środa, 25 marca 2020

STATEK MIŁOŚCI
ROZDZIAŁ 7

Lot przez nicość

Rumaki wypełnione złotym światłem, ciągnęły ognisty rydwan po płonącym sklepieniu Niebieskim, z prędkością nie do opisania.
Syn Boży, z oczami jak płomienne lampiony, o obliczu cennego kruszcu, Jego nogi, niczym dwie miedziane kolumny, zbliżał się na plac boju.

Jego przybycie zwiastował rozbłysk wielkiego światła, oraz głos wielu trąb.

Nim Luciel zdążył sie zorientować, czym jest ów powiększająca się plama światła, ON juz był przy nim i jego aniołach.

Gdy otworzył swe usta, wydobył się z nich wir Wielkiego Wiatru pod potężnym ciśnieniem, który porwał agresorów i zmiótł ich całkowicie z Wyżyn Niebiańskich.

I tak zaczęli spadać w dół...

A więc to tak...
Tak wygląda moc Syna...

Luciel spadając przez nicość miał w głowie tylko obraz ognistego wiru wychodzącego z ust Bożych.

Nigdy go nie pokonam... Ale to jeszcze nie koniec...
Moja furia bedzie trwać wieki.
Już zawsze będę z Tobą walczył i nigdy nie dam Ci spokoju.
To zaszło za daleko...
Dokądkolwiek spadam, gdziekolwiek teraz lecę... wyjdę stamtąd.
I będę się mścić.

Będę za każdym rogiem.
Będę Twoim cieniem...
Skażę wszystkie Twe stworzenie.
Zapamiętasz mnie, nim odejdę na zawsze Bracie.
Ja powrócę...

I tak leciał i leciał z bandą swych pobratymców niezmierzoną ilość odległości. Niezliczoną ilość czasu. A spadaniu, nie było końca...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz