czwartek, 26 marca 2020

XXXIII
    Black przestał wyczuwać obydwie energie. Batylda zaparzyła jakieś ziółka w metalowym kubku i podsunęła je pod nos Richardowi, który wyczuwając je, zaczął się powoli przebudzać.
-I co? Już po wszystkim?- Spytała Sara, patrząc na Richarda.
Wiedźma przytaknęła jej głową.
Zaczął kaszleć, leżąc na łóżku przykryty kocem.
Black usiadł obok niego i objął go ramieniem.
-Już po wszystkim stary, no chodź, wstawaj... Ubierzemy cię, musimy stąd iść, chodź...
Batylda wyjęła trochę ciuchów z szafy.
-Masz.
-Co się stało?- Zapytał, naciągając dżinsy.
-Udało się.- Wyszczerzył się do niego Black.- Jesteś wolny Rich. Czysty od tego brudu.
-Czyli... Demon... Już we mnie nie siedzi?
-Wypij to do końca.- Podsunęła mu ziółka, których użyła do ocucenia go.
-Chodźmy na zewnątrz.- Black podniósł się, za nim Sara z Richardem.
Batylda podeszła pod klapę, machnęła ręką i otworzyła ją.
Ich nozdrza wypełnił zapach spalenizny. Gdy  wyszli na zewnątrz, widok którego doświadczyli był przerażający.

Z chatki, ani lasu, ani nawet klifu, który został kompletnie sprasowany, nie zostało kompletnie nic. 
Wielki ślad wybuchu na białej, gołej skale, gdzie jeszcze niedawno stał DaVil, był jedynym śladem jaki pozostał.
Richard wybałuszył oczy.
-Co tu się do jasnej ciasnej wydarzyło?- Zapytał zdumiony.- Czy to byłem ja?
-Rich...- Zaczęła Sara.- Zaskoczył nas Mancrucifix, i...
-A czego on tutaj szukał? Nas?! Gdzie jest DaVe?- Na jego twarzy pojawił się wyraz szoku i niedowierzania.
-Mój drogi...- Odezwała się tym razem Batylda.- Podczas, gdy ty walczyłeś z demonem wewnątrz, twój brat zmagał się z diabłem tutaj.
-Co z nim?
-Wygrał, ale... za cenę swojego życia.- Zakończyła ze smutną miną.
 Jego twarz zastygła w bezruchu. Ciężko mu było przeanalizować to, co właśnie usłyszał, jakby jego umysł zatrzymał się w miejscu. Nie docierało do niego nic, stał tak chwilę z tępym wyrazem twarzy.
W końcu powiedział:
-DaVil? On... on... Nie żyje?
-Tak.- Odparł Black.- Poświęcił się, aby zlikwidować generała Cthulhu. To wielki wyczyn, który kosztował go wiele wysiłku i odwagi. Jego energia życiowa przestała dawać jakiekolwiek znaki. Zniknął...

Rich upadł na kolana. Poczuł się, jakby właśnie utracił jakąś część siebie, która powoli z niego ulatywała, jak strużka dymu z dopalającego się papierosa....
-Nie zginął na darmo, a ty mu pomogłeś.- Wtrącfiła Batylda.- W chwili, gdy demon opuścił twoje ciało, jakimś cudem transportowało go w pole walki pomiędzy twoim bratem, a Mancrucifixem i jego lico stopiło się w środku serca DaVila, napełniając je dodatkową mocą, która eksplodowała, pozbawiając obydwu życia... Gdyby nie ty, kto wie, czy właśnie nie zabiłby go diabeł, z którym musielibyście się właśnie teraz użerać...
Sara do teraz miała przed oczami obraz okrutnego śmiechu i smrodu toczącego się z jego pyska. O wiele ładniej się prezentuje, gdy go nie ma.- Pomyślała.- Tak, zdecydowanie.
A więc podświadomie... pomógł mu zabić Mancrucifixa, a przy tym i jego. Cudownie... 
Marne to pocieszenie.
Batylda położyła mu dłoń na ramieniu.
-Wstawaj.- Podniósł się.- I idź ratować świat, mój chłopcze, bo to jeszcze nie koniec...
Spojrzał w jej ciemne, nieprzeniknione oczy...
-Ruszamy.- Odrzekł Black.- Batyldo... Dziękujemy za wszystko.- Objął ją i poklepał po plecach.- Poradzisz sobie, tak?
-O mnie się nie martw, kochany....
-Po kapsułach został zaledwie popiół... Lecimy w takim razie bez nich. Richard, złap Sarę. Czas to zakończyć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz