STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 8
Knajpa
To świetnie, świetnie. Ruszajmy zatem!
Ale.. Bunk, czy zanim dojdziemy do tych ludzi, czy po drodze możemy coś zjeść?
Nie jadłem nic jeszcze 33 dni... jestem głodny...
Eee... a czy po takim czasie, no wiesz... nie musisz zacząć od jakichś soczków, czy coś?
Nie musze...
Aha, no bo jesteś...
Cicho bądź!
No tak, tak, przepraszam już znowu nie zaczynam. Pewnie, idziemy na jakąś szamę.
I tak zeszli zboczem góry, przeszli troche drogi, a ich oczom ( i trochę niecierpliwym żołądkom) ukazała się jakaś knajpka, urządzona w drewnianej chatce. Weszli więc do środka.
We wnętrzu panowała cisza i grobowa atmosfera.
Kilku klientów pochowana w ciemnych zakamarkach sączyło jakieś napoje.
Spod nakryć głowy, większość twarzy wolała być zasłonięta.
Usiedli przy jednym ze stolików, Hedys na nikogo ani na nic nie zwracał uwagi, po prostu usiadł szybko i zaraz chwycił kartę MENU, natomiast Bunk ukradkowo rozgladał się po pomieszczeniu.
Co za miejsce... Dziwny klimat...
Bunk, siadaj wreszcie, nie mamy czasu.
Trzeba szybko zjeść, szybko ich znaleźć i szybko wejść do podziemi.
Szybko, szybko, szybko!
Ou.
Wstrząsnął się z zamyślenia i zajął wygodnie miejsce.
No! To mamy tak...
Ja biore...
Haaam...
Tak!
A ty co bierzesz??
Ja? Mmm....
Po prostu trochę wina i tyle.
Dobra.
Tylko chyba trzeba do baru podejść, bo kelnera tu ze świecą raczej szukać. Idź Bunk!
Ja? A czemu właśnie ja??
Bo ja sie wstydzę.
Ładna mi wymówka. Idziemy obaj!
Krzyknął szeptem.
Dobra... już dobra. Chodź.
Bar był pusty. Obsługa zdawała się być na zapleczu.
Co zrobić?
Krzyczeć? Wołać?
Hedysowi odechciewało sie chyba powoli jeść.
Jakoś atmosfera była chyba za gęsta...
Wiesz co? Może zjemy gdzieś indziej? Chodź, Mojżesz wytrzymał 40 dni bez żarcia, to ja już przetrzymam te 4 godziny jeszcze więcej.
Co ty? Boisz się?
A jak nas otrują? Nie można im ufać, to wygary...
Przecież ciebie to i tak nie ruszy, jesteś...
No dobra, ale tobie dadzą cyjanek i papa.
Nie mam takich paranoi, poza tym mi by to nie przeszkadzało, dobrze wiesz, że po Drugiej Stronie czułbym się znacznie lepiej. I to lepiej ode mnie chyba nawet.
Wtem, nagle przez małe proporcjonalnie framugi, zza zaplecza wyszedł wielki pół- prosiak, pół-człowiek, z wielkimi kłami w ryju.
Zrobili duże oczy.
Dzień dobry panom, co podać?
P-p- poproszę ...stek.
Oczywiście. Dla szanownego pana?
Ee.. troche wina.
Ależ oczywiście
Prosiako man zapisal wszystko w notesiku.
Za chwilę przyniosę do stołu, proszę się rozgościć i miło spędzić u nas czas.
Usiedli.
Jak żyję, nie widziałem takich rzeczy!
Widziałeś to? Czy ja na prawdę bylem tam tylko 33 dni?
Może lata?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz