KUNDHALINI:
STATEK MIŁOŚCI
by: Dawid Obłaczyński
Wstęp
Była ciemna, wilgotna noc.
Krople gęstego deszczu bębniły o stare, pamiętające zeszły wiek, zmurszałe deski, które już zaczynały pokrywać się zgnilizną, oraz wilgotnym mchem.
Skromna chata, leżała na skraju zbocza wielkiej, skalistej góry, której kształt wyłaniał się pośród ciemnej nocy, niczym wielki, zgarbiony potwór, który czeka w uśpieniu na dogodniejsze czasy.
W środku, przy bladym blasku świec, siedział zgarbiony jegomość, który zacięcie pisał coś na staroświeckiej maszynie do pisania, postawionej na stole, który cudem jeszcze stał na chwiejnych nogach, poznaczonych ścieżkami pustki w środku, wyżartej przez korniki.
Wnętrze pomieszczenia było skromne, oprócz kuchni i łazienki z wyposażeniem, które pamięta wczesny XIX, lub późny XVIII wiek, pisarz pracował zaciekle nad jakimś tekstem w swoim małym pokoju, w którym oprócz skromnego łóżka, a raczej pryczy, stolika, krzesła, i maszyny do pisania, nie znajdowało się nic więcej. Trzy świeczki ustawione na stole, które były jedynym źródłem światła, dawało blady, tańczący poblask, nadając grze cieni upiorne sylwetki.
Pisarz, pochłonięty swoją pracą bez reszty, zacięcie zapisywał na stronnicach kolejne słowa, z szaleńczą, wręcz maniakalną zawziętością, przy wtórze kropel bębniących o chatkę, deszczowym koncercie nocy.
Lecz nagle, cichy szelest przerwał jego skupienie.
Podniósł głowę znad swej pracy. Czy mu się przesłyszało?
Nie.
Hałas się ponowił.
Jakby kroki, powolne aczkolwiek jednostajne, wyraźnie słyszalne. Ktoś poruszał sie w jego stronę nie zważając na to, że świeżo opadłe, zżółkłe liście, zdradzają każdy ruch istoty, bądź istot, znajdujących się na zewnątrz.
Na czoło mężczyzny wystąpił zimny pot i drżenie. Wiedział że czasu ma coraz mniej, zaczął więc klepać w klawisze maszyny szybciej i z zawziętością maniaka, jakby od tego miało zależeć zycie całej ludzkości.
Szelest ustał.
Przez chwilę ów mężczyzna żywił złudną nadzieję, że może jednak coś mu się przesłyszało, gdy nagle obrys drzwi rozświetlił się białym, oślepiającym światłem.
Niesamowity huk i brzęczenie wypełniło uszy skulonego teraz na ziemi człowieka, który zasłaniając uszy, próbował szukać ukrycia.
Drzwi wleciały do środka z łoskotem, roztrzaskując się o przeciwległą ścianę, a zamiast nich widoczna była tylko plama rażącego z mocą nie do opisania, śnieżnobiałego światła....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz