Batylda.
Zjechali na dół.
-Saro, co tam się dzieje?- Zapytał Black.
- To mancrucifix, zaskoczył nas w lesie.... A DaVil... on... on....
-Zaraz zmiecie wszystko w powietrze.- Przerwała jej wiedźma.
-Mancrucifix?- Zdziwił się.
-Tak, właśnie się z nim zmaga.
Znaleźli się w ciemnym pomieszczeniu.
-Połóż go na ziemi. Niebawem wstanie.
Usłyszeli głuchy wybuch, który potrwał chwilę, a następnie poczuli silny wstrząs.
-Łoooo!- Zachwiali się.
Batylda usiłowała zapalić źródło światła.
Byli w pomieszczeniu z dwoma łóżkami, jakąś szafą, małą kuchnią. Trochę zapasów. Dosyć obskurny pokoik.
-Witam was w moim skromnym... Schronie przeciwatomowym!
-Gdzie?- Spytała Sara.
-Dzięki bogom, że wytrzymał. Boję się, co znajdziemy teraz na górze....- Zmartwiła się Batylda.


-Któż to do cholery jest?! Skąd on bierze tyle energii?!- Pomyślał wyczerpany Mancrucifix. - To nie do pomyślenia! W końcu to tylko zwykły człowiek! Khhyyy!
DaVil poczekał aż Sara zniknie z pola widzenia, poczuł jak skóra na rękach zaczyna mu pękać, a przez pęknięcia wydostaje się jasne, czerwone światło...
-Aaaah!!!
A więc to koniec... Koniec. Jego żywot na tej planecie dobiegał końca. Wiedział to. Czuł jak jego ciało rozpada się się na kawałeczki... Słup ognia bladł.
Demon zaśmiał się i użył resztki całej swojej mocy aby dobić przeciwnika. Potężna fala uderzeniowa przeszyła ciało DaVila, lecz zamiast go zniszczyć, wchłonęła się prosto w jego serce i cała skoncentrowana energia w jednym momencie eksplodowała z siłą dziesięciu bomb atomowych, pochłaniając dosłownie wszystko na swojej drodze.Rodzaj tego wybuchu był szczególny. Mancrucifix został pochłonięty kulą ognia i zneutralizowany. Na ziemi nie pozostał z niego nawet atom. 
Po wszystkim, zostało jedynie trochę czerwonych rozbłysków. DaVila i Mancrucifixa nie było już z nimi na tym świecie...