piątek, 24 kwietnia 2020

Cthulhu XLIII

XLIII
    Rich otrzymał mocny cios w brzuch, który wgniótł go głębiej w skałę.
-Khhhyyy!!!- Kaszlnął krwią, która wydobyła się z jego ust. 
Wymęczona twarz wyrażała bezsilność. Cthulhu go pogromił. Był gotowy na śmierć, śmierć z rąk samego Posejdona - zbuntowanego brata, który nie mógł znieść kompleksu niższości nad wielkim Panem.
Zaśmiał się.
Żebro bolało i choć ledwo widział na oczy, jak przez mgłę, przemówił:
-Żal mi ciebie... Tak bardzo pożarła ciebie pycha, że nie widzisz, co robisz. Oślepia cię nienawiść i to ciebie zgubi...
Otrzymał kolejny cios. Ten połamał mu już chyba wszystkie kości.
-GHHAAA!!!- Krew wręcz wylała się kałużą z jego ust. Ale mimo tego, kąciki jego ust uśmiechnęły  się. -Kompleks niższości.... khy, khy- Odkaszlnął. - Dotyka nawet was? Bogów? To zabawne, jak bardzo nas przypominacie...

To były ostatnie słowa, które wypowiedział. Z pyska Cthulhu wystrzelił pod mocnym ciśnieniem płomień o wartości paru tysięcy stopni celsjusza.
Richard spłonął w przeciągu paru sekund, nie pozostało po nim nic...
Jego nić życia została przecięta.
Tak zakończyła się egzystencja naszego bohatera...


                           

sobota, 18 kwietnia 2020

STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 15 Crash test

 KUNDHALINI STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 15
Crash test

No jak to na Amazonki przystało, przystają w Amazonii, a dokładniej, w jej puszczy.

To faktycznie będzie kawałek drogi. Jak się tam dostaniemy?

Powietrzem.
-Bunk wskazał palcem niebo.
Poczekaj, powinienem gdzieś je mieć... a, tutaj. Mam!

Hedys obserwował uważnie każdy jego ruch.
Wyjął małe pudełko, a w nim były równymi rzędami ułożone, błyszczące, małe, szklane jakby się zdawało elipsy, każda z przyciskiem u góry.
Wyjął jedną z nich, nacisnął przycisk i odrzucił daleko od siebie.

W miejscu gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się mała fasolka, teraz stał przed nimi najprawdziwszy szybowiec.

Hedys nie mógł się nadziwić.
-Ee, dużo się zmieniło, od kiedy tu ostatni raz bylem..

Technika posuwa się do przodu w zawrotnym tempie, z resztą, to tylko prototyp. Dany nielicznym.
Całkiem spoko, co?

Na pewno oszczędzi nam dużo czasu.
Choć tutaj dziwnie jakoś płynie.
Mniej przyjemnie...

To tylko Mildgard. Nic specjalnego.

Mów za siebie.

Może i są powody, aby nie lubić tego miejsca, ale ma swoje uroki.

Zależy w jakim czasie wpadniesz w ten kocioł.

Cóż, my musimy się skupić na jego opuszczeniu, i to w miejsce gorsze, ale z naszym przewodnikiem nie powinno nam nic zagrażać. Wsiadamy?

I tak polecieli. I lecieli.
Aż dolecieli.

Ta droga miała być długa. - Narzekał Hedys.

No była, ale tym cackiem szybko ją pokonaliśmy.

I pełna przygód!

Bunk odwrócił się w jego stronę zza sterów.
-Nie narzekaj, przynajmniej dolatujem..

Uważaj, drzewo!

Nawet nie zdążył się obrócić i już samolot rozbił się o pień najwyższej sosny w wielkiej puszczy .

Płonące resztki wraku szybowca zwaliły się na ziemię.

Nieprzytomny Bunk zwisał bezwładnie. Oto za kołnierz trzymał go Hedys, stojący na gałęzi pobliskiego drzewa.

Mało brakowało...
Musi uważać co mówi.
Niektóre słowa są jak zaklęcia.
Możesz coś wykrakać i kupa.

Trzeba zejść na dół.

-------------

Bunk w końcu odzyskał świadomość.
Patrzył na nocne niebo usiane pięknymi gwiazdami, które częściowo zasłaniały konary wielkiego drzewa.

Co ja tu robię?
Spytał sam siebie.

Gówno, leżysz.
Odezwał się kompan.

Ou,
Podniósł się.
To wiem, ale gdzie...
Spojrzał krzywo.
O niee... To nie był sen...
Położył się gwałtownie z powrotem, z kwaśną miną na ziemię.
Nieeee!
Jak to możliwe? Jak to się mogło stać?
To się nie stało... nieee...

Uspokój się Bunk, może tak miało być...

Zamknij się!

Ok..

-Po chwili ciszy jednak, Hedys zagadnął:
I co teraz?

Musimy iść. W tej gęstwinie żaden pojazd nie ma sensu... Dokroćset!
Gps uległ zniszczeniu... I w ogóle wszystkie inne urządzenia nawigacyjne też.
Komórka! No tak... brak zasięgu i 20 % baterii. I love you babe. Co dalej? Nasze położenie jest tragiczne. Nie wiemy gdzie jesteśmy, nie wiemy w którą stronę iść i ile drogi w ogóle przed nami.
Nic nie wiemy Hedys, nic...

-Bunkowi chyba zbierało się na płacz.

I to się chyba nazywa początek przygody...

Zamknij się! To twoja wina, to ty mnie zagadałeś! I te twoje krakanie też!

-Bunk wziął zamach, aby rzucić w niego przedmiotem, który złapał odruchowo w rękę. Gdy już miał rzucać, zatrzymał się na moment i spojrzał na to, co trzymał w dłoni.
To był kompas.

Haha! Uratowani! Uratowani! Tak jest!

-Jego zmiany nastrojów były nieco konfudujące.

I jesteś pewien że ten ..eee... kompas nam wystarcza?

Tak, i to bardzo! Dzięki temu wiemy już wszystko, czyli znamy kierunek w którym musimy się poruszać. To wiecej niż wystarczająco.

Wiec skoro tak, musimy rozbić obóz Bunk, późno już.

Racja, odpocznijmy. Czeka nas nieprzewidywalna wyprawa...








czwartek, 16 kwietnia 2020

XLI
   
    Cthulhu, w całej swojej okazałości zamachnął swoimi wielkimi, czarnymi skrzydłami i rozprostował je. Był ogromny.
Stali tak, patrząc. Na przeciw nich, silne fale zakryły ląd, niebo stało się ciemne, a z chmur zaczęły donośnie bić świetliste, białe pioruny, uderzając w ziemię.
Apokalipsa.
Czarne chmury przykryły wszystkie światła.

Wokół nich rozpętał się cyklon. Tornada wody roztrzaskiwały się o skały, wyładowania elektryczne zżerały chmury od środka.
Chaos.
Kompletny Ragnarock.
Niebo zakryte było materacem chmur.

Rozgniewany Cthulhu zawył, ziemia rozeszła się z miejsc. Krajobraz zaczął przypominać rozpadającą się planetę.
Skały pękały, topiąc się w otchłani wirującego cyklonu.
Jego ryk wydobywał się z najgłębszych miejsc strun głosowych.

To był ten moment, gdy stali naprzeciw siebie. Ziemia ciągle była w ruchu. Trzęsienia były niesamowite. Dookoła nich tylko widok szalejącego sztormu na rozdzielonej ziemi.
Richardowi brakło tchu w płucach., gdy ujrzał rozlegający się wszędzie czarny pył.

Nagle, Black odsunął zamaszyście płachtę swojego płaszcza i wyjął zza paska, ów krótką broń i przyłożył Sarze do skroni.
Nacisnął spust.
Nabój przebił czaszkę na wylot.

Czas stanął w miejscu.
W oczach Richarda, klatka po klatce widniał obraz osuwającej się powoli Sary.

Wszystko się zatrzymało. Oczy Richarda wyrażały jedynie niedowierzanie. Sara upadła na ziemię martwa, z przestrzeloną głową.
Rich nie mógł uwierzyć w to, co widzi.

-SARA!!! - Krzyknął zrozpaczony, ile sił w płucach i uklęknąl przy niej. - NIE!!!

Lufa zbliżyła się powoli do jego spoconego czoła. Ale Black upuścił pistolet.
-Nie mogłem pozwolić ci tego spieprzyć. - Powiedział Black.
-C-co? - " Co on wygaduje?"- Spytał siebie w myślach. - "Co tutaj się dzieje?"

Wielka łapa Cthulhu wbiła się właśnie w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stali.
Nie tracił czasu.
Rich się przewrócił. Zew potwora obudził do życia nawet te macki na brodzie, o których istnieniu już dawno temu zapomniał.
Czy można zapomnieć o swojej części ciała?

Lawa żywego ognia zaczęła wyciekać na wierzch, szukając swojego ujścia na zewnątrz pękającej skorupy.

Zabił ją? Ale jak to?
Richard miał teraz mętlik w głowie
Błysk.
Nagle, cztery osoby znalazły się przed nimi. Wszyscy w obcisłych strojach, jakby do nurkowania.
-Szybciej!- Powiedział jeden z nich do Blacka.
Ktoś rzucił mu jakąś pigułkę, ten pochwycił ją i natychmiast połknął. Reszta załogi zrobiła to samo.
-Do zobaczenia Rich! - Rzucił Black.
Richardowi szczęka nie mogła przestać opadać, gdy nagle cała piątka rozpikselowała się na wszystkie strony świata przed jego oczami.

Co to miało znaczyć?
Został on sam.
Tylko on, ciało Sary i horda potworów, gotowych rozszarpać go na strzępy w każdym momencie. W moment.

Podniósł się na nogi, spojrzał w górę, na czarne niebo. Pioruny nie ustawały ani na moment. Huczały dziko, roztrzaskując się  o wysoko stojace skały.

Czy to właśnie koniec?
Czy to właśnie tak ma się skończyć?

Skoro więc ma dziś umrzeć, umrze w walce.
Otarł rękawem pot i brud z twarzy.
Podszedł do Sary i wziął jej bezwładne ciało na ręce. Była śliczna. Wylądała tak spokojnie, jakby spała. Richardowi napłynęły łzy do oczu.

Gruby, demoniczny głos zabrzmiał kpiąco w środku jego głowy: "Co jest mały? Czyżby ktoś cię tu wystawił?"
Wpatrywał się w jej zakrwawioną twarz.
Była taka piękna. A teraz już jej nie ma...

Ciemne chmury nie wróżyły zbyt dobrze.
Jak mógł mu zaufać? Bo wydawał się taki prawdziwy... Teraz Sara nie żyje... Jak okropnie... Jak głupio...
Serce mu pękło. Czuł się jak worek gówna.

-SZLAAAG!!!- Upadł z powrotem na kolana, upuszczając ukochaną i uderzył pięścią w piach.
Czuł wściekłość. Niesamowity gniew, który przeszywał go od wewnątrz na wskroś.
Poczuł, że powinien dać się ponieść temu ognistemu uczuciu. 
Poddał się więc, a jego oczy zapłonęły czerwonym blaskiem.
Bezsilność i jeden cel - zniszczyć te demony i odnaleźć Blacka. Tylko to się teraz liczyło.

Otoczyła go czerwona aura energii, rozdmuchując wszystko wokół. Poziom jego mocy rósł z sekundy na sekundę.
Gniew oślepił go na całego. Włosy zmieniły mu kolor na czerwony, przybierając kształt dorodnej grzywy lwa, która zaczęła sztywnieć, jakby ktoś nasmarował ją super-mocnym żelem.
Podczas gdy jego moc stale rosła, aura i włosy zaczęły przybierać kolor zielony. Ziemia wokół niego trzęsła się coraz bardziej, grunt pękał pod jego stopami. Natężenie energii było ogromne, szafirowe błyskawice szalały jak na niebie, tak i wokoło naszego bohatera.
Cóż za fenomenalna moc!
Nawet moc DaVila w starciu z Mancrucifixem nie dorastała mu do pięt.
Tym razem jego oczy zdobiły piękne, błyszczące, zielone teczówki. Połyskująca, sztywna grzywa lwa robiła wrażenie.
Wokół jego zielono-ognistej aury błyszczały, niczym diamentowy pył, świetliste punkciki w akopaniamencie potężnych, zielonych wyładowań elektrycznych. Muskulatura zwiększyła swoją objętość.

AAAAAAAAAAAAAARGHHHH!!
Potężny krzyk wypełnił całą okolicę.

Takiego powera nie czuł jeszcze nigdy w swoim życiu. Od teraz był kimś innym. Zacisnął pięści i uśmiechnął się, wznosząc je do nieba.
-Tak! Teraz mogę wszystko!
Uśmiech nie znikał z jego twarzy, gdy spoglądnął na monstra.
"Hm... Który pierwszy?"- Spytał siebie w myślach.

Odbił się mocnym podmuchem od ziemi i poszybował w stronę wodnego jaszczura.
Przestrzeń wokół niego, pod wpływem niesamowitej szybkości zaczęła wibrować i deformować.
Potwór zauważył go, podnosząc swój gadzi łeb sponad wody.
Śliski jaszczuro-krokodyl był olbrzymich rozmiarów. Ruszył w stronę skał, na które mógłby się wślizgnąć. Pomimo rozmiarów i masy był bardzo szybki i zwinny.
BAM! Rich wbił się nogą prosto w środek kręgosłupa. Usłyszał chrupnięcie łamanych kości. Bestia zajęczała z bólu. Richard kopnął stwora mocno przed siebie, aż zniknął za horyzontem.
Cthulhu rozpłynął się w powietrzu i teleportował się przed lecacego jaszczura, złapał go wielką dłonią i zmiażdżył, jak zgniatarka każdą kość, które zostały skruszone na miazgę, następnie wrzucił to co pozostało z potwora, do szalejących fal morskiej otchłani.
Rich był zdumiony. Ta kreatura nie miała skrupułów nawet dla swoich pobratymców.
Cthulhu przybliżył się z prędkością światła i przeszył Richarda swoimi szkarłatnymi oczami. Rich dostrzegł w nich złowieszczy blask.
Przedwieczny machnął swoimi wielkimi skrzydłami, co poskutkowało wytworzeniem się fali tsunami o wysokości wielkiej góry, którą posłał w stronę naszego bohatera.
Nie miał pojęcia co zrobić, wielka fala przykryła go, po czym tafla wody uspokoiła się.
Richard wyskoczył spod niej i podleciał w górę.
-Myślałeś, że takie coś zrobi na mnie wrażenie? - Splunął.
W jego stronę ruszył, na skinienie Cthulhu, stwór o wyglądzie żaby pomieszanej z jeżem. Kolce z jej grzbietu wystrzeliły w stronę Richa, ten miał czas tylko na to, aby zasłonić gardą twarz. Wielkie igły poraniły go boleśnie. Kilka wbiło mu się w ramiona, te natychmiast zzieleniały i obwisły bezwładnie. Były zatrute, ponadto nie mógł poruszyć żadną z nich, co uniemożliwiało mu wyjecie kolców. Żaba plasnęła go ogonem w twarz, posyłając z powrotem w morskie odmęty.
Rich ponownie wybił się z pluskiem i wbił nogę prosto w mózg żabo- jeża. Czaszka stwora roztrzaskała się. Wyjął nogę, a potwór osunął się, wpadając do oceanu.
Wielki Posejdon ruszył w jego stronę. Siedemnastometrowy potwór. Przy nim Richard wyglądał jak mały szczur.
Cthulhu dmuchnął. Jego podmuch był tak silny, że Richarda odsunął na pareset metrów.
Był osłabiony, trucizna zaczęła się rozprzestrzeniać, jego czoło pokrywał zimny pot. Splamiony krwią swojej ukochanej, kalkulował. "Co zrobić? Jaką obrać strategię? Czy po prostu improwizować?" Bezwładne ręce też nie ułatwiały sprawy, był zdany tylko na swoje  nog...-
Pięść Przedwiecznego uderzyła go znienacka, posyłając go prosto w stronę pęknietej skały, z której wylewała się lawa. W ostatniej chwili udało mu się wyhamować w powietrzu. Był cały poobijany, chyba jedno z żeber było połamane. Ból mu dokuczał, zasięg jego ruchów nie był już tak swobodny, w oczach ciemniało. "Silny skurczybyk!"- Pomyślał.
Podleciał, by się odkuć, ale zanim zdążył podlecieć blisko potwora, ten machnął ręką, uderzając go zewnętrzną stroną dłoni, posyłając go w górę skalną, w którą się wbił.
Lawa spływała leniwie obok jego twarzy.
Tego się nie spodziewał.
Te monstrum to była zupełnie inna liga, niż te jego sługusy.
-Tfu!- Splunął krwią. Ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Nie mógł się poruszyć. Igły wciąż tkwiły w jego rękach, które już zaczęły przybierać fioletowy kolor. -Cholera!- Syknął z bólu.
Wiedział, że jego koniec nadchodzi... Był bezradny.
Wielka twarz Cthulhu ukazała się tuż przed jego oczami.
Spoglądał prosto w płonący czerwienią, przeszywający wzrok, który budził grozę aż do szpiku kości.
Nie mógł nawet uciec. Nie mógł zrobić nic.
Cthulhu grzmiącym głosem przemówił do niego:
-Twój cykl zakończył się tutaj...

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

KUNDHALINI STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 14
Pierścień ognia.

Droga trwała wieki.
Tyle że pojęcie czasu znaczy tu co innego.

O! Widzę jakieś światło!
Jest!
W końcu!
Haha!
Ja pierdolę, tak!

Jego radości nie było końca.
Ale czyżby i ona nie trwała krótko?

Co prawda robiło się goręcej, ale to już lekka przesada..

Kurwa...
Tego się nie spodziewałem..

Odruchowo przetarł ręką czoło, ale wcale się nie pocił.
Co teraz?
Ściana gorąca wydawała się nie do przejścia.
Te lato, które zostawił daleko za sobą, to był pryszcz w porównaniu do tego.

Cholera, co jeszcze?!

Zdecydował się działać.

Nie ma mowy o powrocie, muszę przeć do przodu.

Postawił więc skrzydła w ogniu i wleciał z wielką prędkością w rozżarzone światło.

AAAAAAAAHHHHH

Co za uczucie!
Ta nadprzyrodzona lawa wciągała go sama. Nie było mowy o powrocie. Przesuwał się przez ten ból nie do zniesienia z ogromną prędkością, która zwiększała się z każdą sekundą.
Ale to i tak było na nic, podczas gdy czuł jak zaczyna się rozpuszczać.

To mój koniec... Popełniłem błąd...

Ostatkami świadomości uśmiechnął się do siebie, rad że podjął tę walkę, choć jednocześnie głęboko w duszy żałował, bo nie tak chciał, aby się to skończyło.

Nagle, rozżarzony pierścień wypluł go na drugą stronę.
Leżąc i oddychając ciężko, starał wrócić się do siebie. Był przekonany że to jego koniec. Jednak nie..
Sam nie wiedział, czy to dobrze, czy nie.
Jedno wiedział na pewno .
Dla nikogo dobrze się to nie skończy i on dopilnuje, by tak się stało... Za wszelką cenę.



niedziela, 12 kwietnia 2020

XL
    Miał zamiar to wszystko zakończyć. I z tym wybrankiem bogów też.
Tylko on mógł mu teraz zagrozić.
Najadł się, ale nie był syty do końca...
Przyszedł czas na deser.
Wydostał się wprost na szczyt swojego nowego olimpu, zatoczył koło i ruszył w drogę. Wiejący wiatr rozwiewał jego oślizgłe macki. Kierował się prosto w stronę Niemiec. Prosto do.... Richarda.


Przy stole siedzieli już wszyscy we czworo jedząc śniadanie w radosnej atmosferze. Gdy Black podniósł łyżkę do ust, nagle go tknęło.
Łyżka z brzękiem wylądowała na talerzu, oczy stanęły mu w słup.
-Coś się stało?- Spytała poruszona Padme.
-Też to poczułeś?- Rich był równie sparaliżowany co on.
-Nie możemy tutaj zostać i jej narażać. - Stwierdził Black. - Padme, schowaj się! Saro... Już czas, Cthulhu tu leci...
Sarze oczy się rozszerzyły ze strachu.
Black zerwał się na równe nogi.
-Ruszamy do kapsuł i wynosimy się stąd! Kierunek na wyspy brytyjskie, Stonehenge! Tam się wszystko roztrzygnie, ruchy!- Zakomunikował w biegu.
Wyszli na zewnątrz.
Padme pomachała im stojąc na progu, na do widzenia.
-Szybko!
I odlecieli.

-Musimy wracać do Polski! W kryjówce zostało trochę broni, która może się nam przydać! Odbijamy! - Zapowiedział Black przez radio.

Szybko znaleźli się w znajomym lesie i wylądowali.
Wybiegli za Blackiem od razu na strych i zjechali windą w dół.
Dostali się na koniec pomieszczenia z ustawionymi szafkami, aż dotarli do przeciwległej ściany.
Black zaczął wykonywać na niej jakieś dziwne ruchy i ściana zniknęła, a w jej miejscu pojawił się cały arsenał.
Karabiny, granaty, wyrzutnie rakiet, jakieś małe pistoleciki i inne, dziwne przyrządy, których Richard jeszcze nigdy wcześniej nie widział.
Większość prawdopodobnie na plazmę.
Black wziął pare jakichś małych pudełeczek i pistolecików, jednego z nich rzucił Sarze.
-Ok, to wystarczy, reszta nam się nie przyda, nie na takiego przeciwnika, mamy wszystko czego nam potrzeba.
Richard nie otrzymał niczego.
-A ja?- Spytał.
-Ty tego nie potrzebujesz, zaufaj mi.
Popatrzał na niego trochę skonfudowany.
-Eee... ok.
-Idziemy, musimy się spieszyć, już wie, że tu jesteśmy.
Szybko wybiegli. Wjechali windą na górę i zbiegli na dół.
Wsiedli do kapsuł i ruszyli.
-Kierunek: Stonehenge. - Zakomunikował ponownie Black przez radio. - Bez odbioru.
Sam zaczął rozmyślać nad tym, co zaplanował i nad tym, co powiedział mu ten tajemniczy Michał. Ale nie widział innego wyjścia...

Niestety, musiał postawić wszystko na jedną kartę.
A to co?

Zobaczył na radarze parę punktów, lecących za nimi.
-Cthulhu! Już tu jest! I leci za nami! - Zakomunikował.
-Widzę! Co teraz?? - Ryknęła Sara
-Włączyć dopalacze! Musimy się tam dostać!
Serce Richarda mało nie wyskoczyło z klatki piersiowej. "Czemu akurat tam?"

Leciał za nimi i to nie sam.
Pradawny zwołał po drodze zgraję swoich wiernych sług, które przyłączyły się do niego w locie.
Mieszanka najpotworniejszych, najobrzydliwszych i najokrutniejszych stworzeń we wszechświecie. Głodni krwi, pragnęli tylko jednego: dopaść ich i rozszarpać na strzępy. Demony, diabły, tytani i wszelkie czarne szumowiny.

Sara poczuła wstrząs. Jeden z tytanów, machnął wielką łapą, uderzając w jej kapsułę wielkimi pazurami, wyłamując jej sporą część. Popatrzała w górę, twarzą w twarz z potworem, który kopnął pojazd jak piłkę, wysyłając ją w stronę ziemi z wysokości paru ładnych kilometrów, z wielką szybkością.
-Aaaa!
-Sara! - Czas w oczach Richarda zwolnił.
Skierował się w dół i otworzył swój pojazd, ustawiając się pod nią.
-Skacz!- Krzyknął do niej przez radio.- Jestem tuż pod tobą!
Jej kapsuła zaczęła płonąć. Wychyliła się i spojrzała w dół.
Nie wyglądało to za dobrze. Wahała się.
-Dalej!- Ponaglał ją Rich.
Nie miała wyboru. Zamknęła oczy i :
-Szlaaag!- Odbiła się i poleciała w dół.
Rich poderwał maszynę do góry i złapał ją zręcznie w locie, prosto w otwartą lukę, którą szybko zamknął.
-Mam cię! I jak się leciało?- Zapytał, zadowolony z siebie.
-Nigdy więcej... Zaraz zwymiotuję... - Poszarzała na twarzy. - Leć!

Powoli dolatywali do celu
Kule ognia leciały w ich stronę. Black unikał ich jak mógł, Richard bujał się kapsułą na boki.
-Wytrwajcie, za parę sekund lądujemy! - Zapowiedział Black.

Ale każda sekunda była na wagę złota. I każda sekunda mogła zmienić wszystko...
Sara obijała się o ściany kabiny bezwładnie.
-Ej! Uważaj! Ał! Moja głowa...- Potarła się o jej czubek.

Wielki potwór, o kształcie żaby, z wielkimi szponami i zębiskami, wysunął nagle swój język w stronę jednej z kapsuł, pragnąc go pochwycić.
-Skąd ta żaba?!- Zdziwił się Rich.
-I co jeszcze? Może jaszczurka do kolekcji??- Spytała drwiąco Sara.

Byli już na miejscu.
Nagle, wielki, wodny jaszczur tąpnął w ich kapsułę, zsyłając ją brutalnie na ziemię.
Sara zacisnęła zęby.
-Że co!?- wycedziła.
Uderzyli mocno w jeden z wielkich kamieni, rozbijając się. Black wylądował zaraz obok nich, wyskoczył szybko z pojazdu i podbiegł do nich.
Kapsuła, mimo twardego pancerza, po takim upadku była kompletnie zniszczona.
Obydwoje jakoś się z niej wygrzebali.
-Wszystko w porządku? - Spytał ich.
Ale ledwo zdążył zadać to pytanie, gdy nagle rozległo się silne tąpnięcie i wstrząs.
Cthulhu i reszta, wylądowali. Za chwilę miała rozegrać się bitwa ostateczna...

 KUNDHALINI STATEK MIŁOŚCI
Rozdział 13
Baldir

Nie stracił świadomości, tylko tak mu się zdawało. Nie mógł.
Choćby nie wiem na jakie warunki byłby wystawiony, tu świadomości się nie traci...
To piekło... tu cierpienie może tylko narastać i nigdy nie maleje.
Utrata świadomości podczas warunków nie do zniesienia to przywilej świata cielesności.

Tu i teraz są warunki nie do zniesienia... A ja muszę iść. Nie mogę... się... nawet ruszyć. Ocipieje jak stąd szybko się nie wydostanę... Nie mogę nawet myśleć...

Kolejne mroczki przed oczami....

Kurwa... co się dzieje?
Przetarł oczy.
Muszę iść...

Pieprzony, stary cap.
Jak On tak mógł... Mnie?
Złamałeś nasze przymierze Krwi!
Nic tylko ten Baldir, Baldir i Baldir.
Baldirku, jak Ci mija dzień?
Oh, to jest mój synek, Baldir, patrzcie jaki zajebisty!
No nie zesraj się...

Nienawidzę Go...

Przysięgam...ufff... zniszczę Cię.
Zapamiętasz mnie.
Zrobię wszystko, abyś cierpiał. Ty i te twoje gliniane gówna też.
Popamiętacie mnie, wszyscy!

Te wszystkie nasze przeżycia, widzę masz sobie za nic... Wyrzuciłeś mnie na śmietnik, jak zepsutą zabawkę.
Dlaczego Go tak faworyzujesz?

Teraz to i tak już nie ważne...
Liczy się tylko zemsta...

środa, 8 kwietnia 2020

KUNDHALINI STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 12
Uroboros

Wszystko było zniszczone i historia znów zatoczyła koło. Pełen obrót.

Wszystko trzeba będzie naprawić..
Schemat będzie ten sam, ale szczegóły się zmienią. Z resztą, zmieniają się cały czas, aby dołożyć coś do pełnego garnka, z pod spodu, coś najstarszego i najbardziej bezużytecznego musi wypłynąć.

To trochę jak z umysłem, pamięcią.
Taak. Niektóre rzeczy z nich po prostu muszą zniknąć i innej opcji nie ma.

Szczególnie coś zepsutego na tyle, że zaraża inne owoce.
Grzyby, pleśń i ohydne robactwo.
Nie ma na to miejsca na smacznych i zdrowych owocach.

Taaa...

Teraz rozumiesz Synu?

Tak.
Uświadamiaj proszę jak najwięcej.

Tymczasem, gdzieś na innym biegunie, ktoś właśnie uświadamiał sobie coraz bardziej jak trudne ma zadanie.

Lecąc gdzieś ponad niekończącym jak sie zdawało płonącym oceanem, nagle zaczęło robić się coraz zimniej.
I to nie stopniowo, ale krytycznie. Jakby temperatura spadła do co najmniej -300 stopni.

Co jest?

Luciel nieomal stracił świadomość i zaczął spadać w dół.

Runął z łoskotem twarzą prosto w twardą skałę lodu.

Ile jeszcze tych upadków do kurwy?
Gdzie ja jestem... Czy to dalej piekło?
Wygląda na jakiś inny rewir.
Moje skrzydła... nie mogę latać, przez tą temperaturę nie mogę nawet ich odpalić...
Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak podróż z buta...

"Podróż z buta" stawała się coraz gorszą opcją. Nie dość że droga zajmie dłużej, to jeszcze te warunki... ufff... czy podczas Ragnarock'u zima będzie wyglądać tak samo?
Chyba nie...
Sekundy by nie wytrwali...

Świadomość z sekundy na sekundę coraz ciężej było utrzymywać. Straty energii były potężne.

Przy takich warunkach nie utrzymam się dłużej... Muszę szybko coś wymyślić...

-Gdzieś indziej:

No ale co, jak tam będziemy, fizycznie?

Niee, duchowo.

No to po co ciachać kogokolwiek, jak nam nic tam nie zagraża... hehe. -Zaśmiał się Hedys. -Co nie? Nie...? -Spojrzał na minę Bunka i trochę stracił śmiałość w głosie.

To nie takie proste.
ShrePa nawet jako Valkiria będzie się musiała wykazać. A i zanim dojdziemy, to jako Amazonka będzie musiała być gotowa na wszystko i my też.

Czyli nawet na rzeź?

I nawet to opcją jest.
Nie rozmawiajmy o tym.
Musimy skupić się na innych rzeczach.
Czyli ustalić plan działania.
Co robimy, jaką drogą najlepiej będzie podążać i czym możemy się poruszać.
Reszta sama przyjdzie.

Genialnie.
Daleko jeszcze do tej Szro Ty?

Shre Py.

Przepraszam.
Dziwne imię.

Dziwne istoty.

Czemu?

Zobaczysz sam.
Co bede ci gadał. Nic z mojego gadania. W końcu schodzimy z tej przeklętej góry. Też żeś sobie miejsce na wypad wybrał. Heh.

To nie ja, to Duch...

Aha, ciekawe jak to działa, zawsze chciałem zobaczyć jak ten wasz Duch pokazuje wam te rzeczy. Skąd wy to wiecie?

To coś jakby receptor sigma ci sie otworzył na maksa. Tylko że inaczej. Eee... Można porównać do intuicji, tak super podkręconej, ale to też nie będzie to...
Ciężko opisać w sumie...
Trzeba doświadczyć żeby wiedzieć i zrozumieć.










XXXIX
   
    Cthulhu zareagował na ruch Lucyfera szybciej niż światło i już wielkie cielsko diabła wylądowało z powrotem na tronie, z tym że, jego szyję na wylot przebił trójząb wbity w oparcie. Lucyfer dogorywał powoli, starając się wyrwać ostrze z szyi. Posejdon podszedł i nacisnął z góry na rękojeść, wyjął go z kamiennego oparcia tronu i podniósł trójząb z przebitym władcą piekła do góry i zaczął ruszać boskimi widłami z góry do dołu, z dołu do góry i tak kilka razy. Szyja Lucyfera była już w strzępach. Pradawny machnął bronią od niechcenia i osmalone cielsko wylądowało pod tronem z tętnicami na wierzchu.
- I tutaj jest twoje miejsce. - Powiedział, zajmując miejsce na siedzisku. - Pod moimi stopami. - Dodał, kładąc mu jedną z nich na twarz, a drugą na brzuch.
Straż przyboczna była w szoku pod wpływem tego, co się właśnie przed chwilą wydarzyło. Pan piekieł spojrzał na jednego z nich umierającym, zamglonym okiem, aż w końcu jego wzrok zgasł i całkowicie stracił świadomość.


    W tym samym czasie, trójka bohaterów dotarła w końcu na miejsce, zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
- W razie potrzeby wrócimy tam.
Opustoszałe ulice nie wróżyły za dobrze.
Weszli w mały blok i Black zapukał do drzwi.
Usłyszeli szybkie kroki. Drzwi otworzyły się zamaszyście.
- Dom... - Popatrzała na nich pełna szybko gasnącej nadziei, drobna dziewczyna średniego wzrostu. Miała czerwone włosy i typowo żydowski nos. Była strasznie wychudzona.
-Siemasz Padlinko!- Powitał ją Black.
Spojrzała na niego z obrzydzeniem.
-O nie! - I zamknęła im drzwi przed nosami.
-Oh, daj spokój! 
Black załomotał w nie jeszcze raz.
-Nie przestanę, póki nie otworzysz kochana!
-Idź stąd!- Dało się słyszeć przytłumiony głos ze środka.
Black nie odpuszczał.
-Słuchaj, może wracajmy...- Zaczęła Sara, kładąc mu ręke na ramieniu. Ale drzwi otworzyły się, a owa Padlina wyskoczyła na niego z nożem, wymachując dziko i próbując go trafić.
-Padme! No co ty!- Zaśmiał się. - Wyluzuj!
-Precz!
Złapał ją za nadgarstki.
-Słuchaj, wiem że jesteś sfrustrowana tym że nie wrócił i... i mną, ale pozwól nam wejść. Porozmawiajmy. Ze względu na okoliczności...
Rich zauważył, że Sarze wyraźnie się ten pomysł nie spodobał. Chyba się nie polubią...
W końcu, po długich namowach dziewczyna ich wpuściła.
Mieszkanko było dosyć małe. Łazienka po prawo, kuchnia za przedpokojem, a po lewo dwa pokoje obok siebie, z czego jeden pełnił rolę salonu a drugi sypialni.Sara spojrzała z uśmiechem na kajdanki zawieszone na łóżku.
-Co tam gotujesz dobrego? - Spytał Black, podnosząc pokrywkę od garnka.
Padme szybko podeszła, przykrywając go z hukiem i syknęła:
-Opium.
-Ou, dalej się w to bawisz?
-Nie twój interes.
-Widać nie służy ci. Wyglądasz jak wieszak kochanie, co się z tobą stało?
-Uschnęłam z tęsknoty, oto co się stało. Z resztą, co cię to obchodzi...
- I wierzysz że wróci?
-Tak...
-No proszę, jaka miłość potrafi być niszcząca... I ślepa! - Stwierdził.
-O, masz konsolę! - Zawołała uradowana Sara. - Super, ciekawe w co grywasz... - Zaczęła przeglądać płyty na półce.
Padme spojrzała na nią obojętnie, po czym przeniosła swój wzrok na Blacka.
-Czego tu szukacie?
-Tymczasowego schronienia.- Odprał. - Nie będziemy ci przeszkadzać, zostaniemy za ścianą, mamy swoje zapasy.
-Za ścianą?-Zdziwił się Richard.
Za ich plecami Sara grzmociła beznamiętnie w nowego Tekkena, nie zwracając na nich uwagi.
Padme wysypała jakiś proszek na stole, ułożyła sobie elegancką kreskę i wciągnęła, krzywiąc twarz.
-Przypomina mi się liceum. - Uśmiechnął się Black.
-Chcesz? - Podała mu rurkę.
-Chyba oszalałaś, świat się kończy, nie takie rzeczy mi w głowie.
Spojrzała na Richa pytająco, pokazując mu worek.
-Nie, dzięki, ja też spasuję.
-A więc! Moja droga Padlinko.... Co tam słychać? Powiedz mi, jakżeś się uchowała tak długo?
Dobiegały ich dźwięki mordobicia z telewizora w tle.
-A skąd mam wiedzieć? Nawet się nie chowam, siedzę tu po prostu, nic prawie nie jem. Gdy łaziły zombiaki, po prostu schowała się za ścianą... Gdy jestem głodna idę do supermarketu obok.... Tu już nikogo nie ma. Wiesz jakie fajne są przejażdżki luksusowymi samochodami po mieście duchów?
-Zapewne.
Zbliżał się wieczór.
-Jak tam potwory? Ubiliście jakieś?
-Ten tutaj, mój kompan - Poklepał Richarda po ramieniu. - ubije jeszcze niejednego. Nawet nie wiesz ile przeszliśmy, oj nie wiesz...
-Zostawię was na chwilę samych, pogadajcie sobie. - Powiedział Richard, po czym podszedł do Sary.
-Łap za pada i pokaż co potrafisz. - Powiedziała, rzucając mu kontrolerem w twarz.
-Eee... Ok.
Jak przewidywał, dostawał od niej niezłe wciry. To co robili w tym momencie było takie fajne, takie zwykłe, takie codzienne. Jakby Sfora potworów ze zbuntowanym bogiem na czele wcale nie zagrażały światu. Takie zwykłe chwile czynią właśnie życie tak pięknym....
-Cienias.
-Powiedz mi Saro... Tak właściwie, to jak ty i Black się poznaliście?
-Czekaj... Bum! Tak! Tak jest! Fatality, bitch!
-Saro, opamiętaj się..
-A tak, tak! - Wcisnęła pauzę i spojrzała na niego. - Black? Cóż, znam go od dziecka, gdy byłam mała, moi rodzice zginęłi, zabici przez jakichś bandziorów. Gdy mieszkanie spłonęło, wylądowałam na ulicy. Włócząc się po niej nocą jako dzieciak, wpadłam przypadkiem na niego i mnie przygarnął, nauczył wszystkiego. To tak w skrócie. Była dla mnie jak ojciec.
-Ou... - Żałował że spytał. Nie chciał być tym, który wyciąga bolesne wspomnienia. Nic dziwnego, że była taka harda i rezolutna.
-Samo życie, nie? A teraz łap pada i ratuj swoją upadłą dumę.
 I tak spędzili wieczór, na graniu razem w różne gry, podczas gdy Black z Padmą wspominali stare czasy.
W końcu, Padme rzekła dziwnie przymilnym tonem:
-Słuchajcie, nie musicie się kryć w magazynie za ścianą. Jeśli chcecie, możecie rozłożyć sobie łóżko tutaj.
-Słodko.- Stwierdziła Sara.
-Ja i Black zajmiemy tamte łóżko, musimy pogadać o starych czasach, chodź. - Powiedziała, ciągnąc go do sypialni.
Black spojrzał na nich wymownie, po czym wzruszył ramionami.
Rich pomyślał, że musi być strasznie dziwna. Najpierw chce go pociachać, potem ciągnie go do łóżka. Może to efekt narkotyku? Nieważne....
-Chodźmy też się położyć, oczy mnie już bolą. - Stwierdził.
-Idź, idź. Ja jeszcze trochę tu pokatuję.
-Ok. - Wstał i rozłożył łóżko. Położył się i zaczął podziwiać obrazy wiszące na ścianie. Ta cała Padme miała niesamowity talent malarski. Jej prace predstawiały głównie jakieś surrealistyczne wizje i autoportrety.
Nie czekając na Sarę, usnął szybko.
W jego snach, przewijały się obrazy Padme w psychodelicznym tle i jakieś niewyraźne zdarzenia, których nie pamiętał.

Wstał wcześnie rano.
Szykując sobie śniadanie, zauważył, że za oknem panowała niezwykle gęsta i nieprzenikniona mgła.
Nigdy czegoś takiego nie widział.
Usiadł i włączył telewizję.
No tak.
Na żadnym kanale nie było obrazu. Tylko szum i telewizyjny śnieg. Wszystkie kanały szlag trafił, nikt już tam nie pracuje.
Drzwi od pokoju otworzyły się i wyszła zza nich Padme.
-Dzień dobry, młody. - Powitała go zaspana.
Młody? Rich nie był pewien, czy ona w ogóle jest chociaż w jego wieku.
-Cześć. Jak się spało? - Spytał.
-Jak nigdy, dziś cudem przespałam noc. Zazwyczaj pozwalają mi na to tylko alkohol i benzodiazepiny.
-Eee... - Nie miał pojęcia co na to ma odpowiedzieć. Na pewno nie chciał nikogo moralizować.
-Nie przejmuj się, jestem niezniszczalna. - Powiedziała, wyciągając pudełko płatków z szafki.
Usiadła na przeciw niego i zaczęli jeść śniadanie.



    Cthulhu przywołał w myślach jednego ze swoich demonów.
Przed nim pojawił się potężny stwór, posiadający skrzela. Na szczycie jego głowy, zamiast uszu, znajdowało się coś na kształt płetwiastych błon, które posiadał również pomiędzy palcami.
Jego skórę pokrywały błyszczące, zielone łuski. Usta i twarz miał typowo rybie, tylko oczy takie jakieś drapieżne, gadzie, jaszczurze.
-Wzywałeś, panie?
-Sarinafixie, od dziś, te podziemne królestwo będzie twoim domem. Oddaję ci je pod opiekę i władzę. Będziesz tutaj rządził, a wy....- Zwrócił się do diabłów, którzy ciągle stali sparaliżowani strachem.- Macie się go bezwzględnie słuchać. Każdy mieszkaniec tej piekelnej otchłani, od dziś jest posłuszny Sarinafixowi! Na kolana!- Rozkazał, grzmiącym basem.
Padli posłusznie, oddając mu hołd.
-A teraz, rozgość się.- Wskazał mu tron.- Ja mam jeszcze pare spraw do załatwienia...
-Tak jest o, najwyższy!- Skwitował, po czym usiadł na tronie. - RYJEM DO GLEBY I ANI MI NIE PISNĄĆ! - Wydał swoje pierwsze polecenie, ów Sarinafix...
Cthulhu uśmiechnął się - "Nieźle mu idzie" - Pomyślał, po czym ulotnił się z miejsca.
Diabły, z demonami nie mają lekko...

sobota, 4 kwietnia 2020

KUNDHALINI: STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 11
Valkiria

Zaczyna robić się geściej, a im głębiej w las tym drzew tam więcej czeka nas.

Przestań rymować.

Przepraszam, nie mogę się powstrzymać.

To w... nerwia.

Wiem, wiem.
Nic nie poradzę.

Ale one to lubią, wiesz.
Wiersze, rymowanki, pieśni.
No i dużo walki.
Dziwne istoty...

Czyli chcesz mi powiedzieć, że te słynne Amazonki, to tak na prawdę inkarnacje duchowych Valkirii tu, na ziemi?
Zabawne, czego człowiek może się dowiedzieć.
Super.
Teraz ja chcę wiedzieć, gdzie one są?

Eee, czeka nas trochę długa droga stary.
Wiesz, pełna przeciwności...
Jak to w przygodach, nie.

...
A ten drugi?

To akurat w drodze do podziemia, nie pytaj na razie o niego, lepiej nawet na razie nie myśl. Po prostu skupmy się na pierwszej. Otóż Shre Pa, to szczególna z nich. Ma e.. pewne umiejętności które nam się przydadzą.

To jest?

Ee... no na przykład, jedna z nich, to jak jej przydomek wskazuje, zanim przeciwnik zdąży zobaczyć co się stanie, już jest przez nią rozszarpany i pociety na kawałki. Wiec SZREpie zanim PAczysz.
Ale ogólnie jest bardzo sympatyczna.
Czasem.

Brzmi zachęcająco.

Nie mamy innego wyjścia. Nie jest niebezpieczna, ale jest. Ale nie dla nas.
Chyba.

Chyba?

To zależy.

Zależy??

Co się stanie.
One są dziwne, nie dociekaj.
Zaufaj mi. Jest niezbędna.

Niezbędna? Skoro taki ktoś jest niezbędny, to po co ja tam do cholery ? Ja tak nie umiem!

Bystry umysł też jest tam niezbędny. Ktoś kto zna drogę .

To może weź mapę?

Nie są sympatyczne. A ja lubię mieć kogoś sympatycznego obok.

Uśmiechnął się.



czwartek, 2 kwietnia 2020

XXXVIII
    Black wysunął ręce ze zgiętymi palcami przed siebie, a przestrzeń pomiędzy jego oczami zaświeciła się na czerwono. Z jego dłoni zaczął sączyć się powoli czerwony pył, który mienił się świecącymi, lśniącymi punkcikami. Owy magiczny kurz stworzył ochronną barierę wokoło nich. Niczym kopuła nie do przebicia.
-Zna podstawy magii. - Szepnęła Richardowi do ucha Sara. Nawet nie zauważył kiedy wróciła. - A przy tym dobrze walczy. Całkiem cool, nie?
Nie wiedział, czy to dobrze, czy źle biorąc pod uwagę zdarzenie z tej nocy, które mu się przytrafiło.
Ich oczom ukazało się w końcu dwóch, wielkich, obleśnych tytanów. Mierzyli co najmniej dziesięć metrów wysokości. Oboje byli cyklopami. Jeden z nich był dosyć przychudy, za to z drugiego zwisały okropne zwały tłuszczu, ten ryknął w ich stronę.
-Fiuuu- Sara pomachała sobie ręką przed twarzą. - Stary, zacznij jeść miętówki, albo coś w tym stylu bo na prawdę ci tego potrzeba. - Skomentowała jego nie pierwszej świeżości oddech, co tylko jeszcze bardziej go rozwścieczyło.
Olbrzym uderzył w kopułę, ale jego wielka pięść nie zdołała przebić się przez mocną barierę.
-Atakujcie... Szybko, długo tak nie wytrzymam. - Ponaglił ich spocony Black.
-A, tak, no tak. - Odpowiedziała Sara, mierząc w oko tłuściocha z plazma gun'u.
Wiązka lasera trafiła dokładnie tam, gdzie miała trafić, prosto w oko, przebijając się na wylot przez głowę. Wielki tytan upadł na kopułę ochronną, odbił się, po czym wylądował z łoskotem na ziemi.
Sara nie tracąc czasu, wystrzeliła w drugiego, ale ten był sprytniejszy i cholernie szybki.
-Jasny gwint! - Strzelała seriami ale żaden pocisk nie trafił. - Co z nim jest?.
"Cholernie szybki", to jednak za mało powiedziane. Broń Sary nie robiła na nim żadnego wrażenia, unikał plazmowych laserów z dziecinną łatwością. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziała.
Chudy tytan uderzył dwiema pięściami w ziemię. Siła wstrząsu aż podrzuciła ich do góry.
Richard stał jak zahipnotyzowany obserwując całą akcję.
-Rich cholera, zróbże coś!- Upomniała go.
Ocknął się.
-Aaa... Tak, jasne!- Zreflektował się i już cały wystrzelił dookoła świetlistą aurą. Włosy zapłonęły na bladozłoty kolor.
Olbrzymi chuderlak wydawał się zaskoczony. Krzyk Richarda wypełnił jego uszy. Odbił się od ziemi i szybko podleciał pod twarz tytana, zadając mu silny cios w szczęke, ale przeciwnik nie pozostawał mu dłużny i machnięciem olbrzymiej dłoni zbił go z widoku niczym natrętną muchę.
Rich wbił się w ścianę ich kryjówki i wpadł na strych, prosto w połamany wózek.
Trochę go otępiło.
-Cholera! - Krzyknął, ocierając policzek. - Niech cię szlag! - Zawołał, lecąc do niego z powrotem.
Tym razem uderzył go z całej siły, wbijając się nogą w jego brzuch. Tym razem, potwór to odczuł.
Zadowolony udanym ciosem, wykonał salto w tył i wylądował na ziemi. Jego przeciwnik zgiął się na chwilę, ale szybko odzyskał sprawność i ruchem młotkowym próbował rozgnieść Richarda pięścią na miazgę. Ten podskoczył i uderzył go łokciem w przedramię. Słychać było tylko donośny trzask złamanej kości, tytan zawył z bólu, łapiąc się za rękę.
-To koniec... - Pomyślał, koncentrując świetlistą kulę w dłoni i cisnął ją prosto w monstrum. 
Tytan spojrzał z głupią miną na lecący w jego stronę pocisk, który eksplodował mu na twarzy, rozrywając głowę na kawałki.
-Bułka z masłem....- Powiedział sobie w duchu.
-Black!
Usłyszał krzyk Sary.
Black padł na ziemię z wycieńczenia, o mało nie mdlejąc. Oddychał ciężko.
-Wszystko w porządku. - Wysapał w końcu. - Musimy... Musimy <khy, khy> udać się gdzieś indziej. Nie możemy tu zostać.
-Ale gdzie? - Spytał Rich.
-Niemcy. Mam tam pewien kontakt. Do kapsuł...


XXXVII

    Królestwo władcy wód szybko zostało ukończone. Poruszył on glebę z miejsca, a dookoła miasta pękły granice, aby budowla zaczęła piąć się ku górze. Pierwsze czubki strzelistych, pozłacanych kolumn wychynęło się ponad taflę wody. Wielka góra wznisła się ze środka oceanu, aż po same chmury. Potężna i skalista. Nie sposób było dojrzeć jej szczytu, na którym szalała wieczna burza z piorunami, grzmiąca groźnie. 
Efekt był imponujący. 
Wieczny sztorm nie dopuści żadnego statku w jej pobliże, ponieważ piętrzące się fale zaraz go zatopią. Każdy samolot zostałby roztrzaskany na pół, przez elektryczne błyskawice o imponującej mocy. A człowiek, nawet przy użyciu najlepszego sprzetu wspinaczkowego, nigdy by się tam nie dostał, bo zaraz zaczęłyby zlatywać na niego wielkie głazy, posyłając nieszczęśnika na samo dno.
Przedwieczny Cthulhu, bezlitosne monstrum, stał teraz na szczycie świata. Ogromny, z tysiącem macek zamiast brody, z głową ośmiornicy i trójzębem w dłoniach. Stał dumnie, stał.... ucieszony.
Jego dzień w końcu nadszedł. Pierwszy etap przeszedł idealnie zgodnie z planem...
Pod jego stopami, ukazała się nagle wielka dziura. Spojrzał w dół, przez otwór, gdzie zobaczył ogniste kręgi. Im dalej w dół, tym wścieklej płonęły. Wkroczył do środka i poszybował prosto, w samo jądro ziemi, gdzie znajdował się najniższy krąg piekieł....
Do skał, były przybite tam różne stworzenia. Od kreatur z innych planet, różnej maści, wzrostu i kształcie, po najokrutniejszych ludzi. Dwóch z nich, jeden z przyciętym, wąskim wąsem, drugi za to, z wąsami okazałymi, tkwią tam do dziś.... Znacie ich?
Właśnie otrzymali kolejną dawkę cierpienia, które narastało. Ból tam, który dotykał odbywających swoją karę, był nieustępujący i wciąż narastający... 
Nigdy nie słabł.
Najgorsze doświadczenia i traumy ziemskie przy tym, to śmiech na sali...
Katusze były niewyobrażalne. Palący płomień, przemieszany z uczuciem wbijanych i powoli przekręcanych w środku ciała sztyletów, rozżarzonych do białości... Zmuszano ofiary diabłów do picia goracej lawy, smagano rozgrzanym batorgiem, spuszczano groźne psy, które rozszarpywały niewolników na strzępy, kąpano ich w kotłach siarki, zdzierano skórę, poddawano na bycie pożartym przez robaki żywcem, przepuszczano przez ciało tysiące voltów prądu, rany zasypywano octem i solą... i wiele innych wymyślnych tortur. A ciało tam, było bardziej fizyczne i gęstsze niż tu, na ziemi, ból odczuwano głębiej i mocniej, a gdy było tak zniszczone mękami, że już nic prawie z niego nie zostawało, natychmiast odradzało się na nowo, by przyjąć kolejną dawkę niewyobrażalnych tortur... To i tak zbyt mało, aby opisać tę agonię....
I tak po kres czasów....
Żaden człowiek w tym świecie czegoś takiego jeszcze nie doznał...
(Zastanówcie się więc nad swoimi czynami moi kochani od dziś, bo na prawdę, nie warto być złym człowiekiem./ Autor.)
Diabły czerpały sadystyczną przyjemność z zadawanych fal, wiecznych tortur. To był najniższy krąg. Dla nich? Istny lunapark.
Sam Belzebub, jeden z generałów Lucyfera bał się gorąca i klimatu jaki tam panował. Wolał strzec bramy, tkwiąc przy wejściu.
To było królestwo szefa wszystkich diabłów i demonów. Tu, znajdował się jego tron.
Przedwieczny ruszył pewnym krokiem na przód, poprzez morze szalejącej siarki i wszedł w ocean płomieni z taką łatwością, jakby była to dla niego przechadzka po parku.
Zanurkował na samo dno i wychynął nagle przed tronem samego Lucyfera. Ten, zdumiał się niesamowicie na jego widok.
Skórę miał koloru ciemnoczerwonego, był jakby umorusany węglem i sadzą. Śmierdział dymem z siarki, jego rogi były wielkie i kręcone, jak u kozła. Twarz pociągła i brzydka. Wielki, muskularny, posiadał rozłożyste, czarne skrzydła, a nogi jego były jak u tura, potężne z czarnym futrem i kopytami. Z dołu jego pleców wyrastał długi, małpi ogon.
Mierzył co najmniej sześć metrów wysokości.
-A ty tu czego?!- Spytał, dudniącym, demonicznym basem, sam król piekieł.
-Widzę, że nieźle się tutaj urządziłeś, mój drogi.- Odpowiedział spokojnie Cthulhu, wbijając donośnie trójząb w wypaloną skałę pod swoimi stopami.
-Nic tobie do tego, odejdź stąd!- Warknął, wstając.
-Wręcz przeciwnie, podoba mi się tu.
Lucyfer zrobił krok do przodu.
Cthulhu rzekł:
-Lepiej wracaj do swojego tatusia tam - Podniósł palec do góry. - na górze, może mu się przydasz. Korzystaj, pókim łaskaw.
-AHAHAHAH!!! - Roześmiał się okrutnie. - Chyba nażarłeś się za dużo jakichś dziwnych glonów, mój przyjacielu. - Wokół diabła, pojawiła się czerwona aura.
-Oh, już zbierasz energię? - Spytał kpiąco.- I na prawdę myślisz, że dasz mi radę?
Diabeł wykonał ruch i zamachnął się.



   

środa, 1 kwietnia 2020

KUNDHALINI: STATEK MIŁOŚCI ROZDZIAŁ 10

Zły plan

To było złe posunięcie.
Wiedział tym od początku.
Ale gdy nieprawości udało wedrzeć się pierwszy raz do jego serca, od tego razu nie było końca.

Pętla ciemności rozszarpywała wnętrzności. Spirala zła i ciemności powoli pochłaniała byt, który z czasu przestał być nawet do końca sobą.

To zaszło zbyt daleko...
Nie mam już odwrotu.
Będę cisnął w takim razie dalej i nie cofnę się przed niczym póki żyję, przysięgam.

Teraz jestem tu, hę?
Dobrze więc .
Wszędzie gdzie Go nie ma, jest moje królestwo i tam będę panować!

Ale pycha, to zły doradca...

Jedynym co mogli dostrzec, była spalona przestrzeń, która przestać płonąć żywym ogniem nie ma wcale zamiaru.

Trochę tu gorąco...
I duszno....

Cholera jasna, kurwa mać, co to jest za miejsce? Gdzie On mnie posadził? Gdzie ja jestem?

No tak, kurwasz mać, kto by się spodziewał że mnie tu nie wyśle.
Jestem w piekle.
I chuj.

AAAAAAAAAA!!!!!!!
NIEEEEEEE!!!!!
KURWAAAAAAAA!!!!
TY GNIDDOOOOOOO!!!!

I tak wołali z wściekłością do Nieba.
Ale odpowiedzi już nie uzyskali.

Nie!
Powiedziałem Mu że wyjdę, to znaczy że tak będzie!

Uderzył pięścią w rozżarzoną glebę.
Ale nawet nie spostrzegł jak szybko zaczął bluźnić coraz bardziej. Co zaczęło mu przychodzić coraz łatwiej, a było dopiero początkiem gorszych rzeczy...

Nie mogę w to uwierzyć!
Jak On mógł mnie tak załatwić?
Kurwa!

Ponowne uderzenie.

Co teraz? Co robić?
Muszę przeszukać wszystko, każdy kamień.

Kto szuka, ten znajdzie...

Jak widać dla chcącego, nawet wyjście z piekła na chwilę ówczesną jest możliwe.
Możliwe?
Czekaj chwilę.
A może to było coś zaplanowanego?
Bo jak sie dzieje i dziać ma, to i tak Wola Najwyższego.

Ale jak to jest możliwe...
Czyżby z góry przewidział nasze wybory?
Czy są ustalone?
Jak to jest możliwe?

Kurwa nie wiem...

Może to zapętlony schemat po prostu jeden.